niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 42


"...PO ZACHODZIE SŁOŃCA, ZAWSZE JEST WSCHÓD"


Kilka dni później

Wyleciałam jak burza z budynku nie patrząc nawet na drogę. Miałam w rękach niespakowane książki, bo zwyczajnie nie zdążyłam ich schować do torby z powodu braku czasy. Idąc, a raczej biegnąc nie przejmowałam się tym czy na kogoś wpadnę, czy nie i to był błąd...
-Auć!-krzyknęła blondynka, którą lekko odepchnęłam. Nic się z nią nie stało. Gorzej było z moimi książkami, które spadły na ziemię. Jessica nawet nie raczyła się schylić, tylko spojrzała na mnie z byka. Okej, niby to moja wina, ale mogłaby chociaż na tę chwilę wyrazić odrobinę empatii i pomóc mi. Stałam tak przez chwilę i patrzyłam się na nią. Czekałam już na jej wyzwiska w moją stronę.
-Rączki ci się pobrudzą?-powiedziałam, jednak pierwsza, z pogarda i schyliłam się po leżące podręczniki. Dziewczyna tylko prychnęła coś pod nosem i odpowiedziała:
-Nie dość, że łazi jak pokraka, to jeszcze karze mi sprzątać po niej.-zaśmiała się wraz ze swoimi koleżaneczkami.-Za kogo ty się Wiktoria uważasz? Myślisz, że jak twój chłopaczek jest piłkarzem to jesteś pępkiem świata?!-wyżalała mi się i w tym momencie puściły mi nerwy, więc postanowiłam powiedzieć jej co potrzeba.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie i dokładnie, bo nie będę się dwa razy powtarzała.-mówiłam groźnie, że Jess nawet chyba się mnie wystraszyła, albo przypomniała do czego jestem zdolna.-Możesz mnie nie lubić, a nawet nienawidzić. Jednak pamiętaj, że są pewne granice i ty je powoli przekraczasz. Po prostu odczep się ode mnie, od Marco i najlepiej nie wchodź mi w drogę, bo jak chcesz to mogę przypomnieć ci, jak to jest mieć złamany nos.-dodałam i po chwili odeszłam od niej. Mam zbyt dobry humor by psuć go sobie to przy takich osobach jak nasza szkolna gwiazda. Widziałam w oddali jak mój transport już parkuje na parkingu. Przyśpieszyłam kroku i już po sekundzie byłam w srebrnym Mercedesie. Usiadłam do tylu, bo przednie siedzenia były już zajęte. 
-Cześć wam!-przywiązałam się z dziewczynami i zapisałam pas bezpieczeństwa, po czym włączyłyśmy się do ruchu.
-Jakiś problem z koleżanką?-zapytała Ania.
-Już rozwiązany.-odpowiedziałam szybko i uśmiechnęłam się do przyjaciółki, bo właśnie odwróciła się do mnie.
-Pamiętaj, że jak będzie miała jakieś "ale" to tylko zadzwoń, a my już jej pokażemy, co to znaczy trenować karate.-zażartowała, a nasza trójka się głośno uśmiała.
-I jak Ann, stresujesz się trochę?-postanowiłam zagadać. 
-Może troszkę.-zaśmiała się.-Boję się tylko, że z dzieckiem coś będzie nie tak.
-Nie martw się na zapas.-poradziła Ania z  miejsca pasażera.-Zobaczysz, że będzie wszystko dobrze. Dbasz o siebie, jesz zdrowo. Nie masz podstaw do obaw.-dodała, a resztę drogi minęliśmy na rozmowach. Miedzy innymi gadałyśmy o tym czy już będzie taka możliwość jak poznanie płci dziecka. Wszyscy znajomi Mario i Ann oraz ich rodzina są tego bardzo ciekawi. Podobnie do mnie. Oczywiście Mario nie zmienił swojego zdania na temat tego czy będzie miał syna czy córkę, bo za każdym razem gdy ktoś go o to pyta to odpowiada, że będzie miał syna i nie przyjmuje do siebie innej informacji. Chociaż tak na dobrą sprawę jest to niezły pretekst do pośmiania się z Götze. Chłopak jest tak przekonywający i pewny na swoim, że to aż zabawne, a z drugiej strony sami zaczynamy wszyscy wierzyć, że to poważnie będzie chłopczyk. 
Po pewnym czasie, nasza trójka była już pod prywatną kliniką. W cudownych nastrojach weszliśmy do budynku. Tak swoją drogą to bardzo cieszę się, że wraz z Lewandowską możemy uczestniczyć w tak ważnych dla modelki chwilach. Mario ma w tym czasie trening, ale równie dobrze mógł się zwolnić. Jednak nie było takiej potrzeby, bo my z chęcią zajęłyśmy się przyszłą matką. 
W środku nie było za dużo ludzi, więc miałyśmy miejsce gdzie usiąść. Nie było nam jednak dane długo grzać fotele, bo już za chwile Ann - Kathrin została zawołania przez młodą lekarkę. Wstałyśmy i udałyśmy się do pomieszczenia. Młoda kobieta, która miała na oko może z lekko ponad 20 lat, kazała usiąść w wyznaczonych miejscach. Robiła kontrolne badania, czyli pytała czy dziewczyna Mario nie odczuwa jakiś bólów, czy poprawnie się odżywia oraz o inne typowe pytania. Po tym etapie nadszedł czas na to, na co czekałyśmy cały dzień. Ann została poproszona o położenia się na specjalnym łóżku oraz o podwinięcie bluzki. Blondyna wykonywała dokładnie wszystkie polecenia, by już za chwile poczuć na swoim brzuchu zimny żel, a potem by zobaczyć na monitorze swoje dziecko.
-Widzi pani tu?-zapytała u wskazała palcem na szklany ekran. Brömmel kiwnęła twierdząco głową i ze wzruszeniem patrzyła na niby niewyraźne obrazki. My z Anią równie niczym zaczarowane zerkałyśmy na dziecko i podziwialiśmy je, co jakiś czas komentując .
-Chce pani znać płeć?-zapytała, a nam od razy na twarzy wyrósł wielki uśmiech. Czyli jednak już dziś możemy dowiedzieć się kto miał rację. Mario czy Ann? Syn czy córka? Byłyśmy bardzo podekscytowane. Blondynka od razu zgodziła się i wyczekiwała na te słowa od młodej lekarki. Wtedy i nawet dla mnie chwila wyczekiwania się dłużyła, a pewnie co dopiero dla Ann, której dochodzi jeszcze stres. 
-Według mnie, na 99%, będzie to...-zaczynała patrząc cały czas w monitor i uśmiechając się pod nosem. 
-No niech pani mówi, bo zaraz wszystkie zejdziemy na zawał!-śmiała się Lewandowska.
-Będzie pani szczęśliwą mamą...-ta kobieta chyba uwielbia terroryzować swoich pacjentów.-...dziewczynki!- krzyknęła w końcu, a my zamiast się cieszyć wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Zdezorientowana lekarka pytała o nasz powód tego śmiania się, więc wyjaśniłyśmy jej oraz opowiedziałyśmy o tej niezwykłej pewności Mario. Kobieta również nie potrafiła się nie uśmiać. 
Badania trwały jeszcze przez jakieś kilka minut. Ann dostała porady jak na się odzywać oraz co powinna robić, a czego nie, co jeść, a czego nie i przepisała jej jakieś witaminy. W fantastycznych humorach opuściliśmy klinikę i naszym kolejnym celem było udanie się na stadion do chłopaków. No i oczywiście do przyszłego ojca, którego trzeba powiadomić, że powinien zmienić swoje plany. Po niecałych 20 minutach, byłyśmy już pod Signal Iduna Park. Bez problemu weszłyśmy do środka i kierowałyśmy się na murawę. Chłopaki... jak to chłopaki. Nieoszczędzania trenera i co chwilę było słuchać jego głos. Postanowiłyśmy, że nie będziemy teraz im przeszkadzać, a informacja może poczekać. Gdy chciałyśmy usiąść na ławce rezerwowych, zobaczyłam, że z trenerem stoi i rozmawia Marco. Nie widział mnie, a trener był szybszy i od razu, gdy zobaczył naszą trójkę pomachał nam. Mina Marco była bardzo zabawna i urocza. Przeprosiłam dziewczyny i udałam się właśnie do swojego narzeczonego. Klopp akurat musiał iść do kogoś z zarządu, więc mogłam spokojnie porozmawiać z Reusem.
-Co ty tu robisz?-zapytałam jak byłam już blisko.
-Ja!?-oburzył się na żarty.-Co TY tu robisz?-złapał mnie w pasie, bo już byłam przy nim. 
-No wiesz... zwiedzam...-udawałam głupią.
-Yhym... Ciekawe, bardzo ciekawe. A może po prostu stęskniłaś się za mną i jakimś cudem wiedziałaś, że tu jestem?
-Za tobą? W życiu. Przyjechałam do Mario.-zaprzeczyłam i chciałam się mu wyrwać, ale był silniejszy i jeszcze mocniej mnie do siebie przyciągnął, a po chwili wbił się w moje usta. To niby tylko zwykle kilka sekund, ale z nim za każdym razem trwają godziny. 
-Fujjj!-usłyszeliśmy nagle jęczenie Götzego.-Nie przy ludziach!-spojrzeliśmy na niego i zobaczyliśmy jak teatralnie zasłania się wraz z kilkoma innymi zawodnikami. Wyglądało to zabawnie, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji i już zaśmiać się z naszego przyszłego tatuśka córeczki.
-Lepiej idź do Ann! Zapytaj co u niej i jak tam badania!-dogryzłam, a on jakby nagle został oczarowany. Szybko wyrwał w jej stronę, gdzie prawdopodobnie zauważył ją wcześniej. Niestety trener nie miał dla niego litości i nie pozwolił mu opuścić grupy. Zdenerwowany spojrzał na mnie z byka, a ja tylko zaśmiałam się, a potem wraz z Marco ruszyliśmy do dziewczyn. Po drodze opowiedziałam mu tą fantastyczną wiadomość. Blondyn nie krył zadowolenia Oboje jesteśmy zżyci z Mario i Ann. Są dla nas jak rodzina.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy we czwórkę, gdy nagle zauważyliśmy jak w nasza stronę zmierza Mario i Robert. Od razu na twarzy Ann wpisał się uśmiech. Lewy przywitał się ze swoją żona uroczym całusem, a potem z nami uściskiem. Podobnie postąpił Götze.
-Nie przedłużajmy.-zaczął brunet.-Kochanie, byłaś u lekarza? I jak z naszym synkiem?-zapytał, a reszta ,oprócz tylko Roberta, o mały włos nie wydała wszystkiego, bo zaczęła śmiać się lekko pod nosem. Ach ta pewność Mario, kiedyś go zgubi... 
-No właśnie skarbie. Muszę ci coś powiedzieć.-Ann zaczęła delikatnie, bo chyba każdy wie, że Mario to takie trochę duże dziecko i trzeba podchodzić do niego na swój własny, specyficzny sposób.
-Co się stało? Proszę nie mów tylko, że z naszym dzieckiem jest coś nie tak!-denerwował się, więc by nie psuć atmosfery spoważnieliśmy. 
-Nie, spokojnie Mario. Z naszym skarbem jest wszystko w porządku.-modelka go uspokoiła.-Chodzi o to, że miałam szczegółowe badania i muszę cię trochę zasmucić...
-To znaczy?-niecierpliwił się. 
-To Mario znaczy, że... nie...ahh! Nie będziesz miał syna! To dziewczynka!-Brömmel w końcu wydusiła to siebie. Mario stał chwile i nic nie mówił, a wtedy to już nie wytrzymaliśmy i musieliśmy wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Mina Götze po prostu bezcenna. Biedny nie wiedział co ma powiedzieć i jak dokładnie zareagować, więc postanowiłam podejść do niego i go  przytuliłam, ale dalej miałam uśmiech na ustach. 
-Tak się kończy Mario zbyt duża pewność siebie.-powiedziałam i odczepiłam się od niego.-Ale nie przejmuj się. Nie ważne jaka płeć, a to czy dziecko będzie zdrowe. Prawda?-spojrzałam na niego pytająco. On również spojrzał na mnie i uśmiechnął się w końcu, bo przez cały ten czas miał kamienną minę.
-No niby tak...-westchną i podszedł do Ann i mocną ją przytulił oraz pocałował. Wyglądało to naprawdę uroczo. Uśmiechnęłam się wtedy do Reusa, a on do mnie.
-Szkoda tylko, że nie będę mógł wykorzystać tych imion, które chcieliśmy.-posmutniał.
-Chyba żartujesz?!-oburzyła się modelka.-Po pierwsze to ty wymyśliłeś te imiona i zapomnij, że kiedykolwiek skrzywdziłabym dziecko i nazwała je Günther, albo Mario Junior.-powiedziała, a my myśleliśmy, że pękniemy ze śmiechu.
-On naprawdę chciał nazwać dziecko Mario Junior?-zapytał Robert.-Myślałem, że żartuje.-próbował opanować śmiech.
-Uwierz mi, że ja też tak myślałam...-odpowiedziała dziewczyna naszego niemieckiego Messiego.
Reszta przerwy chłopaków minęła na kolejnych rozmowach i podśmiewaniu się z Götze. Niestety przerwa zawsze się kiedyś skończy i chłopaki musieli udać się na murawę poprawiać swoją formę. Choć tak na dobrą sprawę nie zostało zbyt wiele kolejek do końca jesiennej rundy. Sytuacja Borussii nie jest za ciekawa i teraz każde punkty się liczą.
Oczywiście Marco nie miał takiego obowiązku i mógł zostać, bo jeszcze nie może trenować. Zaczyna dopiero od nowego roku na obozie przygotowawczym w Hiszpanii. Siedziałam u niego na kolanach dalej na ławce rezerwowych. Dziewczyny siedziały przy nas i wspólnie gadaliśmy, a ja wraz z blondynem przy okazji się jeszcze wygłupialiśmy.
-Tak w ogóle to wracasz ze mną, nie?-zapytał.
-Dlaczego jesteś taki pewny? Zobacz jak to twojego przyjaciela zgubiło. Może wrócę razem z dziewczynami?-zaśmiałam się razem z Anią i Ann.
-Nie chcę nic mówić, ale wiesz Ania pewnie będzie wracała razem z Lewym, a Ann z Mario. Dajmy im trochę prywatności.-spojrzał na mnie tymi swoimi oczami i wyczekiwał odpowiedzi. Cały Marco. Jest mistrzem manipulacji. Zawsze potrafi mnie przekonać do siebie.
-No, niech stracę. Okej.-zgodziłam się, a u mojego narzeczonego od razu pojawił się chytry uśmieszek. Nagle złapał mnie za rękę i wstał, co za tym idzie ja też musiałam się podnieść.
-No to idziemy.-stwierdził.
-Ale, że teraz?-zdziwiłam się.
-Oczywiście. A co chcesz oglądać tych baranów?-wskazał na swoich kolegów, którzy zaczęli rzucać butem Lewego, a biedny Polak musiał biegać za nimi po całym boisku.-Bo ja mam jak na razie ich dość.
-W sumie. Okej. Chodźmy.-chwyciłam za torebkę, pożegnałam się z przyjaciółkami oraz pomachałam jeszcze chłopakom, którzy akurat mnie zauważyli. Złapałam za dłoń Marco i udaliśmy się na parking. Stało tam jego sportowe auto, które miałam okazję prowadzić. Nie powiem. Robi nie tylko wrażenia z wyglądu. Jeździ się nim równie niesamowicie jak wygląda. Piłkarz otworzył mi drzwi, a sam usiadł na miejsce kierowcy i ruszyliśmy.
-Gdzie tak w ogóle chcesz mnie zabrać?-zapytałam, jak już włączyliśmy się ruchu ulicznego.
-Teraz to możemy skoczyć na jakiś obiad, a potem to zależy, co będziesz chciała robić.-odparł patrząc przelotem na mnie.
-Szczerze to myślałam, że masz jakieś plany względem mnie.-zaśmiałam się, a Marco ze mną.
-Bo mam, ale to później. Musimy poczekać do wieczora.-odparł tajemniczo.
Po chwili jazdy, zawodnik BVB musiał się zatrzymał na światłach. Poczułam jego dłoń na swoim udzie oraz jak mierzy mnie od góry do dołu. Czułam, bo sama siedziałam w telefonie i przeglądałam różne strony i portale.
-Wiem, że na mnie patrzysz i lepiej weź tą rękę.-wypowiedziałam ciągle patrząc na ekran mojego iPhona. Chłopak niezbytnio mnie posłuchał i tylko prychnął. Złapał za moje urządzenie oraz odłożył, a sam zbliżył się do mnie i namiętnie pocałował. Błądził swoją ręką mojej nodze. Sama jedną rękę wbiłam w jego plecy, a drugą ukryłam we włosach. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale usłyszeliśmy jak samochód z tyłu zaczął trąbić, więc chcąc nie chcąc musieliśmy zaprzestać. Blondyn z niechęcią odsunął się ode mnie i przystąpił do prowadzenie pojazdu. Siedziałam chwile łapiąc oddech, a po monecie skomentowałam jego zachowanie.
-Jesteś nienormalny. 

Obiad zjedliśmy w jakiejs restauracji. Nie była i ona taka typowo luksusowa, ani też do jakiś szczególnie tanich nie należała. Mimo wszytko jedzenie nam bardzo smakowało i o to przecież chodzi. Gdy zjedliśmy i uporaliśmy się z kilkoma fanami, którzy poprosili o zdjęcia oraz autografy, mogliśmy udać się do domu Marco. Postanowiliśmy, że to tam poczekamy na wieczór, bo jak blondyn mówił ma dla mnie naszykowaną niespodziankę. Jestem ciekawa co takiego szykuje, a znając go, jest to na pewno coś fantastycznego. To jedna z tych rzeczy, którą uwielbiam w nim. To, że jest taki spontaniczny, a z drugiej strony jeżeli coś robi to stara się by to wyszli najlepiej. W domu postanowiliśmy obejrzeć jakiś program, ale i też po prostu skakaliśmy po kanałach. Marco miał pilota, a ja w tym czasie bacznie go obserwowałam. Może to trochę dziwne, ale lubię to robić. Jest niesamowicie przystojny, a co najważniejsze jest mój. Może to trochę egoistyczne podejście, ale to ja mogę go pocałować, przytulić i być blisko przez całą noc. Jednak nie tylko imponuje mi swoim wyglądem, lecz również charakterem. Marco potrafi być stanowczy, odważny, cholernie i wrednie pewny siebie, a czasem i bywa chamski. Jednak ma w sobie tą dusze romantyka i wrażliwego kolesia. Ta druga strona jest zarezerwowana w szczególności dla mnie. Myślałam tak i odruchowo spojrzałam na dwój palec, na którym błyszczy przepiękny pierścionek. W szkole oprócz Laury, Emmy, Olivera i Martina nikt nie wie o zaręczynach. Nie chce by ktoś o tym wiedział, bo potem droga do gazet jest krótka. Patrząc na biżuterie zastanawiałam się, jak to wszystko by się potoczyło, gdybym jednak nie odważyła się i nie przyszła wtedy do Marco. Straciła bym tak wiele i możliwe, że już nigdy bym nie odzyskała Reusa. Dopiero teraz widzę jaki ten niecały miesiąc był pusty. Teraz moje życie jest ciekawe i pełne radości oraz miłości spowodowane jego bliskością. Kiedy tak myślałam nad tym wszystkim poczułam jak ktoś mnie obejmuje. Tym ktosiem był oczywiście nie kto inny jak piłkarz z numerem jedenaście. Uśmiechał się do mnie. Ja nie bardzo rozumiałam jego ten entuzjazm, więc postanowiłam się dowiedzieć.
-Z czego się tak cieszysz?
-Wiesz, że jak myślisz to przegryzasz dolną wargę? (od aut. Sama tak mam haha)
-Wiem to.-zaśmiałam się.-Od zawsze tak mam jak się nad czymś mocno skupię.-powiedziałam i poczułam jak usta dwudziestopięciolatka jeżdżą po mojej szyi. Lekko stęknęłam, bo było to bardzo przyjemne. 
-Możemy już pojechać w to miejsce.-oznajmił jak już przestał mnie całować. Uśmiechnęłam się i myślami byłam już tam, gdzie zamierza mnie zabrać. 

-Chyba cię Bóg opuścił?-krzyknęłam jak byliśmy już przy samochodzie w podziemnym parkingu. Marco właśnie próbował założyć mi opaskę na oczy, bo jak powiedział, to miejsce jest niespodzianką i nie mogę wiedzieć, gdzie mnie zabierze. Niby dla niektórych to bardzo urocze i romantyczne, ale jakoś wolę mieć kontrolę i widzieć pewne rzeczy. Po za tym wydawało mi to się idiotyczne. 
-No Wiki! Zrób to dla mnie.- ciągle mnie błagał.
-Przecież mogę zamknąć oczy i efekt będzie ten sam. Po co ta opaska? 
-Nie, bo będziesz podglądać. Proszę kochanie! Przecież nie wywiozę cię do lasu i nie zgwałcę! 
-Nawet nie wiesz jak czasem potrafisz być upierdliwy.-skomentowałam i chwyciłam za opaskę, która trzymał w ręku. Złapałam za nią i wsiadłam do auta.    Reus natomiast już po chwili był na miejscu kierowcy, jednak nie ruszał. 
-Dlaczego stoisz?-zapytałam patrząc na kierownice. 
-Czekam aż założysz opaskę.-powiedział, a ja tylko pokręciłam lekko zdenerwowana głową. Zawiązałem kawałek materiału i oparłam się ręka i kolana. Usłyszałam tylko śmiech Marco i jak odpala swoje auto.-Uroczo wyglądasz jak się denerwujesz. 
-Lepiej już jedź i nie denerwuj mnie bardziej. 
-Wiesz co... Może ten motyw z porwaniem i gwałtem byłby ciekawy...
-Co proszę?! Reus, ty jesteś zboczony!-odpowiedziałam, a mój oprawca ponowne zaśmiał się pod nosem. 
-Ja po prostu głośno myślę...
Przez całą drogę, Marco rozmawiał ze mną. Poprosiłam go o to, bo jechanie z zawiązanymi oczami jest dość... dziwnym doświadczeniem. Na szczęście po około 30 minutach drogi usłyszałam jak auto się zatrzymało.
-Już jesteśmy?-spytałam ciekaw. 
-Tak, możesz już ściągnąć.-bardzo ucieszyłam się jak usłyszałam te słowa. Wykonałam polecenie i odwiązałam czarną chustkę i zobaczyłam za oknem znane miejsce. Był to stadion Borussii.  Był ślicznie oświetlony. Zupełnie jak w bajce. Szczerze, to nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Tak jak mówiłam. Marco potrafi być bardzo nieprzewidywalny.
-Gotowa? To idziemy.-złapał mnie za rękę i oboje zaczęliśmy kierować... no właśnie? Gdzie? Ciekawiło mnie to ogromnie. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że na terenie stadionu nie było ani żywej duszy, a przecież ktoś powinien pilnować tego miejsca. Szliśmy bez słowa. Nie zadawałam żadnych pytań, bo wiedziałam, że i tak mi nic nie odpowie. Nagle zauważyłam, że znam tą drogę i właśnie kierujemy się na murawę. Po chwili moje słowa okazały się słuszne, bo znaleźliśmy się w tunelu, w którym zawsze przed meczem stoją piłkarze. Przeszłam tą samą drogę co oni i znalazłam się na murawie. Ale... to wszystko wyglądało inaczej. Wszystko było cudnie oświetlone. Kolor żółty i czarny rządził tym miejscem. Na trybunach nie było ani żywej duszy. Byłam tylko ja i Marco. Iduna rzeczywiście ma niesamowity klimat i powie to chyba każdy. Ja w każdym bądź razie czuje się tu niesamowicie.
-Pięknie tu.-powiedziałam w końcu.
-Wiem... kocham to miejsce. Jest niesamowite i... przypomina mi o wszystkim. O tym kim jestem, kogo mam, jaki jestem...-wymieniał, a ja w tym czasie przytuliłam się do niego. Chłopak odwzajemnił uścisk.
-Kocham cię wiesz...-szepnął i pocałował mnie. Staliśmy tak i z każdym kolejnym razem pogłębialiśmy pocałunki. Kiedy jednak powoli brakowało mi tchu przestałam i popatrzałam mu głęboko w oczy. Postanowiliśmy następnie po prostu usiąść na murawie i siedzieć. To jest właśnie to co lubię. W dzisiejszych czasach, gdzie każdy biega, nie zauważa zwykłych rzeczy, a taki odpoczynek pokazuje, że życie również musi odsapnąć na chwilę.
-Wybacz, jeśli myślałaś, że przygotuję coś bardziej okazałego.-powiedział nagle mój towarzysz.
-Chyba żartujesz? Jest świetnie. Uwielbiam spędzać z tobą czas, a takie siedzenie w tym miejscu jest niezwykłe i mogłabym być tutaj cały czas. Dziękuję.-dodałam i oparłam się o niego, a chłopak mnie objął. Siedzieliśmy tak na trawie i nic nie mówiliśmy. Nie było to nam potrzebne. Mieliśmy siebie nawzajem.
-Marco?-powiedziałam cicho.-Mogę cię o coś zapytać?
-Jasne.-odparł lekko zdziwiony.
-Jest to trochę dziwne pytanie, ale... ale chciałabym wiedzieć. No... bo....ahh... Jak chciałbyś by nazywało się nasze dziecko, gdyby się urodziło?-spytałam w końcu, ale nie uzyskałam od razu odpowiedzi. Była tylko głucha cisza. Popatrzałam na mojego narzeczonego. Patrzał się tylko tępo w jakiś punkt w oddali. Nic nie mówił, ani nie okazywał. Czułam się winna. Nie powinnam była pytać, a moja ciekawość jak zwykle wygrywa.-Przepraszam Marco. Nie powinnam była pytać o takie coś. Znowu zawiniłam z tą sytuacją.-spuściłam głowę.
-To nie twoja wina. Nie mów tak nawet. Mi też jest teraz ciężko. Szczególnie teraz, jak Mario i Ann spodziewają się dziecka. Czasami myślę, co by było gdyby. Jak to by wyglądało, gdyby coś tam się nie stało. Jednak nie możemy cofnąć czasu. Musimy pogodzić się z tym i żyć dalej. Moja mama zawsze mi powtarzała, że po zachodzie słońca, zawsze jest wchód. My już swoje wycierpieliśmy. Zobaczysz, że za jakiś czas będziemy bawić się na placu zabaw z naszym dzieckiem. Proszę, przestań się już obwiniać. Nie jesteś winna niczyjej śmierci. Dobrze kochanie?-zapytał, ale nie dał mi odpowiedzieć, bo od razu lekko pocałował mnie w usta.
-Kocham cię.-szepnęłam mu prosto w jego usta, gdy przestał już mnie całować.
-Zawsze podobało mi się imię David, a dla dziewczynki Emily.-odpowiedział w końcu i uśmiechnął się lekko.
-David Reus... Emily Reus... Podoba mi się. Wydaje mi się, że kwestia imion na przyszłość jest już zamknięta.-zaśmieliśmy się.
-Wiktoria Reus... to mi się na razie najbardziej podoba.-zamruczał. Nie trzeba było długo czekać, bo już za chwilę piłkarz położył mnie na murawie i pochłaniał usta. Całował coraz zachłanniej, jednocześnie jego ręce wędrowały po całym moim ciele. Jednak zaraz musieliśmy wstać, bo robiło się coraz zimnej, ale postanowiliśmy dokończyć to co zaczęliśmy w domu piłkarza, w jego sypialni, a potem zasnąć w jego ramionach, czekając na kolejny dzień. Moje przeczucie mówi, że ten dzień będzie specjalny, inny... Ciekawa jestem czy moje przeczucie ponownie mnie nie zawiedzie? 
________________________________________________________________
ZAPRASZAM NA KOLEJNY ROZDZIAŁ!!!

Tak, wiem... 
Powinnam dodać go wcześniej, ale miałam trochę spraw na głowie i nie mogłam się wyrobić. Ostatnio ciagle coś mi wypada. Dlatego nie powiem kiedy dokładnie będzie kolejny, bo jak powiem, że przed weekendem i nie uda mi się? Albo uda u dodam jeszcze wcześniej? Wolę, więc nic nie mowić, ale obiecuje, że dam z siebie wszystko, ale wy też trzymajcie za mnie kciuki, bo będę poprawiała matematykę, a u mnie z nią nie ciekawie XD 

Jak myślicie, co wydarzy się dalej? 
Czy kolejny dzień rzeczywiście coś przyniesie? 

A i mam pytanko! 
Posiadacie może snapchata? 
Miałam się już wcześniej o to pytać, ale jak zwykle zapomniałam. 
To jak? Piszcie w komentarzach, a was zaproszę, albo jak chcecie prywatnie, to macie zakładkę kontakty i możecie wysłać mi na pocztę, albo na asku (wtedy oczywiście nie odpowiem na to 😉).
To wtedy wysyłajcie, wysyłajcie! 🙈🙉🙊

Trzymajcie się gorąco ❤️

ENJOY! 

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 41


"PO BURZY ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE"


*******
Czy to normalne, że ktoś boi się otworzyć oczy, bo nie chce się rozczarować? Bałem się, że gdy już w pełni się obudzę zobaczę puste miejsce obok. Będę sam, a to wszystko, co było piękne było po prostu zwykłym snem. To, że ja i Wiktoria się pogodziliśmy, zaręczyliśmy... że tego nie ma. Postanowiłem jednak zaryzykować i powoli zacząłem podnosić powieki. Była tam. Czyli to jednak nie sen. To jawa. Nie spała już i leżała obok mnie. Bawiła się pierścionkiem, który cały czas zdobił jej palec. Patrzała na niego, obracała. Zupełnie jakby nie dowierzała, że należy do niej i kto wie... że może już za kilka miesięcy będzie nosiła moje nazwisko przy imieniu. Uśmiechnąłem się na ten widok i przybliżyłem do niej oraz przytuliłem się do jej klatki piersiowej. Dziewczyna lekko drgnęła i popatrzała na mnie. Sam pocałowałem ją delikatnie w obojczyk i delektowałem się jej obecnością. Moja cierpliwość została wystawiona na ogromną próbę, ale najwidoczniej się opłaciło. Jestem teraz niesamowicie szczęśliwy, że mam ją blisko siebie.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?-zapytałem zaspanym głosem.
-Tak słodko spałeś, że nie miałam serca ci przerywać. Wiesz, że uśmiechasz się przez sen?-zapytała rozbawiona i jednocześnie zaczęła bawić się moimi włosami.
-Uśmiecham się, bo jesteś przy mnie.-powiedziałem wstając wcześniej i opierając się na rękach pocałowałem ją w usta.-Tęskniłem...
-Ja też i dalej nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś.-odparła i oboje wróciliśmy do pozycji leżącej. Teraz to ona leżała przytulona do mnie. Objąłem ją delikatnie rękoma zupełnie jakbym bał się, że ucieknie.
-To znaczy? Że się oświadczyłem? Zawsze mogłaś odmówić.-zaśmiałem się.
-Nie... znaczy tak, ale tu chodzi bardziej o to, że to ja jestem tą osobą, z którą chcesz spędzić resztę życia. To jest jak jakaś bajka. Jestem ja, ty, zaręczyliśmy się, kochamy się, mam wspaniałych przyjaciół przy sobie, relacje z moją rodziną są najlepsze od lat. Pomyśleć, że przyleciałam tu pod przymusem i dla brata. Nie chciałam tu być, a teraz? Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Nie bez ciebie, ale to wszystko... to... To nie dzieję się w życiu, tylko w filmach.-wymieniała. Popatrzałem na nią. Miała inną twarz. Nie taką, która powinna mieć świeżo upieczona narzeczona. Ona chyba naprawdę myśli, że to jest sen, albo, że po prostu sobie na to nie zasłużyła.
-Wiki... pamiętaj, że takie jest właśnie życie. Często nas zaskakuje. Jak będziemy się ciągle zastanawiali nad jego sensem, nad tym, czy zasłużyliśmy na daną rzecz, osobę, to nie zajdziemy za daleko. Kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez twojej obecności. Nie chcę nikogo innego. Mówiłem ci to już wczoraj i będę powtarzał nawet w nieskończoność, jeśli będzie trzeba.-skończyłem i przytuliłem ją do siebie, a ona pogłębiła uścisk z kilka razy mocnej. Z pozoru wygląda na twardą osobę, a prawda jest taka, że Polka potrafi być wrażliwa i wiele razy to już udowodniła. Silna dziewczyna, ale skrywa w sobie duszę kruchej osóbki, która może się rozbić pod wpływem jednego słowa. Jednak ja kochałam ją niezależnie od tego jaka jest bardziej. Twarda i stanowcza, czy delikatna i wrażliwa. Kocham ją mimo wszystko i pomimo wszystko.
-Marco, ale musimy pamiętać, że w związkach zdarzają się problemy i kłótnie. To nieuniknione.-powiedziała.
-Wiem to. Doskonale jestem tego świadom, ale musimy robić wszystko by było ich najmniej i rozmawiać ze sobą jak najwięcej.
-Wybacz, że ja nie porozmawiałam z tobą od razu tylko nawrzeszczałam. Jak Carolin pojawiła się wtedy u ciebie to nie myślałam. Wszystko mi się zawaliło, a potem jeszcze ta sprawa z tą dziewczyną...
-Wiesz, najlepiej jak po prostu zapomnimy jak było i zacznijmy się skupiać jak będzie?-zapytałem i pogłaskałem ją po głowie.
-Co masz na myśli?
-To, że za jakiś mniej lub bardziej odległy czas będziesz moją żoną.-odpowiedziałem na co dziewczyna zachichotała.-Nie śmiej się. Ja tylko mówię jak będzie. Na razie skup się na szkole, a potem...
-Najpierw, to my musimy zająć się moimi rodzicami. Jak nie zabiją nas przy okazji to będzie chyba cud.-gadała rozbawiona, ale po chwili zupełnie jakby ktoś ją wyłączył jakimś przyciskiem, przestała się śmiać. Nagle podniosła się jak oparzona i popatrzała na mnie z przerażeniem w oczach.
-Co się stało?-zaniepokoiłem się.
-Jestem martwa...-tylko tyle wypowiedziała i przeniosła wzrok na szafkę obok, gdzie leżała jakaś moja koszulka, którą powinienem wcześniej schować, ale jakoś tak wyszło, że tego nie robiłem. Wiktoria wstała w tak szybkim tempie, że nie miałem nawet okazji rzucić okiem na jej idealne, nagie ciało, na które założyła szybko mój t-shirt.
-Wyjaśnisz coś, czy nie bardzo?-mówiłem do niej.
-Pożyczam na chwilę.-wypowiedziała i zniknęła za drzwiami. Bylem zdziwiony jej zachowaniem i troszkę się zmartwiłem, ale na pewno nie uciekła przecież. Nie, ubrana tylko w moją koszulkę. Wstałem zmuszony z łóżka i ubrałem leżące obok bokserki i również wyciągnąłem bluzkę z garderoby i poszedłem na dół, gdzie zobaczyłem jak Wiktoria patrzy coś w telefonie. Była widocznie zdenerwowana.
-Stało się coś?-dopytywałem i oparłem się o blat w kuchni.
-Stało się. Lepiej sam spójrz na swój telefon.-poradziła, a ja złapałem za małe urządzenie i zanim go odblokowałem Polka dodała.-20 nieodebranych połączeń od mamy, 24 od taty, 15 od Ani, 30 od Mario. Jest jeszcze kilka od Roberta, Ann, Laury i Emmy.-powiedziała, a ja oniemiałem. Oboje zachowaliśmy się nieodpowiedzialnie i zupełnie jak małe dzieci. Dziewczyna trzymała swojego iPhona w ręku i patrzała na niego jak zaczarowana. Sam bałem się powtórzyć jej gest i spojrzeć jak jest u mnie. Postanowiłem jednak zaryzykować i dostrzegłem, że ze mną wcale nie jest lepiej. Choć do mnie głównie to dodzwaniał się Mario, ale wiele razy dzwonili też Ania, Robert czy nawet rodzice Wiki.
-Nie żyjemy.-stwierdziłem i popatrzałem na nią. Miała poważną minę, ale zaraz po chwili uśmiechnęła się i zaczęła się śmiać, a ja razem z nią.
-To co? Dzwonimy do nich i uspokajamy?-spytałem śmiejąc się cały czas.
-Tak, dzwoń do Mario i uspokój go, a ja rodziców.-zarządziła i tak też zrobiliśmy. Wiktoria odeszła kawałek dale i czekała na połączenie telefoniczne z rodziną. Ja natomiast stojąc w kuchni wykręciłem numer do Götze. Nie musiałem długo czekać, bo zaledwie po kilku sekundach usłyszałem jego ten charakterystyczny głos.
-MARCO?!-krzyknął głośno do słuchawki.
-Ta.. to ja. Wiem, że pewnie mnie zaraz zabijecie, ale....
-Ile ty masz lat człowieku!-krzyczał.-Pomyślałeś, co my przechodzimy? Od czego masz telefon? Nie mogłeś się odezwać? Martwiliśmy się do ciebie. Byłem u ciebie, ale oczywiście jaśnie pan nie podał mi kodu, bym mógł wejść. Jasne, bo po co!-pomocnik denerwował się coraz bardziej, a wiem, że jest osobą, którą trzeba powoli uspokajać.
-Mario, spokojnie. Dziękuję za troskę, ale jestem cały.-zaśmiałem się do słuchawki, ale zawodnik BVB nie za bardzo podzielał mój entuzjazm.
-A i jeszcze jedno...-zaczął spokojnie.-Jest z tobą Wiki?-pytał powoli, jakby bał się tego, co usłyszy. Bał się negatywnej odpowiedzi. Normalnie okłamałbym go w ramach wielu zemst za podobne żarty, ale Mario jest zbyt zestresowany, więc daruje mu.
-Tak jest u mnie. Była ze mną całą noc, więc odwołaj poszukiwania.
-Nawet nie wiesz jaką czuję ulgę.-westchnął.-Ale Marco... 
-Tak?
-To znaczy, że wy... Ty i Wiki... Jesteście pogodzeni?-podpytywał delikatnie brunet, a ja zaśmiałeś się do słuchawki. Postanowiłem nic mu na razie nie zdradzać, a przynajmniej nie ze szczegółami.
-Tak Mario. Jest już okej, ale porozmawiamy dzisiaj wieczorem.-odpowiedziałem.
-Chyba będzie okazja na wcześniejsze spotkanie, bo właśnie idę z Robertem do ciebie, więc mógłys z łaski swojej podać mi ten cholerny kod!-krzyknął na koniec. Więc, jak się okazało, Mario wraz z Lewym wyruszyli na poszukiwania. Jak widać nie były potrzebne, ale oboje muszą sprawdzić, czy Wiktoria naprawdę jest ze mną, czy żyjemy i dowiedzieć się więcej informacji na temat naszej relacji. Już jestem ciekaw ich reakcji na nasze zaręczyny. Poprosiłem też Götze by zadzwonił do reszty włączonej w poszukiwania, by odwołał wszystko i że jesteśmy cali i zdrowi. Przyjaciele mieli zaraz się u mnie zjawić i kiedy kończyłem dzwonić Wiktoria również odkładała telefon.
-I jak?-zapytałem podchodząc do niej i tuląc się od tylu.
-Wkurzeni byli, ale cieszą się, że jest wszystko okej. Zapewne czeka mnie teraz rozmowa z nimi jak wrócę, ale powiedziałam, że będę po śniadaniu.-oznajmiła, a ja powiadomiłem ją.
-Odwiozę cię nawet, ale najpierw musimy czekać na Lewego i Mario, bo wyruszyli na nasze poszukiwania.
-Oni są niemożliwi.-zaśmiała się ponownie dzisiejszego dnia. Dziś dobry humor nie mógł nam przeszkodzić w czymkolwiek.-Dobra, to ja idę się lepiej ubrać i tobie też to radzę, bo na ich miejscu nie chciałabym zobaczysz nas tak ubranych.-zaakcentowała przedostatnie słowo jednocześnie mierząc mnie od góry do dołu.


*******
Przebrałam się w łazience w swoje wczorajsze ubrania i poszłam na dół. Marco już tam siedział gotowy, ubrany, ale nie sam, bo jak nakładałam na siebie ciuchy, to usłyszałam jak jego klubowi przyjaciele, którzy są też i moimi przyjaciółmi, właśnie przyszli. Zeszłam powoli ze schodów i od razu zauważył mnie Mario, który po chwili był już przy mnie i mocno mnie ściskał, krzycząc coś jeszcze przy okazji, że jest szczęśliwy razem z nami. Przez moment pomyślałam, że chłopaki już wiedzą o zaręczynach, ale jak popatrzałam na Marco, który wyczuł co mam na myśli, pokręcił przecząco głową. Odkleiłam się od przyjaciela i podeszłam jeszcze do Lewego, który również mnie uściskał. Usiedliśmy w kuchni przy blacie i rozmawialiśmy, popijając zimne napoje.
-Nawet nie wiecie jak się cieszę, że jesteście znów razem.-ekscytował się Götze.-Opowiedzcie z dokładnością jak to się stało.
-No, nie wiem, czy chciałbym znać wszystkie szczegóły.-dodał mąż Ani, a my wybuchnęliśmy śmiechem.
-Wiesz, Mario.-zaczął mój narzeczony.-Myślę, że szczegóły nie są ważne. Tylko to, że jest między nami dobrze i kochamy się.-powiedział i objął mnie, przez co na twarzach gości pojawił się szeroki uśmiech.
-Wiedziałem, że nie wytrzymacie długo bez siebie, choć i tak ten miesiąc to sporo czasu. Ale masz rację ważne czy, a nie kiedy.-podsumował.
-Niby tak, ale przecież ile zawdzięczamy wam.-skierowałam do towarzystwa.-Jesteście najlepsi!
-Zawstydzasz nas.-powiedział brunet i teatralnie zakrył się swoją koszulką.
-Ale to prawda, bo gdyby nie wy nie stalibyśmy tutaj dzisiaj z moją JUŻ narzeczoną.-wypalił nieumyślnie. W tym samym momencie Mario i Robert, którzy pili przygotowane wcześniej napoje, zakrztusili się nimi i połowę wypluli na blat. Minęło kilka chwil zanim oboje doszli do siebie. Wtedy popatrzeli na nas, jakby zobaczyli ducha, potem na siebie i znowu na nas. 
-NARZECZONĄ?!-krzyknęli obaj, a ja patrzałam na Reusa jak na wroga. Wiedziałam, że nie umie trzymać języka za zębami i wcześniej czy później się wygada, ale w taki sposób?
-Brawo geniuszu!-krzyknęłam do niego.-Teraz proszę. Ty się im tłumacz.-zarządziłam, a Marco nie miał innej możliwości, jak po prostu wyjaśnić towarzystwu, co wydarzyło się poprzedniej nocy, ale oczywiście, bez szczegółów, które miały miejsca w sypialni blondyna.
Chłopaki siedzieli i z uwagą wsłuchiwali się w opowieść swojego przyjaciela. Ponownie mogłam słyszeć różne pochlebstwa na mój temat oraz to, że wiąże ze mną swoją przyszłość. Mario i Robert byli zszokowani tymi wieściami, ale z drugiej strony bardzo się cieszyli. Gratulacją z ich strony nie było końca, ale to dobrze, bo bałam się, że przyjmą to trochę inaczej. Nasza czwórka posiedziała jeszcze z 20 minut i chłopaki się już musieli zbierać na trening, ale za kilka godzin przecież ponownie mieliśmy się z nimi widzieć na parapetówie. Piłkarze, wychodząc, dodatkowo zatwierdzili, że nie powiedzą nikomu o nowinie, ale będziemy musieli to zrobić dzisiaj sami, bo inaczej zrobią to oni, a to już mogło być mniej ciekawsze.
Około godziny 11 wraz z Marco wychodziliśmy z mieszkania i szliśmy do samochodu. Blondyn uparł się, że mnie zawiezie, a przy okazji przeprosi moich rodziców, bo uznał, że po części to jego wina. Jadąc czarnym, sportowym autem niby rozmawiałam z kierowcą, ale myślami byłam gdzie indziej, a konkretnie w domu, ponieważ bałam się trochę spotkania z rodzicami. Mama na pewno będzie panikowała, przez poprzednie wydarzenia, lecz gdyby mój nocny spacer był jedynym problemem byłoby pięknie. Muszę jeszcze pomyśleć nad tym, jak powiedzieć moim rodzicom, że wychodzę za mąż. Okej, niby z Reusem oboje ustaliliśmy, że to jeszcze poczeka, ale nie mogę przecież tego ukrywać. Może i mam te 18 lat, ale przecież to jasne, że mama z tatą mogą wyrazić swoje niezadowolenia. Zależy mi na ich zdaniu i na tym by nasze relacje były takie jakie są teraz. Dobre, bez kłótni i nieporozumień. Przecież w rodzinie też są jakieś wartości, które się liczą. Jednak nie należy zapominać, że to jest moje życie i mogę nawet jutro założyć białą suknię i lecieć na ceremonie.
-Słuchasz mnie?!-usłyszałam niespodziewanie podniesiony głos mojego towarzysza. Patrzał się na mnie z bananem na twarzy, a ja dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy pod moim domem.
-No... wyłączyłam się na chwilę.-odparłam uśmiechając się niewinnie.
-Pytałem się czy jesteś gotowa i masz jakąś przemowę przygotowaną.-odpowiedział odpinając pas.
-Szczerze to nie.-powtórzyłam czynność.-Marco... ja chcę to zrobić teraz. Chcę to już mieć z głowy i powiedzieć im.-wyjaśniłam. Piłkarz nie krył zdziwienia, ale po kilku sekundach ciszy pocałował mnie w czoło, tuląc do siebie, mimo, że nie mieliśmy zbyt wielkiego pola do popisu, bo przednie siedzenia w aucie nie są za najlepszym miejscem na przytulanie.
-No, to co? Idziemy?-zapytał, a ja kiwnęłam twierdząco głową. Chociaż tak na prawdę nie było. Idąc powoli z Astona do drzwi, cały czas zastanawiałam się od czego mam zacząć. Czy od razu przejść do konkretów, czy walnąć im jakąś przemowę o naszej miłości? Nic. Po prostu nic. Kompletna pusta ogarnęła mnie w głowie, a do tego dochodził stres. Nie pamiętam kiedy ostatnio się tak denerwowałam.
-Ręce ci się pocą.-szepnął blondyn jak byliśmy już obok naszego celu.
-No co ty nie powiesz?-sarknęłam.-A ty niby taki spokojny? Jeszcze mi powiesz, że nie boisz się?
-Sama chciałaś im powiedzieć.-odpowiedział.-Wiki, przeżyjemy. Jak coś to twój tata rzuci się najpierw na mnie, a w tym czasie ty będziesz miała czas na ucieczkę. Taki bohater ze mnie.-powiedział i wypiął pierś jakby naprawdę był jakimś herosem. Przewróciłam tylko oczami i złapałam w dłonie klamkę. Chwile tak stałam, ale powiedziałam sobie, że trzeba być w życiu odważnym. Głośno spuściłam powietrze z ust i pewnie weszliśmy do środa, cały czas trzymając się za ręce.
-Jestem mamo!-krzyknęłam, ale niepotrzebnie, bo zobaczyłam mamę w kuchni, która myła naczynia. Szybko odwróciła się do mnie i popatrzała na nas. Widać było w niej taki osobisty dylemat. Z jednej strony była na mnie wściekła, ale z drugiej cieszyła się naszym szczęściem.
-W końcu jesteście.-nagle pojawił się tata i przystał obok mamy.
-Cześć wam.-powiedziałam skruszona, co oczywiście było takim małym przedstawieniem z mojej strony. Chciałam zrobić dobre wrażenie wraz z Marco. Chłopak oczywiście dodał swoje kilka groszy i również przeprosił moim rodziców. Oboje, po kilka dobrych minut tłumaczyliśmy się z wczorajszego dnia i tego, co się wydarzyło, omijając umiejętnie pewne wydarzenia. Oczywiście nie powiedzieliśmy jeszcze im o zaręczynach, co było dla mnie dobre, bo nie miałam jeszcze na tyle odwagi by się im przyznać. Gdy skończyliśmy, rodzice na początku sceptycznie podeszli do sprawy, ale jak zobaczyli nas szczęśliwych, zrozumieli ile to wszystko nas kosztowało. Obiecałam im, że już nigdy nie zrobię nic takiego. Wybaczyli i przyjęli przeprosiny, a my z Marco odetchnęliśmy z ulgą. Chociaż jeden problem mamy z głowy. Musimy przyznać się jeszcze, że zaręczyliśmy się. W normalniej rodzinie, jest to powód do dumy, a narzeczeni mówią o tym z radością, ale jako, że my nie jesteśmy normalni, a w szczególności ja i mój narzeczony, to tak nie będzie.
-Mamo...-zaczęłam.-Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniśmy wam powiedzieć.-dopowiedziałam. Ciągle staliśmy w progu, trzymaliśmy się za ręce oraz obserwowaliśmy ich reakcje. Tata był nawet spokojny, ale mama jakby pobladła.
-Wiedziałam.-dopowiedziała pewnie po chwili, a my popatrzeliśmy najpierw na nią, a potem na siebie nawzajem.
-Co? Ale jak... skąd?-zapytał piłkarz z numerem jedenaście. Natomiast moja mama, która wcześniej stała przy zlewie i myła naczynia, stanęła obok i zaczęła wycierać talerze.
-Te humorki Wiktorii znikąd się nie wzięły, pokłóciliście się pewnie o dziecko, a po za tym Wiki przytyła znacząco.-wypowiedziała, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Jakie dziecko do cholery?
-Mamo!-krzyknęłam.-Po pierwsze nie jestem w żadnej ciąży! Pokłóciliśmy się o coś innego i... wcale nie przytyłam!-oburzyłam się na co Marco zaśmiał się cicho pod nosem, co skutkiem było uderzenie łokciem w bok. Mężczyzna aż się syknął i popatrzał na mnie, a ja wykorzystałam to wtedy oraz skarciłam go spojrzeniem.
-Nawet nie wiesz jak mi ulżyło...-odetchnęła.
-Ale wtedy. co się stało?-dopytał ojciec. Nadeszła ta chwila, że oboje z Marco powinniśmy wyjawić prawdę. Serce zaczęło bić mi szybciej. Nie było już wtedy odwrotu.
-Mamo... tato...-zaczęłam.-Bo... my wczoraj...-kręciłam.
-No dawaj Wiki. Teraz to już chyba nie ma nic, co by mnie wytrąciło z równowagi.-powiedziała pewnie wycierając kolejne talerz. Och, jak bardzo się mylisz...
-Bo, bo.... Marco... i ja...
-Zaręczyliśmy się!-krzyknął przerywając mi. Mamie wypadło naczynie na ziemie i potłukło się. Tata o mały włos nie zakrztusił się własną śliną, a na domiar złego na dół zszedł właśnie mój brat, któremu wypadły wszystkie chipsy z paczki, którą  jadł. Cała trójka patrzała na nas, zupełnie jakbyśmy powiedzieli, że zmieniamy płeć. Nic nie mówili, tylko z otwartymi buziami wpatrywali się na nas dalej. Natomiast my z Marco zrobiliśmy głupią minę i czekaliśmy na dalsze rozwiązanie sytuacji.
-No, powiedźcie coś?-zarządziłam.
-Widziałem, że oboje jesteście wariatami, ale no, bez przesady.-skomentował Kuba.-Marco, ty wiesz, w co ty się pakujesz?-szepnął ciszej do piłkarza.
-Dzięki!-odparłam z ironią.-Na ciebie zawsze można liczyć.
-Wiktoria... ale jak to zaręczyliście? Boże... dziewczyno! Ty masz 18 lat, maturę przed sobą. Będziesz miała jeszcze czas na zabawy w ślub. Z całym szacunkiem Marco, ale to wydaje mi się najgłupszym pomysłem na jaki mogliście wpaść.-mówiła groźnie. Natomiast mój tata stał dalej oparty o ścianę i wyraźnie nad czymś się zastanawiał.
-Uważa pani to za zabawę?-oburzył się lekko blondyn.
-A jak inaczej to można nazwać?-odparła.-Marco, ja rozumiem kochacie się, ale jesteście jeszcze młodzi. Jeszcze w życiu może się wam wiele pozmieniać. Mogłeś poczekać chwilę, szczególnie biorąc pod uwagę to, że dopiero co pogodziliście się. Tak ma wyglądać wasza przyszłość? Małżeństwo to odpowiedzialność!-dodała.
-Nie chcemy się teraz żenić, ale to jest taki symbol miłości. Po za tym nie mów, że nie jesteśmy odpowiedzialni, bo jesteśmy-walczyłam dalej o rację.
-Mogliście to pokazać inaczej. Nie, nie zgadzam się na to. Przykro mi.-trzymała swego.
-Ale my nie pytamy się ciebie o zgodę, tylko oświadczamy. Pragnę przypomnieć, że jesteśmy dorośli i...
-Właśnie widzę jacy jesteście dorośli...
-DOŚĆ!-krzyknął mój rodziciel. Przez cały ten czas się nie odzywał aż do teraz. Popatrzałam na niego i tylko czekałam aż zezłości się i on. Tata natomiast wyprostował się i powoli zaczął podchodzić do Reusa. Blondyn był trochę zdezorientowany. W sumie ja też. Bałam się, że wybuchnie, albo i coś mu zrobi. W końcu był już wystarczająco. Czekałam tylko na to, jak zaatakuje i nagle... Michał Müller - mój ojciec, urodzony 7 listopada 1976, przytulił mojego narzeczonego! Piłkarz nie bardzo rozumiał, o co chodzi, ale przyjął ten braterski uścisk.
-Marco...-rozpoczął swoją przemowę.-Nie pochwalam tego. Wydaję mi się, że jesteście za młodzi na takie posunięcie, ale... Jesteś dorosły. Oboje. Masz w końcu te swoje 25 lat i zdążyłem cię już trochę poznać. Może i rzeczywiście pośpieszyłeś się, ale naprawdę musisz ją kochać. Wasza miłość mimo problemów przetrwała i jestem z was dumny, że tak to się skończyło. Moja córka również mocno cię kocha. Widzę to i proszę cię, dbaj o nią. Jesteś chyba jedynym odpowiednim kandydatem na to stanowisko, więc nie spieprz tego. Ja nie mam nic przeciwko, a z nią porozmawiam.-mrugnął do nas i uśmiechnął się do mamy, która stała z założonymi rękoma.-Już nie mogę się doczekać, jak będę cię odprowadzał do ołtarza. Kocham cię córeczko. I wierzę, że będziesz szczęśliwa przy nim, bo będzie prawda?-skierował pytanie do piłkarza.
-Nie ma innej możliwości.-zaśmiał się ukazała rząd swoich zębów. Następnie to mnie tata przytulił, a ja szepnęłam mu do ucha:
-Dziękuję.
-Nie złość się już.-odwrócił się tata do mamy.-Nasz córka już dorasta i nie możemy nic z tym zrobić. To ja powinienem być zły, bo nie jestem już jedynym mężczyzną w jej życiu.-zaśmiał się.
-Tak, ale to ty zawsze będziesz tym pierwszym, którego pokochałam.-powiedziałam i wytarłam łzę, która leciała mi po policzku ze wzruszenia. Wtedy cala nasza czwórka i nawet mój brat tuliła się zbiorowo. Nie spodziewałam się takiej decyzji mojego taty i takiej postawy. Zaskoczył mnie. Pozytywnie oczywiście. Dodatkowo jego słowa zapamiętam już do końca życia, bo były przepiękne. Tata udowodnił, że mimo problemów jakie były w moim dzieciństwie, to zawsze mnie kochał, a ja go. Mimo problemów i mimo, że mówiłam wiele razy jak ich nienawidzę.
-Marco?-odezwał się mój brat.-Ale tak na poważnie. Ty wiesz w co się pakujesz?!-krzyknął, a my wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

-ŻARTUJECIE?!-krzyczeli pozostali, a potem byliśmy już przez nich tuleni i ściskani. Nasi przyjaciele zareagowali jak zawsze wspaniale. Już jak dowiedzieli się, że pogodziliśmy się byli w siódmym niebie, a po wiadomości o zaręczynach po prostu oszaleli. Dziewczyny już się mnie pytały jaką mam zamiar ubrać suknię, gdzie miała by odbyć się ceremonia, a co najważniejsze wszyscy, dosłownie wszyscy byli w szoku (pozytywnym) nagłej zmiany Marco. Wszyscy kojarzyli go z osobą która nie może się ustatkować. Jednak nasz związek chyba idealnie obrazuje, co się dzieje z osobami, które się zakochają. Przecież, gdyby mi ktoś powiedział, że jak wyjadę do Niemiec poznam wspaniałych przyjaciół, zakocham się i mężczyzna moich marzeń mi się oświadczy, to bym wyśmiała tę osobę. Najwidoczniej dobre rzeczy się jednak zdarzają. Byłam, a szczęśliwa, a Ann i Ania to chyba by mnie udusiły, gdybym im nie uciekłam.
Gdy właśnie rozmawiałam z modelką, zauważyłam, że na balkonie w domu Marco, stoi Ania - zmartwiłam się. Stała oparta o barierkę i spoglądała w dal. Postanowiłam przeprosić towarzystwo i wybrałam się do niej.
-Przeziębisz się.-zaśmiałam się jak już wychodziłam na świeże powietrze. Karateczka się również po spojrzeniu na mnie uśmiechnęła się do mnie. Tym razem rolę się odwróciły. Stanęłam obok niej i patrzałyśmy tak razem na miasto. W sumie nie wiem na co, dlaczego, ale było wspaniale. Dwie przyjaciółki i panorama Dortmundu, gdzie w oddali prezentował się SIP.
-Życie jest dziwne, prawda?-mówi, a ja spoglądam na nią.
-Taak. Będę to już chyba do końca życia powtarzać. Wystarczy, że spojrzysz na mnie i na Marco. To wszystko jest niesamowite...
-Zobacz ile złego spotkało nas wszystkich w tak krótkim czasie, a mimo wszystko ciągle wierzyliśmy, że będzie dobrze. Rozstania, powroty, wypadki, dziecko... Carolin i choroba... Ludzie normalnie nie powinni wytrzymywać tego wszystkiego psychicznie, ale jednak tak się dzieje. Jednak ciągle jesteśmy dobrej myśli i dajemy z siebie wszystko, by dążyć do celu. Do szczęścia.
-Myślisz, że to wszystko byłoby możliwe bez pewnych osób? To dzięki wam mogę nosić teraz ten pierścionek na palcu i dumnie mówić o tym, że za jakiś czas będę żoną najwspanialszego mężczyzny na ziemi.
-Ja też bym bez was nie dała rady...-szepnęła.-Choć i tak to jeszcze nie koniec....
-Aniu, jestem z tobą. Jesteśmy i razem przez to przejdziemy. Sama mówiłaś, że ludzie muszą wierzyć.-pocieszałam ją. Lewandowska odwróciła się do mnie, a ja bez słowa mocno ją przytuliłam. Każdej poleciały z oczu łzy, których nie kryłyśmy. Miałyśmy gdzieś to, że ktoś może nas zauważyć. Wtedy liczyła się chwila z przyjaciółką od serca. Każdy ma złe chwile i każdy ma czas załamania. W przypadku Ani to normalne. Choroba to nie żart. Anna boi się mimo, że lekarze ją uspokajają. Boi się, że straci osoby, które są dla niej tak ważne i nawzajem. Ja boję się, że stracę ją, że pewnego dnia po prostu już jej nie będzie, a ja nie będę mogła nic zrobić.
-Wiki?-usłyszałam jej głos.
-Tak?-odszepnęłam.
-Pamiętaj jedno: Po burzy zawsze wychodzi słońce.
________________________________________________________________
ZAPRASZAM NA SPÓŹNIONY ROZDZIAŁ!

Wybaczcie, że dodaje z opóźnieniem, ale miałam tydzień zawalony i nie było kiedy pisać :)
Myślę, że teraz powinno być już coraz lepiej z czasem :D

Nie przedłużając, zapraszam do czytania i do komentowania!
Z chęcią poznam Wasza opinie o rozdziale, który niezbyt mi się podoba, ale kolejne powinny być lepsze :)

ENJOY ♥

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 40


"KOCHAM CIĘ SŁOŃCE I JESTEŚ DLA MNIE NAJWAŻNIEJSZA NA ŚWIECIE. ZOSTANIESZ MOJĄ ŻONĄ?"


If you love somebody
Better tell them while they’re here ’cause
They just may run away from you

You’ll never know quite when well
Then again it just depends on
How long of time is left for you
~Imagine Dragons 
One top the world
Kolejne kilka dni później. Czwartek...

Przez ostatnie dni pogoda mieszkańców Dortmundu nie rozpieszczała i deszcz dawał się we znaki. Praktycznie padał bez przerwy w dzień, jak i w noc. Dodatkowo dochodził do tego silny wiatr, który idealnie dopasowywał się do późnej, jesiennej pogody. Chmury szczelnie zakrywały promienie słońca, które ostatnimi siłami próbowały się wydostać i dotrzeć na ziemię.
Szłam mokrym chodnikiem, który kierował mnie już na dzielnicę, w której mieszkam. Krople wody, co spadają z nieba, na chwile odpuściły. Liczyłam, że nie pojawią się w najbliższym czasie, bo nie mam ochoty zmoknąć. Zmęczona po ciężkim dniu nauki, czekałam tylko na to by znaleźć się w swoim pokoju. Idąc zauważyłam nagle, że na posesji Marco stoi duży bus, a po podwórku chodzi kilku mężczyzn z kartonami. Moją pierwszą i chyba najtrafniejszą myślą było to, że blondyn wyprowadza się już dziś. Nie wiem czemu, ale czułam się jakby piłkarz wyjeżdżał na drugi koniec świata, choć prawdą jest to, że będzie mieszkał w tym samym mieście, ale innym mieszkaniu. Możliwe, że chodzi tu o to, że nasz kontakt może się zmniejszyć i ograniczyć. Czyżbym bała się tego? Gdy znalazłam się już naprzeciw jego posiadłości, przystanęłam na chwilę i popatrzałam  na dom jak zaczarowana. Zawahałam się, ale ostatecznie postanowiłam postawić nogę na podwórku Reusa i poszukać go. Mężczyźni chodzili w kółko z różnymi kartonami i pakowali je do samochodu. O kilku nawet się obiłam, ale przeprosiłam ich, jak kultura wymaga.
-Czego tu panienka szuka?-usłyszałam głos. Odwróciłam się i zobaczyłam faceta.Wyglądał na około 40 lat. Z jednej strony wyglądał na miłego, ale jego głos skutecznie mnie odstraszył. Przystanęłam, więc i popatrzałam na niego.
-Przyszłam do... właściciela.-wyjaśniłam. Przez moment nie wiedziałam jak nazwać osobę piłkarza i uznałam, że taki wybór byłby najwłaściwszy.
-Jasne, jasne.-odparł i podszedł do mnie oraz lekko złapał za ramię.-Znam takie jak ty. Albo szukasz sensacji, albo autografu w niewłaściwym miejscu.-dodał i zaczął mnie powoli wyprowadzać.
-Niech mnie Pan puści.-sprzeciwiałam się.-Ja na prawdę przyszłam tu do Marco!
-Każda tak mówi. Ja ci tylko pomagam, bo jak Reus zobaczy, że ma nieproszonego gościa, może się to źle skończyć.
-Panie Klausie!-nagle do moich uszu dobiegł właściwy głos. Był to głos blondyna, który właśnie wychodził z domu. Oboje odwróciliśmy się, a ja dodatkowo uśmiechnęłam się leciutko do niego. Marco odwzajemnił gest i podszedł bliżej.-Spokojnie. Znam ją i nie ma obaw.-zaśmiał się.
-Wybacz, ale pilnuję tak jak prosiłeś.-bronił się.
-Wiem i dziękuję Panu bardzo, ale nie ma potrzeby jej wyprowadzać.-zerknął na mnie. Ten cały Pan Klaus postanowił zaufać Reusowi i pozwolił mi pozostać na posesji.
-Prywatny ochroniarz?-zapytałam i przy okazji zaśmiałam, a gracz BVB razem ze mną.
-Powiedźmy... Ostatnio jestem ostrożny jeśli chodzi o obcych.-wyjaśnił i rozejrzał się po okolicy. Wtedy zrobiło mi się trochę głupio i zapadła między nami niezręczna cisza. Dobrze, wiem, co to znaczyło, "że jest ostrożny".-Pewnie, żałujesz, że tracisz takiego fajnego sąsiada?-zagadał na ponowne rozluźnienie atmosfery. Popatrzałam wtedy na niego i zapatrzałam się na moment w jego magiczne oczy. Patrzałam, a minuty miały.
-Tak. Na pewno.-odparłam.-Przepraszam, ale już się będę zbierać i nie powinnam Ci przeszkadzać. Przyszłam tylko sprawdzić, co u ciebie.-odpowiedziałam i powolutku zaczęłam poprawiać torbę.
-Dobrze wiesz Wiki, że ty nie przeszkadzasz. Nigdy.-odparł i poczułam jak jego ręka, która zwisała bezwładnie, ruszyła się, i dotknęła mojej, a po chwili nasze dłonie się złączyły.-Proszę.... przyjdź do mnie dzisiaj. Będzie Mario i Robert z dziewczynami,-zaproponował. Nie miałam zielonego pojęcia czy się zgodzić, czy nie, ale ostatecznie chyba w końcu trzeba się przełamać i ruszyć dalej. Ale czy przyśpieszenie gazu przy ograniczeniach jest bezpieczne?
-Dobrze Marco. Przyjdę.-wyznałam, a wtedy kąciki jego ust lekko się podniosły w górę. Reus podał mi dokładny adres i poprosił bym, przyszła na 17. Pożegnaliśmy się  i ruszyłam do swojego domu, w którym będę sama, bo rodzice byli w pracy, a Kuba na treningu. Zjadłam samotnie obiad, który składał się z ziemniaków i kotleta oraz surówki. Następnie poszłam do góry i spojrzałam przez okno na dom blondyna. Stał już pusty. Nie było samochodu z kartonami, nie było jego samochodów i nie było już jego. Stojąc nie wiedzieć dlaczego, poleciała mi samotna łezka. Nie była to negatywna łza, ale bardziej z z powodu wzruszenia, czy po prostu przez wspomnienia. Wspomnienia, które są związane z tym domem i naszym spotkaniem, które może i nie było pierwszym, ale zawsze będę je uważała za szczególne. Mimo padającego na zewnątrz deszczu, otworzyłam drzwi balkonowe i oparłam się o barierkę i przed oczami miałam tę sytuację, która wydarzyła się zaledwie kilka miesięcy temu.

Postanowiłam pójść jeszcze na balkon. Usiadłam na fotelu i patrzałam w gwiazdy. Lubię to robić. Czasami zdążyło się, że zobaczyłam jakąś spadającą gwiazdę. Nie za bardzo w to wierzę, że życzenia mogą się spełnić, ale nie zaszkodzi spróbować. Patrząc tak, spostrzegłam, że ktoś z balkonu obok, mnie obserwuję. Spojrzałam na tego mężczyznę i o mało nie dostałam zawału...
-Witam sąsiadkę!- powiedział mężczyzna z bananem na twarzy.
Nic nie odpowiedziałam tylko wstałam jak oparzona z fotela i patrzałam na mężczyznę z przerażeniem. 
-Co, co ty tu robisz?!-krzyknęłam, by mógł usłyszeć, ale też by zobaczył moje zdenerwowanie.
-No nie wiem, czekaj....-udawał, że myśli.- A no tak! Mieszkam.
-Czyli TY jesteś moim sąsiadem?-pytałam chociaż odpowiedź była oczywista.
-No brawo!-klasnął w dłonie.-Tak w ogóle to powinienem być obrażony na ciebie za to co zrobiłaś przed stadionem, ale że jesteśmy sąsiadami to Ci wybaczę, a po za tym taka piękna sąsiadka to skarb.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Reus moim sąsiadem?
-Mam nadzieję skarbię, że będziemy się spotykać u siebie na "kawie"?-dodał uśmiechając się od ucha do ucha. Mi do śmiechu wcale nie było.
-Kochanie?!-usłyszałam wołanie kobiety.
-"Kochanie"? Co tu jest grane do cholery.-myślałam
-Z kim rozmawiasz?-dodała, a po chwili była już obok piłkarza.
-Z naszą nową sąsiadka.- odpowiedział, ale po chwili pocałował ją namiętnie.- Wypadało by się przedstawić. Ja jestem Marco, ale to już chyba wiesz, a to moja dziewczyna Caroline.
-Cześć!-przywitała się przyjaźnie i pomachała jednocześnie.
-Hej.. -odpowiedziałam niepewnie.-Wiktoria jestem. 
-Wiktorio, może wyskoczymy jutro gdzieś razem?-krzyknęła Caroline.-Poznamy się bliżej, nie znasz pewnie jeszcze miasta. Co ty na to?
-O nie! tylko nie to.-pomyślałam.-Tak, jasne.. Pewnie.-co ja najlepszego robię...
-To przyjdę po ciebie wieczorem. Pa!-krzyknęła i weszła do pokoju.
-Uuu no proszę.-zawył Reus.-Będę miał Cię bliżej siebie.
-Spierdalaj!-wykrzyczałam i również weszłam do pokoju zatrzaskując przy tym drzwi balkonowe. dlaczego ja mam takiego pecha i trafiłam na takich sąsiadów. 

Na samą myśl o naszej początkowej nienawiści, uśmiecham się pod nosem. To niesamowite jak miłość potrafi zaskoczyć człowieka i złapać się w jej sidła. Wspaniałe jest to, że ludzie, którzy z jednej strony są zupełnie różni, a z drugiej tacy sami. A największą rzeczą jaką ich łączy jest właśnie zakochanie, które jest tak silne, że nic ich nie zatrzyma do szczęścia. Wiadomo zdarzają się problemy, ale kto ich nie ma? Jedynym rozwiązaniem jest właśnie rozmowa i czas, który w moim przypadku by szczególnie ważny. 
Wróciłam z powrotem do środka i po prostu położyłam się na łóżku. Położyłam się i zaczęłam zastanawiać dlaczego to wszystko jest takie trudne. Dlaczego pewne rzeczy przychodzą z czasem. Nie jestem cierpliwa, ale sama tego wymagam, bo inaczej nie mogę. Przez te kilka dni miałam dość dobry kontakt z moim już byłym sąsiadem. Spotykałam się z piłkarzem z parę razy. Owszem. Dało to coś, ale te skutki są prawdopodobne widoczne tylko dla mnie, bo to właśnie we mnie jest ten problem. Kocham go i z dnia na dzień coraz bardziej odczuwam, że jestem zwyczajnie od niego uzależniona. Ta blokada z początku już minęła, ale ciągle jest ten wewnętrzny strach. Chciałabym by już to wszystko wróciło do normy. Chciałabym, bo też jestem osobiście zmęczona. Jednak życie jest bezlitosne i nie obchodzi go to co my chcemy. Muszę się wziąć w końcu w garść i postarać się naprawić mój związek. Naprawić moje życie i naprawić to, co zostało zniszczone przez przeszłość.
Wstałam z łóżka i zaczęłam odrabiać lekcje, bo moje wieczorne plany wiąże z wyjściem do Marco. Mam nadzieję, że nic ich nie pokrzyżuję.


*******
Właśnie kończyłem rozpakowywać ostatnie pudełko i teoretycznie skończyłem urządzanie mojego nowego mieszkania. Teoretycznie, bo wiadomo, zostały jakieś puste kąty, ale znając życie moje siostry szybko się tym zajmą. Samo mieszkanie nie było mimo wszystko małe. Miało przejrzysty salon z widokiem na miasto. Kuchnia była połączona z pokojem dziennym i jadalnią.Całość była utrzymana w jasnych kolorach, co dawało efekt bardzo jasnego i przejrzystego miejsca. Na dole znajdowała się jeszcze mała łazienka z prysznicem. W domu znalazły się schody, które prowadzą na pięto, a na nim dwa pokoje, a do każdego dołączona jest przestronna łazienka. Wydaję mi się, że dam radę zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Wyprowadzka z domu, w którym mieszkałem już jakiś czas i w którym przeżyłem wiele dobrych chwil, było bardzo trudne. Jednak zmiana otoczenia przyda mi się i to bardzo. Można pomyśleć, że uciekam, ale tak nie jest. Ja po prostu chcę zmiany i zmiana otoczenia przyda mi się. Po za tym poprzedni dom był mój i Carolin. Razem go kupiliśmy, urządziliśmy, mieszkaliśmy i po prostu byliśmy. Mam nadzieję, że Wiktoria będzie miała udział w historii tego mieszkania. Zaprosiłem ją, bo nasze relacje w ostatnich dniach są bardzo dobre. Rozmawialiśmy z parę razy jak spotkaliśmy się przypadkiem na kogoś posesji. Teraz już nie będzie okazji na takie spotkania, ale liczę, że to nie będzie przeszkodą do naszej dalszej przyszłości, która mam nadzieję będzie już jasna dzisiaj. 
Oprócz Wiktorii ma przyjść Mario i Robert wraz z Anią oraz Ann. Oczywiście nie zaprosiłem ich, bo sami się wprosili. Uznali, że tak będzie lepiej, bo ich towarzystwo wpłynie na mnie zdecydowanie lepiej. Oczywiście nie mam nic do tego, że przychodzą, a nawet bardzo się cieszę, bo są prawdziwymi przyjaciółmi o troszczą się o mnie, albo... szukają okazji do wypicia. Jak kto woli. Naturalnie sama parapetówa również się odbędzie, ale to dopiero w sobotę, bo w ten dzień akurat wszyscy mają czas. Ja dalej nie ćwiczę jeszcze w pełni. Dalej chodzę w usztywniaczu, ale kiedy mam okazję staram się go zdejmować. 
Gdy spojrzałem na zegar, wskazywał on godzinę 17:50. To oznaczało tylko, że Wiki może pojawić się już wkrótce. Cieszyłem się, z tego spotkania, bo mamy czas na swobodną rozmowę, ponieważ reszta ferajny miała przyjść godzinę po niej. Usiadłem swobodnie na sofie i zacząłem oglądać TV. W taki sposób miałem czekać na Polkę. Mijały kolejne minuty, a jej dalej nie było. 
Siedziałem dalej i czekałem, a po niej ani śladu. Godzina 17:30, Wiktorii brak i żadnej wiadomości od niej. Dzwoniłem, pisałem, ale ona nawet nie raczyła odebrać. Z jednej strony martwiłem się, a z drugiej byłem wściekły. Mimo wszystko bałem się, że coś mogło się jej stać, choć wolałem sobie wymazać te myśli z głowy. Po raz kilkunasty ułożyłem telefon do swojego ucha, a jedyne co mi odpowiadało to sygnały. Kiedy było przed 18, postanowiłem nie czekać, bo na poważnie mogła stać się jej krzywda, więc chwyciłem szybko za klucze i telefon. Gdy łapałem już za klamkę, poczułem wibrację w telefonie, świadczące o przychodzącej wiadomości. Szybko złapałem za iphona i odczytałem.
"Przepraszam..."
Jak to zobaczyłem ogarnęła mnie niewyobrażalna wściekłość. Przekląłem głośno i rozebrałem się z kurtki, jednocześnie rzucając się na kanapę. Dlaczego ona ponownie mnie olała? Tak, olałam. Właśnie tak to dla mnie wygląda, bo inaczej tego nazwać nie można. Olała i wystawiła. Co jest jeszcze nie tak z nią? Przecież było wszystko dobrze i tak nagle jej się odwidziało? Ciągle zadawałem sobie takie pytania i próbowałem dojść czy to może we mnie leży problem, ale przecież zrobiłem co mogłem. Pomogłem jak mogłem. Czekałem. Czekałem do cholery! Wtedy odechciało mi się jakikolwiek rozmów i spotkać z przyjaciółmi. Zadzwoniłem do Mario i powiedziałem, że poczułem się gorzej i po prostu położę się. Cała czwórka się zmartwiła, bo była już razem. Ania kazała wypić jakieś ziółka i leżeć. Uśmiałem się pod nosem, bo są wspaniali. Przyjaciele w takich chwilach są skarbem i potrafią podnieść najbardziej leżącego. 
Mimo, że tak naprawdę symulowałem, poważnie położyłem się, bo byłem zmęczony dzisiejszym dniem... rozczarowaniem. Ciągle zastanawiałem się, czy będzie kiedyś taki dzień, w którym wraz z Wiki pogodzimy się. Kocham ją, ale jestem też wściekły, bo czuję się oszukany. Obiecała i nie dotrzymała tej zwykłej i drobnej obietnicy. Leżąc, coś sobie nagle przypomniałem. Wstałem i podszedłem do pewnej szafki, w której już znajdowała się ta jakże cudowna rzecz. Pierścionek zaręczynowy, co dał mi tata jest u mnie dalej i czeka na ten moment, gdy w końcu będę mógł podać go Wiktorii. Czeka w śnieżnobiałym pudełeczku. Czeka, aż w końcu będzie na palcu właścicielki. Chyba niestety będzie musiał jeszcze poczekać. Zmarnowany ponownie położyłem się na łóżku i przysnąłem na chwilę. 


*******
-... także mam nadzieję, że nikt nie oleje sobie tej pracy klasowej i nauczy się na....-mówiła nauczycielka od matematyki, ale tak się złożyło, że zadzwonił dzwonek i nikt już jej nie słuchał. Podobnie do mnie, ale ja nie słuchałam dzisiaj cały dzień. Na szczęście ten okropny piątek dobiegł końca i mogę spokojnie wrócić do domu. Ale dlaczego ten dzień jest aż tak zły? No, jak zwykle zawaliłam, ale tym razem już do końca. Zraniłam Marco. Wiem to doskonale. Wiem też, że może się do mnie nie chcieć odezwać, a w najgorszym przypadku po prostu to raz na zawsze zakończyć. Jednak.... czy tak nie będzie lepiej dla niego? Znajdzie sobie kogoś innego. Kogoś kto mimo wszystko zrozumie go, będzie przy nim w każdej chwili. Kogoś na kogo zasługuje. Ktoś kto pokocha go tak, jak ja to zrobiłam. Zrezygnowałam wczoraj. Tak, wiem. Ale to nie była decyzja, którą podjęłam od zaraz. Cały czas biłam się z myślami. Żałuje tego teraz, ale ja zwyczajnie wczoraj ponownie przypomniałam sobie wszystko, miałam w głowie czarne scenariusze. Przecież ja już byłam gotowa do wyjścia, ale... wszyscy wiemy jak wyszło. Żałuję, ale nie tego, że nie przyszłam, tylko tego, że Marco przeze mnie poczuł się pewnie oszukany. Nie odzywałam się, a on pewnie się martwił. Wysłałam mu tylko po godzinie czasu głupiego SMS'a. Tylko na tyle było mnie stać. Każde jego połączenie, wiadomość, gdy przychodziła czułam się jakby ktoś wbijał mi nóż w serce. Ja... a jak blondyn musiał się poczuć? 
Najszybciej jak mogłam wyszłam ze szkoły, nawet nie żegnając się z nikim. Poszłam na parking i zwyczajnie wsiadłam do samochodu i odjechałam. Droga była nawet jeszcze przejezdna, dlatego po 30 minutach byłam już w domu. To nie były jeszcze godziny szczytu, jak to bywa o 14 czy 15. W mieszkaniu była tylko moja mama, bo tata był w klubie. Musiał podpisać jakieś dokumenty, etc. Nie zbyt interesuję się pracą rodziców. Naturalnie obiadu jeszcze nie było, bo jest za wcześnie dlatego po prostu poszłam na górę do siebie i zmarnowana całym dniem położyłam się na łóżku. 
Tak mijały kolejne godziny tego przeklętego dnia. Wrócił tata, wrócił Kuba, podano obiad i każdy zajął się sobą. Siedząc w pokoju przyszła do mnie mama i zaproponowała wybranie się do galerii we czwórkę. Nie miałam szczerzę ochoty, ale ostatecznie się zgodziłam i pojechaliśmy.

W centrum handlowym było dość sporo osób, ale wiadomo - piątek. Głównie łaziłam z mamą, bo chłopaki zajęli się sobą i swoimi męskimi sklepami. Gdy wchodziłyśmy właśnie do jednego ze sklepów, gdzie zauważyłam śliczną bluzkę, spotkałam kogoś. Przy kasie była Ann z Mario. Postanowiłam podejść do nich. Przeprosiłam, więc mamę, która poszła popatrzeć na ubrania. Jak dwójka zakochanych już odchodziła od kasjerki, zauważyli mnie i uśmiechnęli się. 
-No proszę!-krzyknął Götze.-Kogo my tu mamy?
-Cześć wam!-uśmiechnęłam się.-Też na zakupach? 
-Wiesz powoli zacznę być okrągła jak beczka, to wypada kupić coś nowego.-zaśmiała się się modelka wyjaśniając. 
-Przestań Ann to normalne, a założę się, że z brzuchem będzie ci do twarzy.-wyjaśniłam, na co dziewczyna lekko mnie przytuliła.
-Powtarzam jej to ciągle.-dopowiedział Mario. Staliśmy chwilę i rozmawialiśmy głównie o stanie zdrowa Ann - Kathrin. Jednak postanowiłam spytać ich jak było wczoraj u Reusa, bo przecież mówił, że mają do niego przyjść. 
-A... tak w ogóle... to jak było wczoraj u Marco?-zapytałam niepewnie, a oni popatrzeli po sobie.
-Nie doszło do spotkania, bo podobno źle się poczuł.-wyjaśniła blondynka.
-Ale skąd wiesz o tym, że mieliśmy do niego przyjść?-ciekawił się piłkarz. 
-Powiedział mi, bo rozmawialiśmy wczoraj.-odpowiedział, a zaraz potem szybko się pożegnałam, podając powód zgubionej mamy między różnymi stanowiskami z ciuchami. Mimo, że oboje odeszli ciągle miałam w głowie jeszcze te zdanie: "Nie doszło do spotkania, bo źle się poczuł.". To był pretekst czy na prawdę przeze mnie jego stan zdrowa się pogorszył?

Siedziałam na łóżku słuchając muzyki. Tak wyglądało moje zajęcie na wieczór. Widziałam jak deszcz za oknem, który od godziny pada bez przerwy, przestał na chwil. Pomyślałam sobie, że mogę to wykorzystać i wyjść na spacer. Jest niby 20, ale i tak nie mam ochoty siedzieć w tych czterech ścianach. Wstałam, więc i udałam się do garderoby założyć czerwony sweterek. Nie musiałam się przebierać, bo byłam już praktycznie gotowa. Złapałam za komórkę i zeszłam na dół, gdzie siedzieli rodzicie i zaczęłam ubierać moją parkę i buty.
-Wychodzę na spacer.-powiedziałam zanim ktoś z nich pierwszy zadał mi pytanie.
-Nie jest za późno czasem Wiki?-niepokoiła się mama.
-Poradzę sobie.-uśmiechnęłam się do niej i powoli podeszłam do drzwi.-Wrócę najpóźniej za godzinę.-dodałam i wyszłam z domu.
Nie miałam konkretnego planu, gdzie udać się na moją przechadzkę, ale moje nogi same prowadziły mnie do parku. Szczerze? To uwielbiam to miejsce. Szczególnie wieczorem wygląda nieziemsko. Zupełnie jak kadr z jakiegoś filmu. Chodziłam z rękoma w kieszeni i zastanawiałam się nad swoim życiem. Zastanawiałam się czy dalej go kocham... Szybko odpowiedziałam sobie, że "tak", ale on zapewne myśli teraz inaczej. Martwiłam się o niego, że to mogło skończyć się podobnie jak jego ostatnie wybryki i mógł się upić, a to byłaby już zwyczajnie moja wina. Brakuje mi go, ale czasami boję się. Tak jak wczoraj. Boję się, że to wszystko wróci. Stary Marco wróci i...ahh widocznie skończyły mi się argumenty. Nagle zatrzymałam się, bo zauważyłam, że jestem na tym moście. Na tym samym, co wyznaliśmy sobie miłość i powiedzieli te piękne słowa.

Chcesz powiedzieć, że...-chciałam dokończyć, ale nie było mi to dane, bo przerwał mi pocałunkiem. Długim i bardzo namiętnym.
-Tak, kocham Cię. Od początku coś do Ciebie czułem, ale byłem idiotą i tego nie zauważyłem.-wyszeptał i oparł się swoim czołem i moje. Zupełnie jak w moim śnie.
-Ja Ciebie też kocham. Idioto...-odpowiedziałam i ponownie zastygliśmy w pocałunku. Tylko tym razem na dłużej...

W tamtym momencie coś mnie ruszyło. Zrozumiałam, że nie wytrzymam bez niego dłużej i moim następnym przystankiem będzie dom Marco. Szybko przypomniałam sobie dokładny adres i ruszyłam na Phoneix See. Niestety, ale chmury ponownie się rozerwały i deszcz zaczął kapać na mnie, przez co już po chwili byłam mokra. Jednak nie to się dla mnie liczyło, tylko to by być jak najszybciej przy nim. Moja forma ostatnio pogorszyła się trochę, bo wiadomo, nie ma kto mnie wyciągnąć na trening, ale nie było aż tak źle i po 20 minutach byłam w odpowiednim miejscu. Zwolniłam wtedy swoje kroki i szłam powoli pod blok. Zatrzymałam się jak byłam już obok. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie tylko przez mój maraton, ale i przez stres. Bałam się reakcji Marco. Bałam się, że przez to, co zrobiłam wczoraj nie będzie chciał mnie już widzieć. Musiałam najpierw przejść przez furtkę, na której trzeba było wpisać odpowiedni kod. W tym miejscu mieszkali sami bogaci mieszkańcy i dość wpływowi, dlatego te zabezpieczenia mnie nie dziwią. Sam kod oczywiście znałam, bo piłkarz podał mi go wczoraj i szybko po wpisaniu kilku cyferek mogłam podejść do domofonu oraz zadzwonić do niego. Stałam tak chyba z 5 minut i zastanawiałam się, co mam powiedzieć. Układałam w głowie kila scenariuszy, ale to wszystko było dla mnie za trudne i chyba zdecydowanie wolałabym powiedzieć mu to wszystko od razu w twarz. Nagle zauważyłam, że drzwi się otwierają i wychodzi jakiś mężczyzna. Gadał przez telefon i nawet mnie nie zauważył, więc mogłam to wykorzystać i szybko złapałam za drzwi by się nie zamknęły oraz weszłam do środka. Wiedziałam, że mieszka praktycznie na ostatnim pietrze, pod 15. Także czekała mnie podróż windą. Gdy w niej byłam nie wiem czemu modliłam się, aby się zatrzymała albo popsuła. Coraz bardziej miałam większe obawy, a gdy znalazłam się pod odpowiednim numerem, moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Stałam tak chwilę i zastanawiałam się. W pewnych chwilach chciałam uciec, ale ostatecznie powiedziałam sobie, że jak teraz to nigdy i zadzwoniłam dzwonkiem. Czekałam, ale nie było słychać, by ktokolwiek był w domu. Zmartwiłam się. Czyżby to wszystko miało pójść się za przeproszeniem jebać? Choć... czy nie tego właśnie chciałam? Zadzwoniłam jeszcze raz i odczekałam z trzy minuty, ale ponownie słyszałam nic, powoli się odwróciłam. Byłam zrezygnowana, ale nagle usłyszałam jakiś dźwięk, a potem krzyk.
-Już idę!-tak, to był jego głos. Już nie miałam szans na ucieczkę. Nie miałam już wyjścia i musiałam zmierzyć się z moim problemem i wyjaśnić to wszystko. Nagle drewniane drzwi się otworzyły, a moim oczom ukazał się on. Był odziany tylko w szare, dresowe spodnie. Na karku miał owinięty ręcznik, którym jeszcze wycierał mokre włosy. Wyglądał normalnie. Nie pił. Ciszyło mnie to, ale to nie znaczy, że mogę już uciec. Reus nie udawał zaskoczenia i oboje patrzeliśmy się na siebie nie mówiąc nic.
-Cześć.-postanowiłam w końcu przerwać tę ciszę.
-Hej.-odpowiedział.-Chcesz wejść?-zapytał, a ja kiwnęłam lekko głową, a mężczyzna uchylił mocniej drzwi, przez co mogłam wejść głębiej.
-Jak chcesz to idź usiądź w salonie, a ja się pójdę ubrać.-powiedział i zaczął kierować się powoli na górę.
-Nie musisz.-zaprzeczyłam.-Nie przeszkadza mi to.-wyjaśniłam i leciutko podniosłam kąciku ust. Nie wiem czy Marco zrobił to samo, czy miał po prostu neutralną twarz. W każdym bądź razie wrócił i usiadł na sofie, a ja obok niego.
-Przyszłaś tu w jakiejś konkretnej sprawie?-zapytał z obojętnością. Ona bolała najbardziej. Widać było jego złość i zawiedzenie. Pierwszy raz był taki dla mnie.
-Takk. Przyszłam cię przeprosić. Zachowałam się wczoraj okropnie i wiem, że nie ma dla mnie żadnego wyjaśnienia. Po prostu wczoraj było jeszcze mi trudno, a...
-... a dzisiaj nie?-dokończył za mnie przerywając.-Wiktoria... ja nie wiem, co mam ci powiedzieć. Kocham cię i raczej wątpię, że kiedykolwiek przestanę, ale ja mam jak na razie dość już czekania. Czekałem prawie miesiąc. Jeszcze ta kontuzja... tego wszystkiego jest za dużo jak dla mnie. Wczoraj potraktowałaś mnie jeszcze jak śmiecia. Wybacz za określenie, ale tak się poczułem. Ten SMS mi nie pomógł, a wręcz dobił.-wyjaśnił swoje wszystkie bóle. Było mi go strasznie żal. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, bo czułam jak moje oczy się szklą od łez. Nie chcę płakać, ale ostatnio jest dla mnie momentem kiedy mogę odreagować. 
-Ja wczoraj po prostu.... to wszystko wróciło. Byłam gotowa. Miałam wychodzić, ale znowu wróciły te wszystkie czarne scenariusze, że wrócisz ty z przeszłości....
-Nie Wiktoria. Tamten "ja" już nie wróci. Niezależnie od tego jak jest między nami.-odparł i popatrzał na mnie.
-Kochasz mnie, a ja nie zasługuj na ciebie. Potrzebujesz kogoś, kto jest odpowiedni dla ciebie.-wypaliłam i schowałam twarz w dłoniach. Marco nie mówił przez chwilę nic. Po chwili poczułam jak mnie obejmuje. Moje całe ciało przeszły przyjemne ciarki. Wtedy spojrzałam na niego i dostrzegłam w jego oczach takie perełki. Patrzał na mnie z poważną miną, ale jednocześni uśmiechał się. Tylko on tak potrafił.
-Co ty mówisz? Dlaczego nie zasługujesz na mnie?-zapytał.
-Bo ranię cię. Nie potrafiłam się przemóc, a ty cierpisz.
-A pomyślałaś o tym, że może ja nie chcę kogoś innego, ale ciebie?-zapytał oburzony.-Oboje krzywdziliśmy się nawzajem, oboje cierpieliśmy, ale teraz oboje możemy to wszystko naprawić. Potrzebuję tylko jednego.
-Czego?-zapytałam i ponownie na niego spojrzałam, a blondyn złamał moją twarz w obie dłonie.
-Kocham Cię Wiki.-wyszeptał.
-Ja ciebie też kocham.-odpowiedziałam bez większego myślenia i chyba to się opłaciło. Marco uśmiechnął się tym firmowym uśmiechem i pocałował mnie w usta. Lekko, ale jednocześnie bardzo zachłannie. Delikatnie, ale z pełnym oddanie. Brakowało mi jego ust. Tęskniłam za tym, a teraz gdy mogę je w końcu poczuć, czuję się jak w niebie. Jak najważniejszą osobą na świecie. Po chwili przyjemności, przestał mnie całować i odsunął się.
-Dlaczego się tak na mnie patrzysz?-zapytałam rozbawiona.
-Czyli to koniec?-spytał.-Koniec wojny, a początek starej miłości? Wszystko wróci do normy?
-Tak i będziemy razem już do końca życia.-odpowiedziałam.
-Chcesz tego?-ponownie zalewał mnie różnymi pytaniami,
-Być z tobą już na zawsze? Tak.-wyjawiłam pewna swoich słów, bo taka jest prawda. Teraz nie potrafię wyobrazić sobie innego scenariusza.
-Zaczekaj tu.-powiedział i bez wyjaśnień zniknął. Udał się na górę po schodach, prawdopodobnie do swojej sypialni. Czekałam na niego chwilę, ciągle nie dowierzając, że to już koniec naszej wielkiej kłótni. Po kilku minutach, usłyszałam kroki Marco. Schodził po schodach i wrócił na swoje miejsce. Nie miał przy sobie niczego, więc zastanawiałam się po co poszedł.
-Stało się coś?-zapytałam, bo widocznie był czymś zmartwiony, albo zdenerwowany.
-Nie.-uśmiechnął się i złapał za moje dłonie oraz mocno ścisnął.-Pamiętaj, że wtedy gdy byliśmy pokłóceni to nie było dnia, bym nie myślał o tobie. Kochałem cię cały czas i dalej będę to robił. Byłem jaki byłem. Wiem to. Powinienem był ci powiedzieć, ale bałem się reakcji. Teraz już nie mam przed tobą żadnych tajemnic i mam nadzieję, że podobnie jest z tobą.-po tych słowach wiedziałam, że jednak jest coś, co powinnam powiedzieć mu. Coś, co stało się dawno i nikt o tym nie wiedział. Miała być to tajemnica moja i Mario, ale...
-Jest coś.-powiedziałam i spuściłam głowę lekko. Potem ją podniosłam i popatrzałam na niego.-To było jakoś na początku mojej przeprowadzki do Dortmundu. Jak jedyną bliską mi osobą był Mario. On nie był jeszcze z Ann, a ja z tobą. Pocałował mnie. Do niczego więcej nie doszło. To była chwila słabości. Kocham go, ale jak brata. Nic więcej. Nie mów mu o tym, że wiesz. To może zepsuć wiele. Niech to pozostanie w przeszłości. Tak jak ten zły Marco, tak i pocałunek z Mario.-wyjawiłam mój sekret i szczerze? Poczułam się bardzo dobrze. Mimo, że nigdy jakoś szczególnie mi to nie uwierało na sumieniu. Marco nie mówił nic przez chwilę, czym mnie zmartwił, ale zraz ponownie mnie pocałował.
-Cieszę się, że zaufałaś mi. Kocham cię mała.-dodał i pogłaskał mnie po głowie jednocześnie całując. Jednak zaraz ponownie przerwał.-Posłuchaj mnie... Wiem, że pewnie wyobrażałaś to sobie inaczej. W bardziej romantyczny sposób. Uwierz mi, bo ja też, ale czuję, że to jest ten moment.-mówił, ale ja nie bardzo rozumiałam. Piłkarz widział moje zdziwienie i postanowił wszystko wyjaśnić.-Pamiętasz jak odwiedziliśmy moich rodziców?
-Tak. Wtedy jak nie chciałam jechać?-zaśmiałam się, a Marco wraz ze mną.
-Tak, dokładnie. Wtedy przez moment mnie nie było. Mój tata zabrał mnie do pewnego miejsca, a konkretnie do swojej sypialni. Dał mi tam to.-wyjął z kieszeni swoich dresów białe pudełeczko, a w nim... pierścionek. Był prześliczny.-To pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Tata powiedział, że od zawsze marzyli by dać go swojemu synowi. Nie dali mi go jak byłem z Caro. Dali jak jestem z tobą, bo sami powiedzieli, że widać jak bardzo się kochamy. Jak mówiłem wcześniej, na pewno inaczej to sobie wyobrażałaś, ale... ja nie mogę czekać. Kocham cię i chcę byś nosiła go na palcu. Chcę byś miała mnie zawsze blisko. Nie musimy się od razu żenić, ale kto wiem... Los bywa dziwny.-blondyn mówił, a do mnie dalej nie dochodziło. Miałam zostać żoną Marco? To jest szalone, ale i piękne.-Także... Kocham cię słońce i jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Zostaniesz moją żoną?-powiedział to pytanie, a ja siedziałam i patrzałam na te malutki cudo. Potem ponownie na niego.
-Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś szalony?-spytałam.
-Zdarzyło się.
-Jesteś wariatem jakich mało i prawdopodobnie moi rodzice będą na ciebie wściekli, że zabierasz im swoją córeczkę, ale to nie ważne. Kocham cię popaprańcu i tak, zostanę twoją żoną.-wypowiedziałam, a Reus zrobił to i po sekundzie mój palec zdobił ten śliczny pierścionek. Spojrzałam wtedy na mojego NARZECZONEGO i nim się obejrzałam, a już mnie całował. Tym razem był już odważniejszy i ja w sumie też. Żadne z nas nie szczędziło sobie wtedy pieszczot.
-Nie masz czasem ochoty zwiedzić mojej sypialnię?-zapytał z chytrym uśmieszkiem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-powiedziałam i wtedy piłkarz podniósł mnie, a ja oplotłam nogi w okół jego bioder. Idąc, nie przestawaliśmy się całować. Nasze języki drażniły nasze podniebia sobie nawzajem. Już wtedy byłam w siódmym niebie, a to był dopiero początek. W drodze do sypialni co i rusz gubiłam jakąś z części swojej garderoby. Gdy znaleźliśmy się już przed drzwiami sypialni, Reus jednym kopniakiem je otworzył i wszedł do środka wraz ze mną na rękach. Ułożył mnie delikatnie na łóżku, a sam znalazłszy się nade mną, całował moją szyje, by po chwili przejść do dekoltu. Mijały kolejne minuty, a oboje byliśmy już w samej bieliźnie. Nawet nie zauważyłam, jak kilka sekund później nie miałam na sobie stanika, którego mężczyzna się pozbył. Zaśmiałam się tylko pod nosem i czekałam aż przejdziemy do konkretów. Czułam jego dłoń na moim pośladku. Chwile właśnie tam pozostawała, jednak zaraz zajął się zsunięciem dolnej, koronkowej partii bielizny. Gdy to zrobił przestał całować moje usta, a zaczął okolice prawego ucha.
-Kocham cię.-wyszeptał do niego. Uśmiechnęłam pod nosem, by zaraz potem jęknąć cicho z rozkoszy. To była nasza noc. To ja byłam narzeczoną Marco Reusa. Nie dziewczyną, ale narzeczoną. To ja mam go przy sobie. To ja mam go blisko. Tak blisko, że już chyba bliżej nie można.
________________________________________________________________
NO PRZYZNAĆ SIĘ, KTO PRZEWIDZIAŁ TAKI SCENARUISZ? 

Powiem szczerze, że do pomysłu z zaręczynami naprowadziła mnie pewna osoba, która już chyba nawet nie pamięta o tym :) 
I to rozdział specjalnie dla niej ♥
Dziękuję i zapraszam do niej! Wyczekujcie drugiej części świetnego opowiadania!

Nie jest to jakiś cud, ale mam nadzieję, że zaspokoi wasze potrzeby ;) 
Natomiast samego bloga to nie koniec, bo mam coś jeszcze w zanadrzu dla was, a szczególnie jeden wątek, bez którego nie byłoby tego opowiadanie.

Także jak sądzicie, jak zareagują inni o zaręczynach?
Czy rano coś się wydarzy? 
Jak będzie na parapetówie u Reusa?

ooohhhh :OOO 


10 komentarzy = następny rozdział? 
Dacie radę? :* 


ENJOY ♥