sobota, 9 maja 2015

Rozdział 41


"PO BURZY ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE"


*******
Czy to normalne, że ktoś boi się otworzyć oczy, bo nie chce się rozczarować? Bałem się, że gdy już w pełni się obudzę zobaczę puste miejsce obok. Będę sam, a to wszystko, co było piękne było po prostu zwykłym snem. To, że ja i Wiktoria się pogodziliśmy, zaręczyliśmy... że tego nie ma. Postanowiłem jednak zaryzykować i powoli zacząłem podnosić powieki. Była tam. Czyli to jednak nie sen. To jawa. Nie spała już i leżała obok mnie. Bawiła się pierścionkiem, który cały czas zdobił jej palec. Patrzała na niego, obracała. Zupełnie jakby nie dowierzała, że należy do niej i kto wie... że może już za kilka miesięcy będzie nosiła moje nazwisko przy imieniu. Uśmiechnąłem się na ten widok i przybliżyłem do niej oraz przytuliłem się do jej klatki piersiowej. Dziewczyna lekko drgnęła i popatrzała na mnie. Sam pocałowałem ją delikatnie w obojczyk i delektowałem się jej obecnością. Moja cierpliwość została wystawiona na ogromną próbę, ale najwidoczniej się opłaciło. Jestem teraz niesamowicie szczęśliwy, że mam ją blisko siebie.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?-zapytałem zaspanym głosem.
-Tak słodko spałeś, że nie miałam serca ci przerywać. Wiesz, że uśmiechasz się przez sen?-zapytała rozbawiona i jednocześnie zaczęła bawić się moimi włosami.
-Uśmiecham się, bo jesteś przy mnie.-powiedziałem wstając wcześniej i opierając się na rękach pocałowałem ją w usta.-Tęskniłem...
-Ja też i dalej nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś.-odparła i oboje wróciliśmy do pozycji leżącej. Teraz to ona leżała przytulona do mnie. Objąłem ją delikatnie rękoma zupełnie jakbym bał się, że ucieknie.
-To znaczy? Że się oświadczyłem? Zawsze mogłaś odmówić.-zaśmiałem się.
-Nie... znaczy tak, ale tu chodzi bardziej o to, że to ja jestem tą osobą, z którą chcesz spędzić resztę życia. To jest jak jakaś bajka. Jestem ja, ty, zaręczyliśmy się, kochamy się, mam wspaniałych przyjaciół przy sobie, relacje z moją rodziną są najlepsze od lat. Pomyśleć, że przyleciałam tu pod przymusem i dla brata. Nie chciałam tu być, a teraz? Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Nie bez ciebie, ale to wszystko... to... To nie dzieję się w życiu, tylko w filmach.-wymieniała. Popatrzałem na nią. Miała inną twarz. Nie taką, która powinna mieć świeżo upieczona narzeczona. Ona chyba naprawdę myśli, że to jest sen, albo, że po prostu sobie na to nie zasłużyła.
-Wiki... pamiętaj, że takie jest właśnie życie. Często nas zaskakuje. Jak będziemy się ciągle zastanawiali nad jego sensem, nad tym, czy zasłużyliśmy na daną rzecz, osobę, to nie zajdziemy za daleko. Kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez twojej obecności. Nie chcę nikogo innego. Mówiłem ci to już wczoraj i będę powtarzał nawet w nieskończoność, jeśli będzie trzeba.-skończyłem i przytuliłem ją do siebie, a ona pogłębiła uścisk z kilka razy mocnej. Z pozoru wygląda na twardą osobę, a prawda jest taka, że Polka potrafi być wrażliwa i wiele razy to już udowodniła. Silna dziewczyna, ale skrywa w sobie duszę kruchej osóbki, która może się rozbić pod wpływem jednego słowa. Jednak ja kochałam ją niezależnie od tego jaka jest bardziej. Twarda i stanowcza, czy delikatna i wrażliwa. Kocham ją mimo wszystko i pomimo wszystko.
-Marco, ale musimy pamiętać, że w związkach zdarzają się problemy i kłótnie. To nieuniknione.-powiedziała.
-Wiem to. Doskonale jestem tego świadom, ale musimy robić wszystko by było ich najmniej i rozmawiać ze sobą jak najwięcej.
-Wybacz, że ja nie porozmawiałam z tobą od razu tylko nawrzeszczałam. Jak Carolin pojawiła się wtedy u ciebie to nie myślałam. Wszystko mi się zawaliło, a potem jeszcze ta sprawa z tą dziewczyną...
-Wiesz, najlepiej jak po prostu zapomnimy jak było i zacznijmy się skupiać jak będzie?-zapytałem i pogłaskałem ją po głowie.
-Co masz na myśli?
-To, że za jakiś mniej lub bardziej odległy czas będziesz moją żoną.-odpowiedziałem na co dziewczyna zachichotała.-Nie śmiej się. Ja tylko mówię jak będzie. Na razie skup się na szkole, a potem...
-Najpierw, to my musimy zająć się moimi rodzicami. Jak nie zabiją nas przy okazji to będzie chyba cud.-gadała rozbawiona, ale po chwili zupełnie jakby ktoś ją wyłączył jakimś przyciskiem, przestała się śmiać. Nagle podniosła się jak oparzona i popatrzała na mnie z przerażeniem w oczach.
-Co się stało?-zaniepokoiłem się.
-Jestem martwa...-tylko tyle wypowiedziała i przeniosła wzrok na szafkę obok, gdzie leżała jakaś moja koszulka, którą powinienem wcześniej schować, ale jakoś tak wyszło, że tego nie robiłem. Wiktoria wstała w tak szybkim tempie, że nie miałem nawet okazji rzucić okiem na jej idealne, nagie ciało, na które założyła szybko mój t-shirt.
-Wyjaśnisz coś, czy nie bardzo?-mówiłem do niej.
-Pożyczam na chwilę.-wypowiedziała i zniknęła za drzwiami. Bylem zdziwiony jej zachowaniem i troszkę się zmartwiłem, ale na pewno nie uciekła przecież. Nie, ubrana tylko w moją koszulkę. Wstałem zmuszony z łóżka i ubrałem leżące obok bokserki i również wyciągnąłem bluzkę z garderoby i poszedłem na dół, gdzie zobaczyłem jak Wiktoria patrzy coś w telefonie. Była widocznie zdenerwowana.
-Stało się coś?-dopytywałem i oparłem się o blat w kuchni.
-Stało się. Lepiej sam spójrz na swój telefon.-poradziła, a ja złapałem za małe urządzenie i zanim go odblokowałem Polka dodała.-20 nieodebranych połączeń od mamy, 24 od taty, 15 od Ani, 30 od Mario. Jest jeszcze kilka od Roberta, Ann, Laury i Emmy.-powiedziała, a ja oniemiałem. Oboje zachowaliśmy się nieodpowiedzialnie i zupełnie jak małe dzieci. Dziewczyna trzymała swojego iPhona w ręku i patrzała na niego jak zaczarowana. Sam bałem się powtórzyć jej gest i spojrzeć jak jest u mnie. Postanowiłem jednak zaryzykować i dostrzegłem, że ze mną wcale nie jest lepiej. Choć do mnie głównie to dodzwaniał się Mario, ale wiele razy dzwonili też Ania, Robert czy nawet rodzice Wiki.
-Nie żyjemy.-stwierdziłem i popatrzałem na nią. Miała poważną minę, ale zaraz po chwili uśmiechnęła się i zaczęła się śmiać, a ja razem z nią.
-To co? Dzwonimy do nich i uspokajamy?-spytałem śmiejąc się cały czas.
-Tak, dzwoń do Mario i uspokój go, a ja rodziców.-zarządziła i tak też zrobiliśmy. Wiktoria odeszła kawałek dale i czekała na połączenie telefoniczne z rodziną. Ja natomiast stojąc w kuchni wykręciłem numer do Götze. Nie musiałem długo czekać, bo zaledwie po kilku sekundach usłyszałem jego ten charakterystyczny głos.
-MARCO?!-krzyknął głośno do słuchawki.
-Ta.. to ja. Wiem, że pewnie mnie zaraz zabijecie, ale....
-Ile ty masz lat człowieku!-krzyczał.-Pomyślałeś, co my przechodzimy? Od czego masz telefon? Nie mogłeś się odezwać? Martwiliśmy się do ciebie. Byłem u ciebie, ale oczywiście jaśnie pan nie podał mi kodu, bym mógł wejść. Jasne, bo po co!-pomocnik denerwował się coraz bardziej, a wiem, że jest osobą, którą trzeba powoli uspokajać.
-Mario, spokojnie. Dziękuję za troskę, ale jestem cały.-zaśmiałem się do słuchawki, ale zawodnik BVB nie za bardzo podzielał mój entuzjazm.
-A i jeszcze jedno...-zaczął spokojnie.-Jest z tobą Wiki?-pytał powoli, jakby bał się tego, co usłyszy. Bał się negatywnej odpowiedzi. Normalnie okłamałbym go w ramach wielu zemst za podobne żarty, ale Mario jest zbyt zestresowany, więc daruje mu.
-Tak jest u mnie. Była ze mną całą noc, więc odwołaj poszukiwania.
-Nawet nie wiesz jaką czuję ulgę.-westchnął.-Ale Marco... 
-Tak?
-To znaczy, że wy... Ty i Wiki... Jesteście pogodzeni?-podpytywał delikatnie brunet, a ja zaśmiałeś się do słuchawki. Postanowiłem nic mu na razie nie zdradzać, a przynajmniej nie ze szczegółami.
-Tak Mario. Jest już okej, ale porozmawiamy dzisiaj wieczorem.-odpowiedziałem.
-Chyba będzie okazja na wcześniejsze spotkanie, bo właśnie idę z Robertem do ciebie, więc mógłys z łaski swojej podać mi ten cholerny kod!-krzyknął na koniec. Więc, jak się okazało, Mario wraz z Lewym wyruszyli na poszukiwania. Jak widać nie były potrzebne, ale oboje muszą sprawdzić, czy Wiktoria naprawdę jest ze mną, czy żyjemy i dowiedzieć się więcej informacji na temat naszej relacji. Już jestem ciekaw ich reakcji na nasze zaręczyny. Poprosiłem też Götze by zadzwonił do reszty włączonej w poszukiwania, by odwołał wszystko i że jesteśmy cali i zdrowi. Przyjaciele mieli zaraz się u mnie zjawić i kiedy kończyłem dzwonić Wiktoria również odkładała telefon.
-I jak?-zapytałem podchodząc do niej i tuląc się od tylu.
-Wkurzeni byli, ale cieszą się, że jest wszystko okej. Zapewne czeka mnie teraz rozmowa z nimi jak wrócę, ale powiedziałam, że będę po śniadaniu.-oznajmiła, a ja powiadomiłem ją.
-Odwiozę cię nawet, ale najpierw musimy czekać na Lewego i Mario, bo wyruszyli na nasze poszukiwania.
-Oni są niemożliwi.-zaśmiała się ponownie dzisiejszego dnia. Dziś dobry humor nie mógł nam przeszkodzić w czymkolwiek.-Dobra, to ja idę się lepiej ubrać i tobie też to radzę, bo na ich miejscu nie chciałabym zobaczysz nas tak ubranych.-zaakcentowała przedostatnie słowo jednocześnie mierząc mnie od góry do dołu.


*******
Przebrałam się w łazience w swoje wczorajsze ubrania i poszłam na dół. Marco już tam siedział gotowy, ubrany, ale nie sam, bo jak nakładałam na siebie ciuchy, to usłyszałam jak jego klubowi przyjaciele, którzy są też i moimi przyjaciółmi, właśnie przyszli. Zeszłam powoli ze schodów i od razu zauważył mnie Mario, który po chwili był już przy mnie i mocno mnie ściskał, krzycząc coś jeszcze przy okazji, że jest szczęśliwy razem z nami. Przez moment pomyślałam, że chłopaki już wiedzą o zaręczynach, ale jak popatrzałam na Marco, który wyczuł co mam na myśli, pokręcił przecząco głową. Odkleiłam się od przyjaciela i podeszłam jeszcze do Lewego, który również mnie uściskał. Usiedliśmy w kuchni przy blacie i rozmawialiśmy, popijając zimne napoje.
-Nawet nie wiecie jak się cieszę, że jesteście znów razem.-ekscytował się Götze.-Opowiedzcie z dokładnością jak to się stało.
-No, nie wiem, czy chciałbym znać wszystkie szczegóły.-dodał mąż Ani, a my wybuchnęliśmy śmiechem.
-Wiesz, Mario.-zaczął mój narzeczony.-Myślę, że szczegóły nie są ważne. Tylko to, że jest między nami dobrze i kochamy się.-powiedział i objął mnie, przez co na twarzach gości pojawił się szeroki uśmiech.
-Wiedziałem, że nie wytrzymacie długo bez siebie, choć i tak ten miesiąc to sporo czasu. Ale masz rację ważne czy, a nie kiedy.-podsumował.
-Niby tak, ale przecież ile zawdzięczamy wam.-skierowałam do towarzystwa.-Jesteście najlepsi!
-Zawstydzasz nas.-powiedział brunet i teatralnie zakrył się swoją koszulką.
-Ale to prawda, bo gdyby nie wy nie stalibyśmy tutaj dzisiaj z moją JUŻ narzeczoną.-wypalił nieumyślnie. W tym samym momencie Mario i Robert, którzy pili przygotowane wcześniej napoje, zakrztusili się nimi i połowę wypluli na blat. Minęło kilka chwil zanim oboje doszli do siebie. Wtedy popatrzeli na nas, jakby zobaczyli ducha, potem na siebie i znowu na nas. 
-NARZECZONĄ?!-krzyknęli obaj, a ja patrzałam na Reusa jak na wroga. Wiedziałam, że nie umie trzymać języka za zębami i wcześniej czy później się wygada, ale w taki sposób?
-Brawo geniuszu!-krzyknęłam do niego.-Teraz proszę. Ty się im tłumacz.-zarządziłam, a Marco nie miał innej możliwości, jak po prostu wyjaśnić towarzystwu, co wydarzyło się poprzedniej nocy, ale oczywiście, bez szczegółów, które miały miejsca w sypialni blondyna.
Chłopaki siedzieli i z uwagą wsłuchiwali się w opowieść swojego przyjaciela. Ponownie mogłam słyszeć różne pochlebstwa na mój temat oraz to, że wiąże ze mną swoją przyszłość. Mario i Robert byli zszokowani tymi wieściami, ale z drugiej strony bardzo się cieszyli. Gratulacją z ich strony nie było końca, ale to dobrze, bo bałam się, że przyjmą to trochę inaczej. Nasza czwórka posiedziała jeszcze z 20 minut i chłopaki się już musieli zbierać na trening, ale za kilka godzin przecież ponownie mieliśmy się z nimi widzieć na parapetówie. Piłkarze, wychodząc, dodatkowo zatwierdzili, że nie powiedzą nikomu o nowinie, ale będziemy musieli to zrobić dzisiaj sami, bo inaczej zrobią to oni, a to już mogło być mniej ciekawsze.
Około godziny 11 wraz z Marco wychodziliśmy z mieszkania i szliśmy do samochodu. Blondyn uparł się, że mnie zawiezie, a przy okazji przeprosi moich rodziców, bo uznał, że po części to jego wina. Jadąc czarnym, sportowym autem niby rozmawiałam z kierowcą, ale myślami byłam gdzie indziej, a konkretnie w domu, ponieważ bałam się trochę spotkania z rodzicami. Mama na pewno będzie panikowała, przez poprzednie wydarzenia, lecz gdyby mój nocny spacer był jedynym problemem byłoby pięknie. Muszę jeszcze pomyśleć nad tym, jak powiedzieć moim rodzicom, że wychodzę za mąż. Okej, niby z Reusem oboje ustaliliśmy, że to jeszcze poczeka, ale nie mogę przecież tego ukrywać. Może i mam te 18 lat, ale przecież to jasne, że mama z tatą mogą wyrazić swoje niezadowolenia. Zależy mi na ich zdaniu i na tym by nasze relacje były takie jakie są teraz. Dobre, bez kłótni i nieporozumień. Przecież w rodzinie też są jakieś wartości, które się liczą. Jednak nie należy zapominać, że to jest moje życie i mogę nawet jutro założyć białą suknię i lecieć na ceremonie.
-Słuchasz mnie?!-usłyszałam niespodziewanie podniesiony głos mojego towarzysza. Patrzał się na mnie z bananem na twarzy, a ja dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy pod moim domem.
-No... wyłączyłam się na chwilę.-odparłam uśmiechając się niewinnie.
-Pytałem się czy jesteś gotowa i masz jakąś przemowę przygotowaną.-odpowiedział odpinając pas.
-Szczerze to nie.-powtórzyłam czynność.-Marco... ja chcę to zrobić teraz. Chcę to już mieć z głowy i powiedzieć im.-wyjaśniłam. Piłkarz nie krył zdziwienia, ale po kilku sekundach ciszy pocałował mnie w czoło, tuląc do siebie, mimo, że nie mieliśmy zbyt wielkiego pola do popisu, bo przednie siedzenia w aucie nie są za najlepszym miejscem na przytulanie.
-No, to co? Idziemy?-zapytał, a ja kiwnęłam twierdząco głową. Chociaż tak na prawdę nie było. Idąc powoli z Astona do drzwi, cały czas zastanawiałam się od czego mam zacząć. Czy od razu przejść do konkretów, czy walnąć im jakąś przemowę o naszej miłości? Nic. Po prostu nic. Kompletna pusta ogarnęła mnie w głowie, a do tego dochodził stres. Nie pamiętam kiedy ostatnio się tak denerwowałam.
-Ręce ci się pocą.-szepnął blondyn jak byliśmy już obok naszego celu.
-No co ty nie powiesz?-sarknęłam.-A ty niby taki spokojny? Jeszcze mi powiesz, że nie boisz się?
-Sama chciałaś im powiedzieć.-odpowiedział.-Wiki, przeżyjemy. Jak coś to twój tata rzuci się najpierw na mnie, a w tym czasie ty będziesz miała czas na ucieczkę. Taki bohater ze mnie.-powiedział i wypiął pierś jakby naprawdę był jakimś herosem. Przewróciłam tylko oczami i złapałam w dłonie klamkę. Chwile tak stałam, ale powiedziałam sobie, że trzeba być w życiu odważnym. Głośno spuściłam powietrze z ust i pewnie weszliśmy do środa, cały czas trzymając się za ręce.
-Jestem mamo!-krzyknęłam, ale niepotrzebnie, bo zobaczyłam mamę w kuchni, która myła naczynia. Szybko odwróciła się do mnie i popatrzała na nas. Widać było w niej taki osobisty dylemat. Z jednej strony była na mnie wściekła, ale z drugiej cieszyła się naszym szczęściem.
-W końcu jesteście.-nagle pojawił się tata i przystał obok mamy.
-Cześć wam.-powiedziałam skruszona, co oczywiście było takim małym przedstawieniem z mojej strony. Chciałam zrobić dobre wrażenie wraz z Marco. Chłopak oczywiście dodał swoje kilka groszy i również przeprosił moim rodziców. Oboje, po kilka dobrych minut tłumaczyliśmy się z wczorajszego dnia i tego, co się wydarzyło, omijając umiejętnie pewne wydarzenia. Oczywiście nie powiedzieliśmy jeszcze im o zaręczynach, co było dla mnie dobre, bo nie miałam jeszcze na tyle odwagi by się im przyznać. Gdy skończyliśmy, rodzice na początku sceptycznie podeszli do sprawy, ale jak zobaczyli nas szczęśliwych, zrozumieli ile to wszystko nas kosztowało. Obiecałam im, że już nigdy nie zrobię nic takiego. Wybaczyli i przyjęli przeprosiny, a my z Marco odetchnęliśmy z ulgą. Chociaż jeden problem mamy z głowy. Musimy przyznać się jeszcze, że zaręczyliśmy się. W normalniej rodzinie, jest to powód do dumy, a narzeczeni mówią o tym z radością, ale jako, że my nie jesteśmy normalni, a w szczególności ja i mój narzeczony, to tak nie będzie.
-Mamo...-zaczęłam.-Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniśmy wam powiedzieć.-dopowiedziałam. Ciągle staliśmy w progu, trzymaliśmy się za ręce oraz obserwowaliśmy ich reakcje. Tata był nawet spokojny, ale mama jakby pobladła.
-Wiedziałam.-dopowiedziała pewnie po chwili, a my popatrzeliśmy najpierw na nią, a potem na siebie nawzajem.
-Co? Ale jak... skąd?-zapytał piłkarz z numerem jedenaście. Natomiast moja mama, która wcześniej stała przy zlewie i myła naczynia, stanęła obok i zaczęła wycierać talerze.
-Te humorki Wiktorii znikąd się nie wzięły, pokłóciliście się pewnie o dziecko, a po za tym Wiki przytyła znacząco.-wypowiedziała, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Jakie dziecko do cholery?
-Mamo!-krzyknęłam.-Po pierwsze nie jestem w żadnej ciąży! Pokłóciliśmy się o coś innego i... wcale nie przytyłam!-oburzyłam się na co Marco zaśmiał się cicho pod nosem, co skutkiem było uderzenie łokciem w bok. Mężczyzna aż się syknął i popatrzał na mnie, a ja wykorzystałam to wtedy oraz skarciłam go spojrzeniem.
-Nawet nie wiesz jak mi ulżyło...-odetchnęła.
-Ale wtedy. co się stało?-dopytał ojciec. Nadeszła ta chwila, że oboje z Marco powinniśmy wyjawić prawdę. Serce zaczęło bić mi szybciej. Nie było już wtedy odwrotu.
-Mamo... tato...-zaczęłam.-Bo... my wczoraj...-kręciłam.
-No dawaj Wiki. Teraz to już chyba nie ma nic, co by mnie wytrąciło z równowagi.-powiedziała pewnie wycierając kolejne talerz. Och, jak bardzo się mylisz...
-Bo, bo.... Marco... i ja...
-Zaręczyliśmy się!-krzyknął przerywając mi. Mamie wypadło naczynie na ziemie i potłukło się. Tata o mały włos nie zakrztusił się własną śliną, a na domiar złego na dół zszedł właśnie mój brat, któremu wypadły wszystkie chipsy z paczki, którą  jadł. Cała trójka patrzała na nas, zupełnie jakbyśmy powiedzieli, że zmieniamy płeć. Nic nie mówili, tylko z otwartymi buziami wpatrywali się na nas dalej. Natomiast my z Marco zrobiliśmy głupią minę i czekaliśmy na dalsze rozwiązanie sytuacji.
-No, powiedźcie coś?-zarządziłam.
-Widziałem, że oboje jesteście wariatami, ale no, bez przesady.-skomentował Kuba.-Marco, ty wiesz, w co ty się pakujesz?-szepnął ciszej do piłkarza.
-Dzięki!-odparłam z ironią.-Na ciebie zawsze można liczyć.
-Wiktoria... ale jak to zaręczyliście? Boże... dziewczyno! Ty masz 18 lat, maturę przed sobą. Będziesz miała jeszcze czas na zabawy w ślub. Z całym szacunkiem Marco, ale to wydaje mi się najgłupszym pomysłem na jaki mogliście wpaść.-mówiła groźnie. Natomiast mój tata stał dalej oparty o ścianę i wyraźnie nad czymś się zastanawiał.
-Uważa pani to za zabawę?-oburzył się lekko blondyn.
-A jak inaczej to można nazwać?-odparła.-Marco, ja rozumiem kochacie się, ale jesteście jeszcze młodzi. Jeszcze w życiu może się wam wiele pozmieniać. Mogłeś poczekać chwilę, szczególnie biorąc pod uwagę to, że dopiero co pogodziliście się. Tak ma wyglądać wasza przyszłość? Małżeństwo to odpowiedzialność!-dodała.
-Nie chcemy się teraz żenić, ale to jest taki symbol miłości. Po za tym nie mów, że nie jesteśmy odpowiedzialni, bo jesteśmy-walczyłam dalej o rację.
-Mogliście to pokazać inaczej. Nie, nie zgadzam się na to. Przykro mi.-trzymała swego.
-Ale my nie pytamy się ciebie o zgodę, tylko oświadczamy. Pragnę przypomnieć, że jesteśmy dorośli i...
-Właśnie widzę jacy jesteście dorośli...
-DOŚĆ!-krzyknął mój rodziciel. Przez cały ten czas się nie odzywał aż do teraz. Popatrzałam na niego i tylko czekałam aż zezłości się i on. Tata natomiast wyprostował się i powoli zaczął podchodzić do Reusa. Blondyn był trochę zdezorientowany. W sumie ja też. Bałam się, że wybuchnie, albo i coś mu zrobi. W końcu był już wystarczająco. Czekałam tylko na to, jak zaatakuje i nagle... Michał Müller - mój ojciec, urodzony 7 listopada 1976, przytulił mojego narzeczonego! Piłkarz nie bardzo rozumiał, o co chodzi, ale przyjął ten braterski uścisk.
-Marco...-rozpoczął swoją przemowę.-Nie pochwalam tego. Wydaję mi się, że jesteście za młodzi na takie posunięcie, ale... Jesteś dorosły. Oboje. Masz w końcu te swoje 25 lat i zdążyłem cię już trochę poznać. Może i rzeczywiście pośpieszyłeś się, ale naprawdę musisz ją kochać. Wasza miłość mimo problemów przetrwała i jestem z was dumny, że tak to się skończyło. Moja córka również mocno cię kocha. Widzę to i proszę cię, dbaj o nią. Jesteś chyba jedynym odpowiednim kandydatem na to stanowisko, więc nie spieprz tego. Ja nie mam nic przeciwko, a z nią porozmawiam.-mrugnął do nas i uśmiechnął się do mamy, która stała z założonymi rękoma.-Już nie mogę się doczekać, jak będę cię odprowadzał do ołtarza. Kocham cię córeczko. I wierzę, że będziesz szczęśliwa przy nim, bo będzie prawda?-skierował pytanie do piłkarza.
-Nie ma innej możliwości.-zaśmiał się ukazała rząd swoich zębów. Następnie to mnie tata przytulił, a ja szepnęłam mu do ucha:
-Dziękuję.
-Nie złość się już.-odwrócił się tata do mamy.-Nasz córka już dorasta i nie możemy nic z tym zrobić. To ja powinienem być zły, bo nie jestem już jedynym mężczyzną w jej życiu.-zaśmiał się.
-Tak, ale to ty zawsze będziesz tym pierwszym, którego pokochałam.-powiedziałam i wytarłam łzę, która leciała mi po policzku ze wzruszenia. Wtedy cala nasza czwórka i nawet mój brat tuliła się zbiorowo. Nie spodziewałam się takiej decyzji mojego taty i takiej postawy. Zaskoczył mnie. Pozytywnie oczywiście. Dodatkowo jego słowa zapamiętam już do końca życia, bo były przepiękne. Tata udowodnił, że mimo problemów jakie były w moim dzieciństwie, to zawsze mnie kochał, a ja go. Mimo problemów i mimo, że mówiłam wiele razy jak ich nienawidzę.
-Marco?-odezwał się mój brat.-Ale tak na poważnie. Ty wiesz w co się pakujesz?!-krzyknął, a my wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

-ŻARTUJECIE?!-krzyczeli pozostali, a potem byliśmy już przez nich tuleni i ściskani. Nasi przyjaciele zareagowali jak zawsze wspaniale. Już jak dowiedzieli się, że pogodziliśmy się byli w siódmym niebie, a po wiadomości o zaręczynach po prostu oszaleli. Dziewczyny już się mnie pytały jaką mam zamiar ubrać suknię, gdzie miała by odbyć się ceremonia, a co najważniejsze wszyscy, dosłownie wszyscy byli w szoku (pozytywnym) nagłej zmiany Marco. Wszyscy kojarzyli go z osobą która nie może się ustatkować. Jednak nasz związek chyba idealnie obrazuje, co się dzieje z osobami, które się zakochają. Przecież, gdyby mi ktoś powiedział, że jak wyjadę do Niemiec poznam wspaniałych przyjaciół, zakocham się i mężczyzna moich marzeń mi się oświadczy, to bym wyśmiała tę osobę. Najwidoczniej dobre rzeczy się jednak zdarzają. Byłam, a szczęśliwa, a Ann i Ania to chyba by mnie udusiły, gdybym im nie uciekłam.
Gdy właśnie rozmawiałam z modelką, zauważyłam, że na balkonie w domu Marco, stoi Ania - zmartwiłam się. Stała oparta o barierkę i spoglądała w dal. Postanowiłam przeprosić towarzystwo i wybrałam się do niej.
-Przeziębisz się.-zaśmiałam się jak już wychodziłam na świeże powietrze. Karateczka się również po spojrzeniu na mnie uśmiechnęła się do mnie. Tym razem rolę się odwróciły. Stanęłam obok niej i patrzałyśmy tak razem na miasto. W sumie nie wiem na co, dlaczego, ale było wspaniale. Dwie przyjaciółki i panorama Dortmundu, gdzie w oddali prezentował się SIP.
-Życie jest dziwne, prawda?-mówi, a ja spoglądam na nią.
-Taak. Będę to już chyba do końca życia powtarzać. Wystarczy, że spojrzysz na mnie i na Marco. To wszystko jest niesamowite...
-Zobacz ile złego spotkało nas wszystkich w tak krótkim czasie, a mimo wszystko ciągle wierzyliśmy, że będzie dobrze. Rozstania, powroty, wypadki, dziecko... Carolin i choroba... Ludzie normalnie nie powinni wytrzymywać tego wszystkiego psychicznie, ale jednak tak się dzieje. Jednak ciągle jesteśmy dobrej myśli i dajemy z siebie wszystko, by dążyć do celu. Do szczęścia.
-Myślisz, że to wszystko byłoby możliwe bez pewnych osób? To dzięki wam mogę nosić teraz ten pierścionek na palcu i dumnie mówić o tym, że za jakiś czas będę żoną najwspanialszego mężczyzny na ziemi.
-Ja też bym bez was nie dała rady...-szepnęła.-Choć i tak to jeszcze nie koniec....
-Aniu, jestem z tobą. Jesteśmy i razem przez to przejdziemy. Sama mówiłaś, że ludzie muszą wierzyć.-pocieszałam ją. Lewandowska odwróciła się do mnie, a ja bez słowa mocno ją przytuliłam. Każdej poleciały z oczu łzy, których nie kryłyśmy. Miałyśmy gdzieś to, że ktoś może nas zauważyć. Wtedy liczyła się chwila z przyjaciółką od serca. Każdy ma złe chwile i każdy ma czas załamania. W przypadku Ani to normalne. Choroba to nie żart. Anna boi się mimo, że lekarze ją uspokajają. Boi się, że straci osoby, które są dla niej tak ważne i nawzajem. Ja boję się, że stracę ją, że pewnego dnia po prostu już jej nie będzie, a ja nie będę mogła nic zrobić.
-Wiki?-usłyszałam jej głos.
-Tak?-odszepnęłam.
-Pamiętaj jedno: Po burzy zawsze wychodzi słońce.
________________________________________________________________
ZAPRASZAM NA SPÓŹNIONY ROZDZIAŁ!

Wybaczcie, że dodaje z opóźnieniem, ale miałam tydzień zawalony i nie było kiedy pisać :)
Myślę, że teraz powinno być już coraz lepiej z czasem :D

Nie przedłużając, zapraszam do czytania i do komentowania!
Z chęcią poznam Wasza opinie o rozdziale, który niezbyt mi się podoba, ale kolejne powinny być lepsze :)

ENJOY ♥

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 40


"KOCHAM CIĘ SŁOŃCE I JESTEŚ DLA MNIE NAJWAŻNIEJSZA NA ŚWIECIE. ZOSTANIESZ MOJĄ ŻONĄ?"


If you love somebody
Better tell them while they’re here ’cause
They just may run away from you

You’ll never know quite when well
Then again it just depends on
How long of time is left for you
~Imagine Dragons 
One top the world
Kolejne kilka dni później. Czwartek...

Przez ostatnie dni pogoda mieszkańców Dortmundu nie rozpieszczała i deszcz dawał się we znaki. Praktycznie padał bez przerwy w dzień, jak i w noc. Dodatkowo dochodził do tego silny wiatr, który idealnie dopasowywał się do późnej, jesiennej pogody. Chmury szczelnie zakrywały promienie słońca, które ostatnimi siłami próbowały się wydostać i dotrzeć na ziemię.
Szłam mokrym chodnikiem, który kierował mnie już na dzielnicę, w której mieszkam. Krople wody, co spadają z nieba, na chwile odpuściły. Liczyłam, że nie pojawią się w najbliższym czasie, bo nie mam ochoty zmoknąć. Zmęczona po ciężkim dniu nauki, czekałam tylko na to by znaleźć się w swoim pokoju. Idąc zauważyłam nagle, że na posesji Marco stoi duży bus, a po podwórku chodzi kilku mężczyzn z kartonami. Moją pierwszą i chyba najtrafniejszą myślą było to, że blondyn wyprowadza się już dziś. Nie wiem czemu, ale czułam się jakby piłkarz wyjeżdżał na drugi koniec świata, choć prawdą jest to, że będzie mieszkał w tym samym mieście, ale innym mieszkaniu. Możliwe, że chodzi tu o to, że nasz kontakt może się zmniejszyć i ograniczyć. Czyżbym bała się tego? Gdy znalazłam się już naprzeciw jego posiadłości, przystanęłam na chwilę i popatrzałam  na dom jak zaczarowana. Zawahałam się, ale ostatecznie postanowiłam postawić nogę na podwórku Reusa i poszukać go. Mężczyźni chodzili w kółko z różnymi kartonami i pakowali je do samochodu. O kilku nawet się obiłam, ale przeprosiłam ich, jak kultura wymaga.
-Czego tu panienka szuka?-usłyszałam głos. Odwróciłam się i zobaczyłam faceta.Wyglądał na około 40 lat. Z jednej strony wyglądał na miłego, ale jego głos skutecznie mnie odstraszył. Przystanęłam, więc i popatrzałam na niego.
-Przyszłam do... właściciela.-wyjaśniłam. Przez moment nie wiedziałam jak nazwać osobę piłkarza i uznałam, że taki wybór byłby najwłaściwszy.
-Jasne, jasne.-odparł i podszedł do mnie oraz lekko złapał za ramię.-Znam takie jak ty. Albo szukasz sensacji, albo autografu w niewłaściwym miejscu.-dodał i zaczął mnie powoli wyprowadzać.
-Niech mnie Pan puści.-sprzeciwiałam się.-Ja na prawdę przyszłam tu do Marco!
-Każda tak mówi. Ja ci tylko pomagam, bo jak Reus zobaczy, że ma nieproszonego gościa, może się to źle skończyć.
-Panie Klausie!-nagle do moich uszu dobiegł właściwy głos. Był to głos blondyna, który właśnie wychodził z domu. Oboje odwróciliśmy się, a ja dodatkowo uśmiechnęłam się leciutko do niego. Marco odwzajemnił gest i podszedł bliżej.-Spokojnie. Znam ją i nie ma obaw.-zaśmiał się.
-Wybacz, ale pilnuję tak jak prosiłeś.-bronił się.
-Wiem i dziękuję Panu bardzo, ale nie ma potrzeby jej wyprowadzać.-zerknął na mnie. Ten cały Pan Klaus postanowił zaufać Reusowi i pozwolił mi pozostać na posesji.
-Prywatny ochroniarz?-zapytałam i przy okazji zaśmiałam, a gracz BVB razem ze mną.
-Powiedźmy... Ostatnio jestem ostrożny jeśli chodzi o obcych.-wyjaśnił i rozejrzał się po okolicy. Wtedy zrobiło mi się trochę głupio i zapadła między nami niezręczna cisza. Dobrze, wiem, co to znaczyło, "że jest ostrożny".-Pewnie, żałujesz, że tracisz takiego fajnego sąsiada?-zagadał na ponowne rozluźnienie atmosfery. Popatrzałam wtedy na niego i zapatrzałam się na moment w jego magiczne oczy. Patrzałam, a minuty miały.
-Tak. Na pewno.-odparłam.-Przepraszam, ale już się będę zbierać i nie powinnam Ci przeszkadzać. Przyszłam tylko sprawdzić, co u ciebie.-odpowiedziałam i powolutku zaczęłam poprawiać torbę.
-Dobrze wiesz Wiki, że ty nie przeszkadzasz. Nigdy.-odparł i poczułam jak jego ręka, która zwisała bezwładnie, ruszyła się, i dotknęła mojej, a po chwili nasze dłonie się złączyły.-Proszę.... przyjdź do mnie dzisiaj. Będzie Mario i Robert z dziewczynami,-zaproponował. Nie miałam zielonego pojęcia czy się zgodzić, czy nie, ale ostatecznie chyba w końcu trzeba się przełamać i ruszyć dalej. Ale czy przyśpieszenie gazu przy ograniczeniach jest bezpieczne?
-Dobrze Marco. Przyjdę.-wyznałam, a wtedy kąciki jego ust lekko się podniosły w górę. Reus podał mi dokładny adres i poprosił bym, przyszła na 17. Pożegnaliśmy się  i ruszyłam do swojego domu, w którym będę sama, bo rodzice byli w pracy, a Kuba na treningu. Zjadłam samotnie obiad, który składał się z ziemniaków i kotleta oraz surówki. Następnie poszłam do góry i spojrzałam przez okno na dom blondyna. Stał już pusty. Nie było samochodu z kartonami, nie było jego samochodów i nie było już jego. Stojąc nie wiedzieć dlaczego, poleciała mi samotna łezka. Nie była to negatywna łza, ale bardziej z z powodu wzruszenia, czy po prostu przez wspomnienia. Wspomnienia, które są związane z tym domem i naszym spotkaniem, które może i nie było pierwszym, ale zawsze będę je uważała za szczególne. Mimo padającego na zewnątrz deszczu, otworzyłam drzwi balkonowe i oparłam się o barierkę i przed oczami miałam tę sytuację, która wydarzyła się zaledwie kilka miesięcy temu.

Postanowiłam pójść jeszcze na balkon. Usiadłam na fotelu i patrzałam w gwiazdy. Lubię to robić. Czasami zdążyło się, że zobaczyłam jakąś spadającą gwiazdę. Nie za bardzo w to wierzę, że życzenia mogą się spełnić, ale nie zaszkodzi spróbować. Patrząc tak, spostrzegłam, że ktoś z balkonu obok, mnie obserwuję. Spojrzałam na tego mężczyznę i o mało nie dostałam zawału...
-Witam sąsiadkę!- powiedział mężczyzna z bananem na twarzy.
Nic nie odpowiedziałam tylko wstałam jak oparzona z fotela i patrzałam na mężczyznę z przerażeniem. 
-Co, co ty tu robisz?!-krzyknęłam, by mógł usłyszeć, ale też by zobaczył moje zdenerwowanie.
-No nie wiem, czekaj....-udawał, że myśli.- A no tak! Mieszkam.
-Czyli TY jesteś moim sąsiadem?-pytałam chociaż odpowiedź była oczywista.
-No brawo!-klasnął w dłonie.-Tak w ogóle to powinienem być obrażony na ciebie za to co zrobiłaś przed stadionem, ale że jesteśmy sąsiadami to Ci wybaczę, a po za tym taka piękna sąsiadka to skarb.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Reus moim sąsiadem?
-Mam nadzieję skarbię, że będziemy się spotykać u siebie na "kawie"?-dodał uśmiechając się od ucha do ucha. Mi do śmiechu wcale nie było.
-Kochanie?!-usłyszałam wołanie kobiety.
-"Kochanie"? Co tu jest grane do cholery.-myślałam
-Z kim rozmawiasz?-dodała, a po chwili była już obok piłkarza.
-Z naszą nową sąsiadka.- odpowiedział, ale po chwili pocałował ją namiętnie.- Wypadało by się przedstawić. Ja jestem Marco, ale to już chyba wiesz, a to moja dziewczyna Caroline.
-Cześć!-przywitała się przyjaźnie i pomachała jednocześnie.
-Hej.. -odpowiedziałam niepewnie.-Wiktoria jestem. 
-Wiktorio, może wyskoczymy jutro gdzieś razem?-krzyknęła Caroline.-Poznamy się bliżej, nie znasz pewnie jeszcze miasta. Co ty na to?
-O nie! tylko nie to.-pomyślałam.-Tak, jasne.. Pewnie.-co ja najlepszego robię...
-To przyjdę po ciebie wieczorem. Pa!-krzyknęła i weszła do pokoju.
-Uuu no proszę.-zawył Reus.-Będę miał Cię bliżej siebie.
-Spierdalaj!-wykrzyczałam i również weszłam do pokoju zatrzaskując przy tym drzwi balkonowe. dlaczego ja mam takiego pecha i trafiłam na takich sąsiadów. 

Na samą myśl o naszej początkowej nienawiści, uśmiecham się pod nosem. To niesamowite jak miłość potrafi zaskoczyć człowieka i złapać się w jej sidła. Wspaniałe jest to, że ludzie, którzy z jednej strony są zupełnie różni, a z drugiej tacy sami. A największą rzeczą jaką ich łączy jest właśnie zakochanie, które jest tak silne, że nic ich nie zatrzyma do szczęścia. Wiadomo zdarzają się problemy, ale kto ich nie ma? Jedynym rozwiązaniem jest właśnie rozmowa i czas, który w moim przypadku by szczególnie ważny. 
Wróciłam z powrotem do środka i po prostu położyłam się na łóżku. Położyłam się i zaczęłam zastanawiać dlaczego to wszystko jest takie trudne. Dlaczego pewne rzeczy przychodzą z czasem. Nie jestem cierpliwa, ale sama tego wymagam, bo inaczej nie mogę. Przez te kilka dni miałam dość dobry kontakt z moim już byłym sąsiadem. Spotykałam się z piłkarzem z parę razy. Owszem. Dało to coś, ale te skutki są prawdopodobne widoczne tylko dla mnie, bo to właśnie we mnie jest ten problem. Kocham go i z dnia na dzień coraz bardziej odczuwam, że jestem zwyczajnie od niego uzależniona. Ta blokada z początku już minęła, ale ciągle jest ten wewnętrzny strach. Chciałabym by już to wszystko wróciło do normy. Chciałabym, bo też jestem osobiście zmęczona. Jednak życie jest bezlitosne i nie obchodzi go to co my chcemy. Muszę się wziąć w końcu w garść i postarać się naprawić mój związek. Naprawić moje życie i naprawić to, co zostało zniszczone przez przeszłość.
Wstałam z łóżka i zaczęłam odrabiać lekcje, bo moje wieczorne plany wiąże z wyjściem do Marco. Mam nadzieję, że nic ich nie pokrzyżuję.


*******
Właśnie kończyłem rozpakowywać ostatnie pudełko i teoretycznie skończyłem urządzanie mojego nowego mieszkania. Teoretycznie, bo wiadomo, zostały jakieś puste kąty, ale znając życie moje siostry szybko się tym zajmą. Samo mieszkanie nie było mimo wszystko małe. Miało przejrzysty salon z widokiem na miasto. Kuchnia była połączona z pokojem dziennym i jadalnią.Całość była utrzymana w jasnych kolorach, co dawało efekt bardzo jasnego i przejrzystego miejsca. Na dole znajdowała się jeszcze mała łazienka z prysznicem. W domu znalazły się schody, które prowadzą na pięto, a na nim dwa pokoje, a do każdego dołączona jest przestronna łazienka. Wydaję mi się, że dam radę zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Wyprowadzka z domu, w którym mieszkałem już jakiś czas i w którym przeżyłem wiele dobrych chwil, było bardzo trudne. Jednak zmiana otoczenia przyda mi się i to bardzo. Można pomyśleć, że uciekam, ale tak nie jest. Ja po prostu chcę zmiany i zmiana otoczenia przyda mi się. Po za tym poprzedni dom był mój i Carolin. Razem go kupiliśmy, urządziliśmy, mieszkaliśmy i po prostu byliśmy. Mam nadzieję, że Wiktoria będzie miała udział w historii tego mieszkania. Zaprosiłem ją, bo nasze relacje w ostatnich dniach są bardzo dobre. Rozmawialiśmy z parę razy jak spotkaliśmy się przypadkiem na kogoś posesji. Teraz już nie będzie okazji na takie spotkania, ale liczę, że to nie będzie przeszkodą do naszej dalszej przyszłości, która mam nadzieję będzie już jasna dzisiaj. 
Oprócz Wiktorii ma przyjść Mario i Robert wraz z Anią oraz Ann. Oczywiście nie zaprosiłem ich, bo sami się wprosili. Uznali, że tak będzie lepiej, bo ich towarzystwo wpłynie na mnie zdecydowanie lepiej. Oczywiście nie mam nic do tego, że przychodzą, a nawet bardzo się cieszę, bo są prawdziwymi przyjaciółmi o troszczą się o mnie, albo... szukają okazji do wypicia. Jak kto woli. Naturalnie sama parapetówa również się odbędzie, ale to dopiero w sobotę, bo w ten dzień akurat wszyscy mają czas. Ja dalej nie ćwiczę jeszcze w pełni. Dalej chodzę w usztywniaczu, ale kiedy mam okazję staram się go zdejmować. 
Gdy spojrzałem na zegar, wskazywał on godzinę 17:50. To oznaczało tylko, że Wiki może pojawić się już wkrótce. Cieszyłem się, z tego spotkania, bo mamy czas na swobodną rozmowę, ponieważ reszta ferajny miała przyjść godzinę po niej. Usiadłem swobodnie na sofie i zacząłem oglądać TV. W taki sposób miałem czekać na Polkę. Mijały kolejne minuty, a jej dalej nie było. 
Siedziałem dalej i czekałem, a po niej ani śladu. Godzina 17:30, Wiktorii brak i żadnej wiadomości od niej. Dzwoniłem, pisałem, ale ona nawet nie raczyła odebrać. Z jednej strony martwiłem się, a z drugiej byłem wściekły. Mimo wszystko bałem się, że coś mogło się jej stać, choć wolałem sobie wymazać te myśli z głowy. Po raz kilkunasty ułożyłem telefon do swojego ucha, a jedyne co mi odpowiadało to sygnały. Kiedy było przed 18, postanowiłem nie czekać, bo na poważnie mogła stać się jej krzywda, więc chwyciłem szybko za klucze i telefon. Gdy łapałem już za klamkę, poczułem wibrację w telefonie, świadczące o przychodzącej wiadomości. Szybko złapałem za iphona i odczytałem.
"Przepraszam..."
Jak to zobaczyłem ogarnęła mnie niewyobrażalna wściekłość. Przekląłem głośno i rozebrałem się z kurtki, jednocześnie rzucając się na kanapę. Dlaczego ona ponownie mnie olała? Tak, olałam. Właśnie tak to dla mnie wygląda, bo inaczej tego nazwać nie można. Olała i wystawiła. Co jest jeszcze nie tak z nią? Przecież było wszystko dobrze i tak nagle jej się odwidziało? Ciągle zadawałem sobie takie pytania i próbowałem dojść czy to może we mnie leży problem, ale przecież zrobiłem co mogłem. Pomogłem jak mogłem. Czekałem. Czekałem do cholery! Wtedy odechciało mi się jakikolwiek rozmów i spotkać z przyjaciółmi. Zadzwoniłem do Mario i powiedziałem, że poczułem się gorzej i po prostu położę się. Cała czwórka się zmartwiła, bo była już razem. Ania kazała wypić jakieś ziółka i leżeć. Uśmiałem się pod nosem, bo są wspaniali. Przyjaciele w takich chwilach są skarbem i potrafią podnieść najbardziej leżącego. 
Mimo, że tak naprawdę symulowałem, poważnie położyłem się, bo byłem zmęczony dzisiejszym dniem... rozczarowaniem. Ciągle zastanawiałem się, czy będzie kiedyś taki dzień, w którym wraz z Wiki pogodzimy się. Kocham ją, ale jestem też wściekły, bo czuję się oszukany. Obiecała i nie dotrzymała tej zwykłej i drobnej obietnicy. Leżąc, coś sobie nagle przypomniałem. Wstałem i podszedłem do pewnej szafki, w której już znajdowała się ta jakże cudowna rzecz. Pierścionek zaręczynowy, co dał mi tata jest u mnie dalej i czeka na ten moment, gdy w końcu będę mógł podać go Wiktorii. Czeka w śnieżnobiałym pudełeczku. Czeka, aż w końcu będzie na palcu właścicielki. Chyba niestety będzie musiał jeszcze poczekać. Zmarnowany ponownie położyłem się na łóżku i przysnąłem na chwilę. 


*******
-... także mam nadzieję, że nikt nie oleje sobie tej pracy klasowej i nauczy się na....-mówiła nauczycielka od matematyki, ale tak się złożyło, że zadzwonił dzwonek i nikt już jej nie słuchał. Podobnie do mnie, ale ja nie słuchałam dzisiaj cały dzień. Na szczęście ten okropny piątek dobiegł końca i mogę spokojnie wrócić do domu. Ale dlaczego ten dzień jest aż tak zły? No, jak zwykle zawaliłam, ale tym razem już do końca. Zraniłam Marco. Wiem to doskonale. Wiem też, że może się do mnie nie chcieć odezwać, a w najgorszym przypadku po prostu to raz na zawsze zakończyć. Jednak.... czy tak nie będzie lepiej dla niego? Znajdzie sobie kogoś innego. Kogoś kto mimo wszystko zrozumie go, będzie przy nim w każdej chwili. Kogoś na kogo zasługuje. Ktoś kto pokocha go tak, jak ja to zrobiłam. Zrezygnowałam wczoraj. Tak, wiem. Ale to nie była decyzja, którą podjęłam od zaraz. Cały czas biłam się z myślami. Żałuje tego teraz, ale ja zwyczajnie wczoraj ponownie przypomniałam sobie wszystko, miałam w głowie czarne scenariusze. Przecież ja już byłam gotowa do wyjścia, ale... wszyscy wiemy jak wyszło. Żałuję, ale nie tego, że nie przyszłam, tylko tego, że Marco przeze mnie poczuł się pewnie oszukany. Nie odzywałam się, a on pewnie się martwił. Wysłałam mu tylko po godzinie czasu głupiego SMS'a. Tylko na tyle było mnie stać. Każde jego połączenie, wiadomość, gdy przychodziła czułam się jakby ktoś wbijał mi nóż w serce. Ja... a jak blondyn musiał się poczuć? 
Najszybciej jak mogłam wyszłam ze szkoły, nawet nie żegnając się z nikim. Poszłam na parking i zwyczajnie wsiadłam do samochodu i odjechałam. Droga była nawet jeszcze przejezdna, dlatego po 30 minutach byłam już w domu. To nie były jeszcze godziny szczytu, jak to bywa o 14 czy 15. W mieszkaniu była tylko moja mama, bo tata był w klubie. Musiał podpisać jakieś dokumenty, etc. Nie zbyt interesuję się pracą rodziców. Naturalnie obiadu jeszcze nie było, bo jest za wcześnie dlatego po prostu poszłam na górę do siebie i zmarnowana całym dniem położyłam się na łóżku. 
Tak mijały kolejne godziny tego przeklętego dnia. Wrócił tata, wrócił Kuba, podano obiad i każdy zajął się sobą. Siedząc w pokoju przyszła do mnie mama i zaproponowała wybranie się do galerii we czwórkę. Nie miałam szczerzę ochoty, ale ostatecznie się zgodziłam i pojechaliśmy.

W centrum handlowym było dość sporo osób, ale wiadomo - piątek. Głównie łaziłam z mamą, bo chłopaki zajęli się sobą i swoimi męskimi sklepami. Gdy wchodziłyśmy właśnie do jednego ze sklepów, gdzie zauważyłam śliczną bluzkę, spotkałam kogoś. Przy kasie była Ann z Mario. Postanowiłam podejść do nich. Przeprosiłam, więc mamę, która poszła popatrzeć na ubrania. Jak dwójka zakochanych już odchodziła od kasjerki, zauważyli mnie i uśmiechnęli się. 
-No proszę!-krzyknął Götze.-Kogo my tu mamy?
-Cześć wam!-uśmiechnęłam się.-Też na zakupach? 
-Wiesz powoli zacznę być okrągła jak beczka, to wypada kupić coś nowego.-zaśmiała się się modelka wyjaśniając. 
-Przestań Ann to normalne, a założę się, że z brzuchem będzie ci do twarzy.-wyjaśniłam, na co dziewczyna lekko mnie przytuliła.
-Powtarzam jej to ciągle.-dopowiedział Mario. Staliśmy chwilę i rozmawialiśmy głównie o stanie zdrowa Ann - Kathrin. Jednak postanowiłam spytać ich jak było wczoraj u Reusa, bo przecież mówił, że mają do niego przyjść. 
-A... tak w ogóle... to jak było wczoraj u Marco?-zapytałam niepewnie, a oni popatrzeli po sobie.
-Nie doszło do spotkania, bo podobno źle się poczuł.-wyjaśniła blondynka.
-Ale skąd wiesz o tym, że mieliśmy do niego przyjść?-ciekawił się piłkarz. 
-Powiedział mi, bo rozmawialiśmy wczoraj.-odpowiedział, a zaraz potem szybko się pożegnałam, podając powód zgubionej mamy między różnymi stanowiskami z ciuchami. Mimo, że oboje odeszli ciągle miałam w głowie jeszcze te zdanie: "Nie doszło do spotkania, bo źle się poczuł.". To był pretekst czy na prawdę przeze mnie jego stan zdrowa się pogorszył?

Siedziałam na łóżku słuchając muzyki. Tak wyglądało moje zajęcie na wieczór. Widziałam jak deszcz za oknem, który od godziny pada bez przerwy, przestał na chwil. Pomyślałam sobie, że mogę to wykorzystać i wyjść na spacer. Jest niby 20, ale i tak nie mam ochoty siedzieć w tych czterech ścianach. Wstałam, więc i udałam się do garderoby założyć czerwony sweterek. Nie musiałam się przebierać, bo byłam już praktycznie gotowa. Złapałam za komórkę i zeszłam na dół, gdzie siedzieli rodzicie i zaczęłam ubierać moją parkę i buty.
-Wychodzę na spacer.-powiedziałam zanim ktoś z nich pierwszy zadał mi pytanie.
-Nie jest za późno czasem Wiki?-niepokoiła się mama.
-Poradzę sobie.-uśmiechnęłam się do niej i powoli podeszłam do drzwi.-Wrócę najpóźniej za godzinę.-dodałam i wyszłam z domu.
Nie miałam konkretnego planu, gdzie udać się na moją przechadzkę, ale moje nogi same prowadziły mnie do parku. Szczerze? To uwielbiam to miejsce. Szczególnie wieczorem wygląda nieziemsko. Zupełnie jak kadr z jakiegoś filmu. Chodziłam z rękoma w kieszeni i zastanawiałam się nad swoim życiem. Zastanawiałam się czy dalej go kocham... Szybko odpowiedziałam sobie, że "tak", ale on zapewne myśli teraz inaczej. Martwiłam się o niego, że to mogło skończyć się podobnie jak jego ostatnie wybryki i mógł się upić, a to byłaby już zwyczajnie moja wina. Brakuje mi go, ale czasami boję się. Tak jak wczoraj. Boję się, że to wszystko wróci. Stary Marco wróci i...ahh widocznie skończyły mi się argumenty. Nagle zatrzymałam się, bo zauważyłam, że jestem na tym moście. Na tym samym, co wyznaliśmy sobie miłość i powiedzieli te piękne słowa.

Chcesz powiedzieć, że...-chciałam dokończyć, ale nie było mi to dane, bo przerwał mi pocałunkiem. Długim i bardzo namiętnym.
-Tak, kocham Cię. Od początku coś do Ciebie czułem, ale byłem idiotą i tego nie zauważyłem.-wyszeptał i oparł się swoim czołem i moje. Zupełnie jak w moim śnie.
-Ja Ciebie też kocham. Idioto...-odpowiedziałam i ponownie zastygliśmy w pocałunku. Tylko tym razem na dłużej...

W tamtym momencie coś mnie ruszyło. Zrozumiałam, że nie wytrzymam bez niego dłużej i moim następnym przystankiem będzie dom Marco. Szybko przypomniałam sobie dokładny adres i ruszyłam na Phoneix See. Niestety, ale chmury ponownie się rozerwały i deszcz zaczął kapać na mnie, przez co już po chwili byłam mokra. Jednak nie to się dla mnie liczyło, tylko to by być jak najszybciej przy nim. Moja forma ostatnio pogorszyła się trochę, bo wiadomo, nie ma kto mnie wyciągnąć na trening, ale nie było aż tak źle i po 20 minutach byłam w odpowiednim miejscu. Zwolniłam wtedy swoje kroki i szłam powoli pod blok. Zatrzymałam się jak byłam już obok. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie tylko przez mój maraton, ale i przez stres. Bałam się reakcji Marco. Bałam się, że przez to, co zrobiłam wczoraj nie będzie chciał mnie już widzieć. Musiałam najpierw przejść przez furtkę, na której trzeba było wpisać odpowiedni kod. W tym miejscu mieszkali sami bogaci mieszkańcy i dość wpływowi, dlatego te zabezpieczenia mnie nie dziwią. Sam kod oczywiście znałam, bo piłkarz podał mi go wczoraj i szybko po wpisaniu kilku cyferek mogłam podejść do domofonu oraz zadzwonić do niego. Stałam tak chyba z 5 minut i zastanawiałam się, co mam powiedzieć. Układałam w głowie kila scenariuszy, ale to wszystko było dla mnie za trudne i chyba zdecydowanie wolałabym powiedzieć mu to wszystko od razu w twarz. Nagle zauważyłam, że drzwi się otwierają i wychodzi jakiś mężczyzna. Gadał przez telefon i nawet mnie nie zauważył, więc mogłam to wykorzystać i szybko złapałam za drzwi by się nie zamknęły oraz weszłam do środka. Wiedziałam, że mieszka praktycznie na ostatnim pietrze, pod 15. Także czekała mnie podróż windą. Gdy w niej byłam nie wiem czemu modliłam się, aby się zatrzymała albo popsuła. Coraz bardziej miałam większe obawy, a gdy znalazłam się pod odpowiednim numerem, moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Stałam tak chwilę i zastanawiałam się. W pewnych chwilach chciałam uciec, ale ostatecznie powiedziałam sobie, że jak teraz to nigdy i zadzwoniłam dzwonkiem. Czekałam, ale nie było słychać, by ktokolwiek był w domu. Zmartwiłam się. Czyżby to wszystko miało pójść się za przeproszeniem jebać? Choć... czy nie tego właśnie chciałam? Zadzwoniłam jeszcze raz i odczekałam z trzy minuty, ale ponownie słyszałam nic, powoli się odwróciłam. Byłam zrezygnowana, ale nagle usłyszałam jakiś dźwięk, a potem krzyk.
-Już idę!-tak, to był jego głos. Już nie miałam szans na ucieczkę. Nie miałam już wyjścia i musiałam zmierzyć się z moim problemem i wyjaśnić to wszystko. Nagle drewniane drzwi się otworzyły, a moim oczom ukazał się on. Był odziany tylko w szare, dresowe spodnie. Na karku miał owinięty ręcznik, którym jeszcze wycierał mokre włosy. Wyglądał normalnie. Nie pił. Ciszyło mnie to, ale to nie znaczy, że mogę już uciec. Reus nie udawał zaskoczenia i oboje patrzeliśmy się na siebie nie mówiąc nic.
-Cześć.-postanowiłam w końcu przerwać tę ciszę.
-Hej.-odpowiedział.-Chcesz wejść?-zapytał, a ja kiwnęłam lekko głową, a mężczyzna uchylił mocniej drzwi, przez co mogłam wejść głębiej.
-Jak chcesz to idź usiądź w salonie, a ja się pójdę ubrać.-powiedział i zaczął kierować się powoli na górę.
-Nie musisz.-zaprzeczyłam.-Nie przeszkadza mi to.-wyjaśniłam i leciutko podniosłam kąciku ust. Nie wiem czy Marco zrobił to samo, czy miał po prostu neutralną twarz. W każdym bądź razie wrócił i usiadł na sofie, a ja obok niego.
-Przyszłaś tu w jakiejś konkretnej sprawie?-zapytał z obojętnością. Ona bolała najbardziej. Widać było jego złość i zawiedzenie. Pierwszy raz był taki dla mnie.
-Takk. Przyszłam cię przeprosić. Zachowałam się wczoraj okropnie i wiem, że nie ma dla mnie żadnego wyjaśnienia. Po prostu wczoraj było jeszcze mi trudno, a...
-... a dzisiaj nie?-dokończył za mnie przerywając.-Wiktoria... ja nie wiem, co mam ci powiedzieć. Kocham cię i raczej wątpię, że kiedykolwiek przestanę, ale ja mam jak na razie dość już czekania. Czekałem prawie miesiąc. Jeszcze ta kontuzja... tego wszystkiego jest za dużo jak dla mnie. Wczoraj potraktowałaś mnie jeszcze jak śmiecia. Wybacz za określenie, ale tak się poczułem. Ten SMS mi nie pomógł, a wręcz dobił.-wyjaśnił swoje wszystkie bóle. Było mi go strasznie żal. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, bo czułam jak moje oczy się szklą od łez. Nie chcę płakać, ale ostatnio jest dla mnie momentem kiedy mogę odreagować. 
-Ja wczoraj po prostu.... to wszystko wróciło. Byłam gotowa. Miałam wychodzić, ale znowu wróciły te wszystkie czarne scenariusze, że wrócisz ty z przeszłości....
-Nie Wiktoria. Tamten "ja" już nie wróci. Niezależnie od tego jak jest między nami.-odparł i popatrzał na mnie.
-Kochasz mnie, a ja nie zasługuj na ciebie. Potrzebujesz kogoś, kto jest odpowiedni dla ciebie.-wypaliłam i schowałam twarz w dłoniach. Marco nie mówił przez chwilę nic. Po chwili poczułam jak mnie obejmuje. Moje całe ciało przeszły przyjemne ciarki. Wtedy spojrzałam na niego i dostrzegłam w jego oczach takie perełki. Patrzał na mnie z poważną miną, ale jednocześni uśmiechał się. Tylko on tak potrafił.
-Co ty mówisz? Dlaczego nie zasługujesz na mnie?-zapytał.
-Bo ranię cię. Nie potrafiłam się przemóc, a ty cierpisz.
-A pomyślałaś o tym, że może ja nie chcę kogoś innego, ale ciebie?-zapytał oburzony.-Oboje krzywdziliśmy się nawzajem, oboje cierpieliśmy, ale teraz oboje możemy to wszystko naprawić. Potrzebuję tylko jednego.
-Czego?-zapytałam i ponownie na niego spojrzałam, a blondyn złamał moją twarz w obie dłonie.
-Kocham Cię Wiki.-wyszeptał.
-Ja ciebie też kocham.-odpowiedziałam bez większego myślenia i chyba to się opłaciło. Marco uśmiechnął się tym firmowym uśmiechem i pocałował mnie w usta. Lekko, ale jednocześnie bardzo zachłannie. Delikatnie, ale z pełnym oddanie. Brakowało mi jego ust. Tęskniłam za tym, a teraz gdy mogę je w końcu poczuć, czuję się jak w niebie. Jak najważniejszą osobą na świecie. Po chwili przyjemności, przestał mnie całować i odsunął się.
-Dlaczego się tak na mnie patrzysz?-zapytałam rozbawiona.
-Czyli to koniec?-spytał.-Koniec wojny, a początek starej miłości? Wszystko wróci do normy?
-Tak i będziemy razem już do końca życia.-odpowiedziałam.
-Chcesz tego?-ponownie zalewał mnie różnymi pytaniami,
-Być z tobą już na zawsze? Tak.-wyjawiłam pewna swoich słów, bo taka jest prawda. Teraz nie potrafię wyobrazić sobie innego scenariusza.
-Zaczekaj tu.-powiedział i bez wyjaśnień zniknął. Udał się na górę po schodach, prawdopodobnie do swojej sypialni. Czekałam na niego chwilę, ciągle nie dowierzając, że to już koniec naszej wielkiej kłótni. Po kilku minutach, usłyszałam kroki Marco. Schodził po schodach i wrócił na swoje miejsce. Nie miał przy sobie niczego, więc zastanawiałam się po co poszedł.
-Stało się coś?-zapytałam, bo widocznie był czymś zmartwiony, albo zdenerwowany.
-Nie.-uśmiechnął się i złapał za moje dłonie oraz mocno ścisnął.-Pamiętaj, że wtedy gdy byliśmy pokłóceni to nie było dnia, bym nie myślał o tobie. Kochałem cię cały czas i dalej będę to robił. Byłem jaki byłem. Wiem to. Powinienem był ci powiedzieć, ale bałem się reakcji. Teraz już nie mam przed tobą żadnych tajemnic i mam nadzieję, że podobnie jest z tobą.-po tych słowach wiedziałam, że jednak jest coś, co powinnam powiedzieć mu. Coś, co stało się dawno i nikt o tym nie wiedział. Miała być to tajemnica moja i Mario, ale...
-Jest coś.-powiedziałam i spuściłam głowę lekko. Potem ją podniosłam i popatrzałam na niego.-To było jakoś na początku mojej przeprowadzki do Dortmundu. Jak jedyną bliską mi osobą był Mario. On nie był jeszcze z Ann, a ja z tobą. Pocałował mnie. Do niczego więcej nie doszło. To była chwila słabości. Kocham go, ale jak brata. Nic więcej. Nie mów mu o tym, że wiesz. To może zepsuć wiele. Niech to pozostanie w przeszłości. Tak jak ten zły Marco, tak i pocałunek z Mario.-wyjawiłam mój sekret i szczerze? Poczułam się bardzo dobrze. Mimo, że nigdy jakoś szczególnie mi to nie uwierało na sumieniu. Marco nie mówił nic przez chwilę, czym mnie zmartwił, ale zraz ponownie mnie pocałował.
-Cieszę się, że zaufałaś mi. Kocham cię mała.-dodał i pogłaskał mnie po głowie jednocześnie całując. Jednak zaraz ponownie przerwał.-Posłuchaj mnie... Wiem, że pewnie wyobrażałaś to sobie inaczej. W bardziej romantyczny sposób. Uwierz mi, bo ja też, ale czuję, że to jest ten moment.-mówił, ale ja nie bardzo rozumiałam. Piłkarz widział moje zdziwienie i postanowił wszystko wyjaśnić.-Pamiętasz jak odwiedziliśmy moich rodziców?
-Tak. Wtedy jak nie chciałam jechać?-zaśmiałam się, a Marco wraz ze mną.
-Tak, dokładnie. Wtedy przez moment mnie nie było. Mój tata zabrał mnie do pewnego miejsca, a konkretnie do swojej sypialni. Dał mi tam to.-wyjął z kieszeni swoich dresów białe pudełeczko, a w nim... pierścionek. Był prześliczny.-To pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Tata powiedział, że od zawsze marzyli by dać go swojemu synowi. Nie dali mi go jak byłem z Caro. Dali jak jestem z tobą, bo sami powiedzieli, że widać jak bardzo się kochamy. Jak mówiłem wcześniej, na pewno inaczej to sobie wyobrażałaś, ale... ja nie mogę czekać. Kocham cię i chcę byś nosiła go na palcu. Chcę byś miała mnie zawsze blisko. Nie musimy się od razu żenić, ale kto wiem... Los bywa dziwny.-blondyn mówił, a do mnie dalej nie dochodziło. Miałam zostać żoną Marco? To jest szalone, ale i piękne.-Także... Kocham cię słońce i jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Zostaniesz moją żoną?-powiedział to pytanie, a ja siedziałam i patrzałam na te malutki cudo. Potem ponownie na niego.
-Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś szalony?-spytałam.
-Zdarzyło się.
-Jesteś wariatem jakich mało i prawdopodobnie moi rodzice będą na ciebie wściekli, że zabierasz im swoją córeczkę, ale to nie ważne. Kocham cię popaprańcu i tak, zostanę twoją żoną.-wypowiedziałam, a Reus zrobił to i po sekundzie mój palec zdobił ten śliczny pierścionek. Spojrzałam wtedy na mojego NARZECZONEGO i nim się obejrzałam, a już mnie całował. Tym razem był już odważniejszy i ja w sumie też. Żadne z nas nie szczędziło sobie wtedy pieszczot.
-Nie masz czasem ochoty zwiedzić mojej sypialnię?-zapytał z chytrym uśmieszkiem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-powiedziałam i wtedy piłkarz podniósł mnie, a ja oplotłam nogi w okół jego bioder. Idąc, nie przestawaliśmy się całować. Nasze języki drażniły nasze podniebia sobie nawzajem. Już wtedy byłam w siódmym niebie, a to był dopiero początek. W drodze do sypialni co i rusz gubiłam jakąś z części swojej garderoby. Gdy znaleźliśmy się już przed drzwiami sypialni, Reus jednym kopniakiem je otworzył i wszedł do środka wraz ze mną na rękach. Ułożył mnie delikatnie na łóżku, a sam znalazłszy się nade mną, całował moją szyje, by po chwili przejść do dekoltu. Mijały kolejne minuty, a oboje byliśmy już w samej bieliźnie. Nawet nie zauważyłam, jak kilka sekund później nie miałam na sobie stanika, którego mężczyzna się pozbył. Zaśmiałam się tylko pod nosem i czekałam aż przejdziemy do konkretów. Czułam jego dłoń na moim pośladku. Chwile właśnie tam pozostawała, jednak zaraz zajął się zsunięciem dolnej, koronkowej partii bielizny. Gdy to zrobił przestał całować moje usta, a zaczął okolice prawego ucha.
-Kocham cię.-wyszeptał do niego. Uśmiechnęłam pod nosem, by zaraz potem jęknąć cicho z rozkoszy. To była nasza noc. To ja byłam narzeczoną Marco Reusa. Nie dziewczyną, ale narzeczoną. To ja mam go przy sobie. To ja mam go blisko. Tak blisko, że już chyba bliżej nie można.
________________________________________________________________
NO PRZYZNAĆ SIĘ, KTO PRZEWIDZIAŁ TAKI SCENARUISZ? 

Powiem szczerze, że do pomysłu z zaręczynami naprowadziła mnie pewna osoba, która już chyba nawet nie pamięta o tym :) 
I to rozdział specjalnie dla niej ♥
Dziękuję i zapraszam do niej! Wyczekujcie drugiej części świetnego opowiadania!

Nie jest to jakiś cud, ale mam nadzieję, że zaspokoi wasze potrzeby ;) 
Natomiast samego bloga to nie koniec, bo mam coś jeszcze w zanadrzu dla was, a szczególnie jeden wątek, bez którego nie byłoby tego opowiadanie.

Także jak sądzicie, jak zareagują inni o zaręczynach?
Czy rano coś się wydarzy? 
Jak będzie na parapetówie u Reusa?

ooohhhh :OOO 


10 komentarzy = następny rozdział? 
Dacie radę? :* 


ENJOY ♥

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział 39


"DO ZOBACZENIA MARCO"


Stanęłam przed nim i zaczęłam się przyglądać budynkowi. Po chwili poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu... Odwróciłam się i dostrzegłam Marcela. Oboje z moich towarzyszy przyglądali się mi.
-Okej?-zapytał niższy.
-Jasne. Idziemy?-odparłam i udaliśmy się specjalnym wejściem do środka. Już na ulicy dało się usłyszeć głośną, klubową muzykę, ale im byliśmy bliżej, dało się ją słyszeć coraz bardziej wyraźniej. Gdy szliśmy Marcel i Robin żwawo rozmawiali, ja trzymałam się mimo, że obok, to i tak nie udzielałam się za bardzo. Co jest dziwne dla mnie, bo zazwyczaj jestem bardzo otwarta, a szczególnie jeśli chodzi o nowe znajomości. Dodatkowo jeszcze niedawno było wszystko w porządku, jak jechaliśmy autem.
Powoli przekraczaliśmy próg i już oficjalnie byliśmy w Cocainie. Byłam tam po raz pierwszy i uważnie się rozglądałam. Gości też było sporo, co jest dla mnie dość dziwne, bo w końcu wiele z nich idzie jutro do pracy czy szkoły.
-I jak podoba się?-zapytał Robin i dopiero zauważyłam, że jest na razie tylko on.
-Gdzie Marcel?-zapytałam najpierw.
-Poszedł się zameldować i załatwić nam najlepszą lożę. A i mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci to, że będzie jeszcze dwójka naszych kumpli? Spokojnie będą tylko przez godzinę i towarzyszyć im będzie dziewczyna jednego z nich, więc będziesz miała damskie towarzystwo.-zaśmiał się, a ja lekko uśmiechnęłam.-Wiki?
-Tak?-popatrzałam na niego pytająco.
-Mówię Ci to teraz, bo może za chwilę nie będzie okazji. Marco cię kocha i bardzo za tobą tęskni. Żałuje tego co zrobił. On był nawet u tej dziewczyny na grobie. Nie przekreślaj go tylko dlatego, że zrobił błędy w przeszłości, która nie ma znaczenia w waszej teraźniejszości.-powiedział dość zaskakujące dla mnie słowa. Nigdy bym nie posądzała Robina o takie filozoficzne słowa, które przyznam, że zrobiły dla mnie wrażenie. Jednak nie mogę mu nie przyznać racji. Powinnam się przynajmniej postarać zmienić do niego postępowanie, ale to nie teraz. Teraz liczy się dobra zabawa, która mam nadzieję, że taka będzie.
-Wiem i dziękuję za takie słowa. Obiecuję, że coś zrobię, ale teraz nie chcę o tym na razie myśleć, tylko się bawić.-odparłam.
-No to na co czekamy! Cała noc przed nami!-krzyknął przyjaciel Marco.
-No nie wiem czy taka cała noc. Przed 12 powinnam być już w domu. Nie zapominajcie, że mam jeszcze szkołę na głowie.-dopowiedziałam.
-Aaaa...-podrapał się po swoich włosach.-Szczerze, to o tym zapomniałem. Spokojnie będę pilnował godziny i ciebie przy okazji...-dodał i ruszyliśmy do odpowiedniej loży.

Zabawa trwa, a ja nie mam dość. Oczywiście na początku było trochę sztywno. Poznawałam powoli znajomych Marcela i Robina, z którymi była bardzo sympatyczna Eliza. Dzięki niej poczułam się trochę pewniej w tym miejscu i przestałam zamartwiać się o wszystko, czy też myśleć o niepotrzebnych rzeczach. Tak jak powiedziałam, mam zamiar pobawić się, wyszaleć i tak zrobiłam. Szalałam wraz z chłopakami i Elizą, a gdy niestety już musiała wracać z resztą nie szczędziłam alkoholu z Robinem. Wiem, nie powinnam, ale przecież nie pije tak dużo. Panuję nad tym i wiem, co robię. Właśnie kończyłam tańczyć z jakimś chłopakiem, który mnie zaczepił. Podziękowałam grzecznie za taniec i po prostu odeszłam do loży, gdzie siedział tylko Marcel. Usiadłam obok niego i zaczęłam opowiadać i dziękować, że namówili mnie na przyjście.
-Nie ma za co-odpowiedział.-ale nie przesadzaj z piciem i powiedź lepiej, o której mamy Cię podwieźć?-zapytał.
-A która jest?-dopytałam i przy okazji popiłam drinka.
-Zaraz będzie 12.-odparł spojrzawszy wcześniej na telefon, który wyciągnął z kieszeni swoich jeansów.
-No to jeszcze chwilę posiedzimy.-stwierdziłam i podeszłam do drugiego kolegi, z którym od razu poszłam na parkiet, a po skończonym tańcu ponownie do baru. Wiedziałam, że robię źle, ale powoli nie kontrolowałam już tego co robię i to był błąd...


*******
Było już po 2, a po Wiktorii i Robinie ani śladu. Mam nadzieję, że nie wyszli po za klub, bo to chyba byłaby katastrofa. Nie dość, że mógłbym ich zgubić, to jeszcze nie wiadomo, co przyszłoby im do głowy jak sporo wypili. 
Zaczęłem kręcić się po klubie, który powoli wyludniał się, ale nie było po nich śladu. Nagle zobaczyłem ich przy innej loży. Siedzieli i byli kompletnie pijani. Śmiali się, ale mi do śmiechu nie było, bo to było oczywiste, że to ja muszę się nimi zająć. 
-Odbiło Wam?-powiedziałem zdenerwowany.-Od pól godziny was szukam, a wy sobie po prostu tu siedzicie? Oddawaj to!-zabrałem przyjacielowi szklankę whiskey, którą próbował właśnie wypić.
-Stary...-wymamrotał.-Co ty odpierdalasz??
-Co ja odpierdalam? Popatrz na siebie, a dodatkowo upiłeś chyba Wiktorię!-dodałem jeszcze bardziej wkurzony, bo zauważyłem, że dziewczyna powoli zasypia i kładzie się na jego ramię.
-Ja?-popatrzał na mnie tymi swoimi pijanymi oczyma.-Ja... nikogo nie upiłem!
-Dobra dość tego! Wstawaj!-rozkazałem i podszedłem do Polki, by sprawdzić, czy naprawdę jest z nią tak źle na jaką wygląda. 
-Wiki...-szturchnąłem ją, ale nawet nie drgnęła.-Wiktoria... no proszę... obudź się...
-Mm...-zaczęła mamrotać.-Jak spotkasz... Marco to... to powiedź, że... go kocham...-mówiła z zamkniętymi oczyma.
-Sama mu to powiesz, ale teraz wstawaj.-dodałem i podniosłem dziewczynę.
-Mnie też zaniesiesz?-zapytał i rozłożył ręce do mnie, ale skarciłem go spojrzeniem i po prostu wyminąłem.
Droga do samochodu z dwójką pijanych ludzi jest bardzo trudna, a szczególnie jeżeli jedną z tych osób jest dziewczyna, która ma na sobie szpilki, albo jest to po prostu Kaul. Facet zachowuje się wtedy ja małe dziecko i co chwila zadaje mnóstwo pytań "Dlaczego?", "Po co?", "Kto to?", "Kiedy będziemy w domu?", "Dlaczego ją niesiesz?". Normalnie można przy nim osiwieć, ale szczęśliwie udało nam się dotrzeć do mojego samochodu. Usadowiłem dziewczynę na tylnym siedzeniu i wtedy coś mnie oświeciło...
-Robin!-krzyknąłem, a on, który stał opart o samochód popatrzał się na mnie.-Gdzie mieszka Wiktoria? Wiesz?!-teraz to role się odwróciły i to ja zadawałem pytania.
-Skąd... mam wiedzieć?-wybełkotał.
-Kurwa.-przekląłem i zacząłem się w kółko kręcić.-Na pewno nie znasz jej adresu?-zapytałem kumpla, który już zasypiał na stojąco.-Z kim ja w ogóle chce rozmawiać?-pokręciłem tylko głową. Próbowałem coś wymyślić, może przypomnieć sobie jej miejsce zamieszkania, ale w głowie miałem kompletną pustkę. Wtedy wpadłem na pomysł, że może do kogoś zadzwonię i spytam o ten adres, ale do kogo? Jedyna możliwą osobą w moich kontaktach telefonicznych jest... Marco. On na 100% wie, gdzie mieszka Wiktoria, ale przecież on mnie zabije jak dowie się, że ją zabraliśmy ze sobą i żadnych tłumaczeń do siebie nie przyjmie, a to, że jej nie dopilnowaliśmy jeszcze pogorszy sytuację. Oboje z Robinem jesteśmy już martwi., a jako, że Kaul jest nawalony w trzy dupy, to mi się dostanie. Postanowiłem jednak zaryzykować i wybrałem numer do Reusa. Serce strasznie mi waliło, bo bałem się reakcji z jego strony. Stojąc z telefonem przy uchu słuchałem kilku sygnałów, które oznaczały, że piłkarz na pewno śpi. Ale ja znam go i wiem, że śpi z komórką przy głowie, więc wcześniej czy później powinien usłyszeć dzwonek. Gdy już traciłem nadzieję, usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk w słuchawce, który oznaczał, że w końcu obudziłem go.
-Czy ty debilu wiesz która jest godzina!?-mówił zaspanym, ale groźnym głosem.-Po jaką cholerę dzwonisz do mnie po drugiej w nocy?
-Dobra, posłuchaj mnie i nie denerwuj się. Mam malutką prośbę do ciebie.
-Znowu się schlałeś i mam po ciebie przyjechać pod klub?!-krzyknął pytając.
-Nie, nie.-szybko wybiłem mu ten pomysł z głowy, choć wolałbym szczerze, że to właśnie to byłoby moim problemem.-Wiesz... tu nawet nie chodzi o mnie.
-A o kogo? Robina?-dopytywał, a ja coraz bardziej bałem się wyjawić mu prawdy.
-Też nie. Raczej wątpię, że zgadniesz, więc powiem ci.-postanowiłem skończyć z ta zgadywanką. Tylko jak od razy wyjawić mu, że w moim samochodzie śpi jego pijana dziewczyna?
-Pośpiesz się, bo zasypiam...-usłyszałem, że ziewa.
-Ja wiem, że mnie zabijesz i że oboje postąpiliśmy głupio, ale my tak naprawdę chcieliśmy pomóc. Jak wtedy do nas wpadła to mówiła, że chciała się wyszaleć, zapomnieć, odreagować. Miała tyle problemów. Nie moja wina... no dobra moja, bo miałem ją pilnować...
-Zaraz, zaraz. Stop. Czekaj.-rozkazał.-Jaka "ona"? Z kim ty jesteś? 
-No z Wiktorią...-wyjawiłem w końcu. Marco przez chwile nic nie mówił. Poważnie się zmartwiłem.-Marco, jesteś tam?
-Co wyście narobili? Co z nią jest?-mówił, a przynajmniej na pewno starał się być opanowany.
-No... wiesz... upiła się trochę. Chciałem odwieźć ją do domu, ale nie znam jej adresu. Dzwonię, bo ty na pewno znasz.
-Ona mieszka przecież obok mnie idioto. Po za tym, jak mogliście pozwolić się jej upić? Co ty teraz chcesz zrobić?-ponowni ktoś zalewał mnie milionem pytań.
-No tak wyszło... a z tym adresem to ja nie wiedziałem. Możliwe mówiłeś mi, ale dobra odwożę już ją.-oznajmiłem szybko.
-Chcesz ją zawieźć teraz do domu? TY? Chyba żartujesz? Co jej rodzice pomyślą jak zobaczą dorosłego faceta, którego w życiu nie widzieli z pijaną córką na rękach?
-To co mam zrobić? Pozwolić jej spać w samochodzie i poczekać aż wytrzeźwieje?!-emocje również i mnie coraz bardziej ponosiły.
-Nie, masz czekać na mnie. Ja zaraz przyjadę.-oznajmił, a ja aż wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Zdziwiłem się i to bardzo, ale Marco ma rację. Co to da, że znam już jej adres, jak przecież mnie jej rodzice zobaczą to w najlepszym wypadku jej ojciec może mi coś zrobić. Reusa znają i mu ufają, więc na pewno zdziała więcej niż ja.
-Dobra, ale co z twoją nogą? Masz zamiar jechać z usztywniaczem na nodze?-przypomniałem mu o jego stanie.
-Jest mały ruch teraz i będę jechał powoli, albo w ogóle nie założę tego buta.-odpowiedział.
Umówiłem się z piłkarzem, że będę czekać na niego pod klubem na parkingu. Powiedział, że będzie się starał przyjechać jak najszybciej się da, ale wiadome jest to, że chwilę się poczeka. Na dworze było już całkiem chłodno, wsiadłem, więc do auta, w którym siedział już Robin, który wyglądał jakby spał. Wyglądał, bo na pewno nie śpi. Tak jest zawsze. Niby niewinne jest już w krainie Morfeusza, a tak na prawdę za chwile jak zobaczy, że jest z kimś kogo można pomęczyć, odezwie się i będzie zadawać kolejne pytania życia.
-Marcel...-a nie mówiłem?-Marceeell...
-Tak?-postanowiłem odezwać się, chociaż wiedziałem, że to będzie mój błąd, bo wchodząc z nim w dyskusję to jakby wejść do studni bez dna, czyli "po co to komu? ,"na co?", a tym bardziej prędko z niej nie wyjdziesz.
-Dlaczego żyjemy tak krótko?-zapytał, a ja oparłem się o szybę i głośno westchnąłem.
-Krótko ci jeszcze? Podobno z roku na rok jest coraz dłużej.
-Co nie zmienia faktu, że żyjemy tak sobie i pewnego dnia po prostu już nas nie będzie.-można nawet powiedzieć, że pijany Kaul jest zdecydowanie bardziej inteligentny pod wpływem procentów.
Gdy przyjaciel atakował mnie kolejną dawką tych swoich głębokich pytań, dostrzegłem światła samochodu, które wjeżdżało na parking. Byłem prawie pewny, że jest to Reus. Ucieszyłem się, bo nie wiem, czy dałbym radę wytrzymać w tym zimnym i śmierdzącym od alkoholu samochodzie. Wysiadłem z niego i podszedłem do auta przyjaciela. Wyszedł z niego bez usztywniacza na nodze, co w jego stanie nie jest za dobre. Powinien się oszczędzać, a każdy spacer powinien spędzać właśnie z tym butem ortopedycznym.
-Zwariowałeś? Jesteś ledwo po kontuzji. Powinieneś mieć ten usztywniacz na nodze.-powiedziałem swoje zdanie.
-Gdzie ona jest?-niestety, ale sportowiec mnie zignorował.
-Śpi w samochodzie.-odparłem, a Marco już był przy moim pojeździe. Otworzył tylne drzwi i zobaczył dziewczynę oraz Kaula, który uśmiechnął się do niego i jak na kulturalnego przyjaciela przystało, kulturalnie się przywitał. Reus niestety nie wziął do serca jego starań i jego również zignorował. Zamknął drzwi i żądał ode mnie wyjaśnień. Powiedziałem, więc mu wszystko od naszego spotkania w parku do aktualnej sytuacji. Nie krył zdenerwowania, ale był bardziej spokojny i opanowany niż wcześniej. Po chwili oboje prowadziliśmy Wiktorię z jednego samochodu do drugiego. Podziękowałem i przeprosiłem, ale wyjaśniłem, że chcieliśmy dobrze, że chcieliśmy pomóc. Marco na szczęście nie miał nam już tego za złe i to on podziękował mi, że zadzwoniłem do niego. Pożegnaliśmy się i każdy pojechał swoją stronę z podobnymi zadaniami. Reus musi się uporać z Wiktorią a ja z pijanym Robinem, którego ponownie nachodzą filozoficzne pytania.


*******
Gdy poczułam, że światło przebija już moje powieki, postanowiłam je otworzyć, co do najprostszych czynności nie należało. Jak w końcu mi się udało, od razu poczułam niesamowity ból głowy, który pojawił się znikąd. Złapałam się z głowę i mocno ścisnęłam. Pierwszy raz się tak czuję. Nigdy wcześniej się nie upijałam. Zawsze spożywałam alkohol z umiarem, a teraz? Nawet nie wiem, co stało się poprzedniej nocy, ani co ja robię w u siebie w pokoju...
-O ile to w ogóle mój pokój...-pomyślałam i momentalnie podniosłam się mimo wielkiego trudu i bólu. Rozejrzałam się i doszłam do okropnego wniosku - TO NIE JEST MÓJ POKÓJ! Złapałam się z głowę, ale nie z powodów medycznych, ale z mojej własnej głupoty. Właśnie leżę w łóżku u jakiegoś obcego kolesia, albo co najgorsze u któregoś z przyjaciół Marco... Tego to bym chyba sobie nigdy nie wybaczyła. Co ja tu robię i jak się tu dostałam? To nie może być prawda. Ja taka nie jestem. Ja się tak nie zachowuje.
 Kiedy siedziałam załamana na łóżku i panikowałam, coś rzuciło mi się w oczy, a konkretnie pewne zdjęcie. Był na nim chłopczyk, którego już gdzieś widziałam. Nagle drzwi do pokoju zaczęły się otwierać i zaczął do niego ktoś wchodzić. Modliłam się by to nie był Robin albo Marcel. Już chyba wolałabym jakiegoś obcego gościa, ale nie ich. Moim oczom po chwili ukazał się ktoś, kogo się nie spodziewałam. Był to Marco. On we własnej osobie, a ja w końcu zrozumiałam, że to jest jego dom, a ten chłopczyk to Nico. Byłam zdziwiona, a nawet bardziej zszokowana. Próbowałam sobie coś przypomnieć z zeszłej nocy, ale miałam pustkę. Zupełnie jakby ktoś wymazał mi pamięć. Dziwnie uczucie.
Po chwili i blondyn zauważył, że nie śpię. Spojrzał się na mnie i przez moment zauważyłam, że nie wiedział, co powinien powiedzieć, ale w końcu odezwał się.
-Cześć.-przywitał się na początek.-Chcesz jakieś tabletki na kaca?-zapytał. W tamtym momencie nie liczyło się dla mnie to jakie są między nami relacje. Chciałam natychmiast dowiedzieć się, co robię w jego pokoju gościnnym i jak zakończyła się dyskoteka, która najwyraźniej w dosłownym znaczeniu, pomogła mi zapomnieć.
-Co ja tutaj robię?-postanowiłam przejść od razu do konkretów, na co blondyn głośno westchnął i usiadł na skraju łóżka.
-Marcel i Robin nie bardzo cię dopilnowali wczoraj i upiłaś się do nieprzytomności. Robin też nie bardzo kojarzył, ale szczerze to był w lepszej kondycji niż do ciebie. No, a potem to Marcel spanikował, bo nie znał Twojego adresu, więc zadzwonił po mnie. Chyba lepiej wyglądało jakbym to ja przyprowadził cię do rodziców niż obcy dla nich ludzie?
-No tak, ale co ja robię u ciebie?-spojrzałam na niego, a on się lekko zaśmiał pod nosem.
-Uznałem, że tak będziesz miała mniej przerąbane. Zdenerwowaliby się jakby cię zobaczyli w takim stanie, więc zaniosłem cię do siebie, a twoim rodzicom powiedziałem, że źle się poczułaś i jesteś u mnie.-skończył, a ja kiwnęłam głową, że rozumiem.-Ale niestety myślą, że jesteśmy pogodzeni, więc...-dodał już trochę mniej śmielej, a ja popatrzałam ponownie na niego, a zaraz potem spuściłam głowę. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, ale zaraz potem Marco znowu się odezwał.-A właśnie twoja mama przyniosła ciuchy.-dodał i podał mi ubrania, które przyjęłam.-Ubierz się i zejdź coś zjeść za chwilę.-oznajmił i zaczął kierować się do wyjścia.
Zaraz po jego odejściu rzuciłam się na łóżko i głośno westchnęłam. Tak na dobra sprawę byłam nawet szczęśliwa, że nie stało się nic, co by miało fatalne skutki. Jednak nie mogę w pełni powiedzieć, że jest wszystko okej. Jestem w domu u Marco, a to oznacza, że będę wręcz zmuszona do rozmowy z nim.
Zrezygnowana i praktycznie wypompowana ruszyłam do łazienki. Zaczęłam ubierać jeansy na siebie oraz białą bokserkę, którą przyniosła moja mama. Na to narzuciłam jeszcze szarą bluzę i bardzo powoli udałam się na dół. Nie miałam nawet ochoty na prysznic. Chciałam tak szczerze po prostu udać się do siebie do domu. Marco właśnie parzył kawę i herbatę dla mnie. Jak mnie zobaczył uśmiechnął się lekko i podał mi kanapki z nutellą. Wiedział, że je uwielbiam i zrobił to specjalnie. Bez większych wstępów po prostu zasiadłam do stołu i zajadałam się kanapkami. Piłkarz siedział naprzeciwko mnie i pił gorącą kawę. Nie odzywaliśmy się. W kuchni panowała kompletna cisza. Co jakiś czas dało się usłyszeć tylko tykanie zegara, który stał w salonie. Nie wiedziałam jak i czy w ogóle powinnam się odezwać. Czułam się bardzo niezręcznie i wręcz błagałam by moja herbata ubywała szybciej, niż jestem w stanie sama ją dopić. Na szczęście po kilku minutach męczarni, skończyłam swoją porcję śniadania i mogłam posprzątać po sobie. Wstałam i złapałam za talerz oraz kubek. Marco od razu zauważył moje zamiary.
-Daj, ja posprzątam.-również powstał i chciał wziąć ode mnie naczynia, ale nie pozwoliłam mu.
-Nie musisz mnie wyręczać.-powiedziałam tylko tyle nawet nie patrząc na mnie. Po prostu wyminęłam go i odłożyłam wszystko do zmywarki, a następnie po prostu poszłam do góry po swoje rzeczy, jakimi była sukienka, szpiki i mała torebeczka. I nagle w tamtym momencie zrozumiałam, co zrobiłam. Zraniłam moim zachowaniem Marco. Nawet mu za nic nie podziękowałam, tylko uniosłam się swoją dumą. Szybko zeszłam na dół ze swoimi rzeczami i zobaczyłam, że piłkarz wchodzi właśnie do salonu. Był odwrócony tyłem, więc mnie nie widział.
-Przepraszam.-powiedziałam skruszona swoim zachowaniem. Blondyn widocznie się zdziwił, bo jak się odwrócił miał zaskoczoną minę.-Przepraszam za moje zachowanie. Jestem zwykłą egoistką. Pomogłeś mi, mimo tego wszystkiego, Mimo tej chorej sytuacji. Jeszcze załatwiłeś sprawę z moimi rodzicami. Nie wiem czy potrafiłabym się zachować tak samo jak ty. Dziękuję ci.-skończyłam, a blondyn zaczął się do mnie przybliżać.
-Nie przepraszaj. Zawsze musi być ten pierwszy raz, kiedy trzeba się upić.-zażartował, a ja pierwszy raz od bardzo dawna się uśmiechnęłam przy nim.-A właśnie miałem ci mówić, twój samochód stoi u ciebie na podwórku. Marcel go dzisiaj przywiózł i kazał mi cię pozdrowić oraz powiedzieć, że masz zaproszenie na kolejną imprezę.-dodał cały czas prezentując swoje śnieżnobiałe zęby.
-Jak na razie mam dosyć imprez, ale dzięki.-odpowiedziałam.-Będę się już zbierać. Czas na zmierzenie się z mamą i tatą.-dodałam, na co Marco nie za bardzo się ucieszył.
-No tak...-westchnął.-Życzę powodzenia i.... do zobaczenia.-odparł i mimo wszystko uśmiechnął się.
-Do zobaczenia Marco.-odpowiedziałam... uśmiechając się? Tak. Uśmiechnąłem się do niego i po chwili wyszłam d posiadłości Marco, która już za kilka dni nie będzie jego. Cieszyłam się, bo już ta blokada minęła. Ania miała rację. trzeba wykonywać każdy krok powoli i w końcu uda mi się osiągnąć upragniony sukces. Mam nadzieję, że już wkrótce moja psychika pozwoli mi się na otwarcie przed Marco, a co za tym idzie pogodzenia się, bo wiem już teraz jak bardzo to chcę zrobić i zrozumiałam  jak bardzo go kocham.
________________________________________________________________
ZGODNIE Z OBIETNICĄ!!!

Udało się Wam, więc zgodnie z obietnicą dodaję kolejny rozdział!
Dziękuję za wszystkie komentarze i mam nadzieję, że będziecie już zawsze tak aktywnie komentować ♥

Myślałyście, że to Marco stroi za Wiki, ale nie! Mimo wszystko do spotkania i tak doszło :D
A co stanie się dalej? Wyczekujcie kolejnego rozdziału już wkrótce ♥


Do następnego i mam nadzieję, że równie mocno będziecie komentować ♥

ENJOY ♥