środa, 27 maja 2015
Ogłoszenia parafialne :)
Cześć!
Mam dla Was parę, myślę, że dość ważnych, informacji na następnie dni :)
Tak, więc:
Po pierwsze, ostatnio pod rozdziałami w komentarzach podawaliście mi namiary na swoje blogi, bym na nie zajrzała. Bardzo mi miło, za te zaproszenia do Was, ale... Zdecydowanie łatwiej byłoby dla mnie jakbyście swoje opowiadania wpisywali do odpowiedniej zakładki, a konkretnie na górze jest napisane "SPAM" i tam wrzucajcie mi wszystko. Swoje opowiadania, informacje o nowych rozdziałach i co jeszcze tam sobie wymyślicie :D Tak będzie zdecydowanie łatwiej dla mnie, bo szczerze, to ja nigdy nie od razu wchodzę na wasze blogi, tylko zawsze po czasie jak mi się przypomni XD A tak, to wszystko będzie ładnie poukładane :) Także wszystkie zaproszenia na blogi do SPAMU. Uwierzcie mi, wtedy nic nie zginie :3
Po drugie, najbliższy rozdział powinien pojawić się najpóźniej w piątek (nie zapomnijcie chusteczek :3). Dlaczego tak późno?
No właśnie i po trzecie, w sobotę wyjeżdżam do Niemiec na tydzień. Więc nie będzie mnie przez jakiś czas. Będzie to taka mała okazja do odpoczynku od pisania i czytania, więc jeżeli chcecie bym przeczytała coś Waszego teraz, to lepiej pośpieszcie się :) Także nowy rozdział ukarze się jeszcze w tym tygodniu, a następny to nie bardzo wiem. Zależy od tego jak się wyrobię z lekcjami i jaką będę miała wenę :D Oczywiście możecie mi w tym niezmiernie pomóc komentując moje wypociny :))
No i jeszcze po czwarte, jeżeli macie snapchata to zapraszam do mnie!
Mój snap: mariposaa_aa <------ zapraszam !
No, więc to tyle z ogłoszeń : )
Dziękuję za uwagę i możecie wracać do swoich spraw, mniej lub bardziej ważnych ;)
Buziaki i miłego dnia! ♥
czwartek, 21 maja 2015
Rozdział 43
"PAMIĘTAJ, ŻE I SŁOŃCE MOŻE SIĘ KIEDYŚ WYPALIĆ"
-Maaarcoo?-jęczałam do drzwi łazienki.-Długo jeszcze?-oczywiście mój kochany narzeczony, gdy wchodzi do łazienki, zatrzymuje się dla niego czas. Nie zna umiaru i znając życie w życiu byśmy się nie wyrobili, gdybym nie poganiała go za każdym razem. Teraz czas nas niby nie goni, ale chyba wspominałam wiele razy, że nie należę do najcierpliwszych osób, a po za tym ileż można?
-Już wychodzę.-usłyszałam zza drzwi. Pokręciłam tylko głowa z niedowierzania i usiadłam przy śniadaniu. Tak, dzisiaj również nocowałam u Marco, a dodatkowo dowiedziałam się, że jego mama zaprosiła nas na obiad, a skoro dzisiaj jest sobota to czemu nie? Po wczorajszej randce na stadionie takie rodzinne spotkanie może wypaść udanie. Nawet samej z siebie chce mi się tam jechać, bo rodzina chłopaka jest bardzo sympatyczna, a kto wie... może za jakiś bliżej nieokreślony czas będzie też moją rodziną?
Zaczęłam zajadać się kanapkami oraz popijać herbatę i właśnie wtedy dołączył do mnie blondyn.
-Dzisiaj nie było wcale tak długo.-uśmiechnął się do mnie i nalał sobie gorącego napoju kubka.
-Naprawdę chcesz żebym to skomentowała?-zapytałam retorycznie, a jako odpowiedź uzyskałam ten firmowy uśmiech. Ponownie pokręciłam głową i zaśmiałam się pod nosem.
-A właśnie, zanim pojedziemy do moich rodziców, to skoczymy jeszcze do Ani i Roberta, dobrze?-przypomniał sobie.
-W porządku.-potwierdziłam.-A stało się coś?
-Nie, ale Lewy mnie prosił wczoraj na treningu, bym przyjechał do niego, bo stało się mu coś z samochodem.-odpowiedział.
-Spoko. To ty sobie pogrzebiesz w aucie z Robertem, a ja pójdę do Ani.-oznajmiłam, bo zdecydowanie wolałam posiedzieć z Lewandowską niż słychać tych męskich rozmów o czterokołowych pojazdach. Po zjedzonym posiłku wspólnie posprzątaliśmy i zaczęliśmy się szykować. Pozostało nam tylko ubranie butów i kurtki, i mogliśmy wychodzić. Przejrzałam się jeszcze szybko w lustrze, które znajdowało się przed wyjściem, by ostatecznie stwierdzić czy jest dobrze. Marco oczywiście do mnie dołączył, co oznacza, że bez kilku zdjęć w lustrze się nie skończy.
-Piękni młodzi.-zaśmiał się piłkarz.
-Dobra piękny i młody, idziemy!-zarządziłam i nasza dwójka ruszyła do samochodu. Wsiedliśmy i zaczęliśmy kierować się do domu Polaków. Przez całą drogę humory nas nie opuszczały i śpiewaliśmy różne piosenki, które leciały w radiu. Wyglądało by to bardzo ciekawie, jakby ktoś nas nagrał. Po jakimś czasie, znaleźliśmy się w końcu pod domem przyjaciół. Na podwórku stał już Lewy i grzebał coś w masce swojego auta. Wysiedliśmy z pojazdu i podeszliśmy się przywitać z mężem Anki.
-Cześć Robercik!-powiedziałam do ciemnowłosego i przytuliłam go. Reus natomiast przywitał się z piłkarzem typowo po męsku, podając sobie ręce.
-To co jest nie tak z twoim dzieckiem.-zaśmiał się blondyn.
-Nie mam pojęcia, coś mi buczy tu.-wyjaśnił po krótko i jednocześnie spojrzeli oboje pod maskę, która była otwarta.
-Okej, to wy tu się bawcie, a ja idę do Anki. Tylko nie ubrudź się Reus.-oznajmiłam towarzyszom, jednocześnie radząc Marco, by lepiej uważał na swoje ubrania, bo jakoś nie wyobrażam sobie, byśmy mieli wracać na Phoenix See, tylko dlatego, bo nie uważał.
-W porządku.-zgodził się gospodarz.-Ania powinna siedzieć w salonie.-dodał, a ja powili zniknęłam w ich willi. Weszłam do środka i od razu zauważyłam Lewandowską, która siedziała w pokoju dziennym na kanapie, z podwiniętymi nogami i czytała książkę. Musiała się porządnie wczuć w historię, bo nawet nie zauważyła mnie. Zaczęłam podchodzić do niej cicho, że w końcu usłyszała moje kroki. Podniosła głowę zza książki i od razu jak mnie zauważyła uśmiechnęła się.
-Piękni młodzi.-zaśmiał się piłkarz.
-Dobra piękny i młody, idziemy!-zarządziłam i nasza dwójka ruszyła do samochodu. Wsiedliśmy i zaczęliśmy kierować się do domu Polaków. Przez całą drogę humory nas nie opuszczały i śpiewaliśmy różne piosenki, które leciały w radiu. Wyglądało by to bardzo ciekawie, jakby ktoś nas nagrał. Po jakimś czasie, znaleźliśmy się w końcu pod domem przyjaciół. Na podwórku stał już Lewy i grzebał coś w masce swojego auta. Wysiedliśmy z pojazdu i podeszliśmy się przywitać z mężem Anki.
-Cześć Robercik!-powiedziałam do ciemnowłosego i przytuliłam go. Reus natomiast przywitał się z piłkarzem typowo po męsku, podając sobie ręce.
-To co jest nie tak z twoim dzieckiem.-zaśmiał się blondyn.
-Nie mam pojęcia, coś mi buczy tu.-wyjaśnił po krótko i jednocześnie spojrzeli oboje pod maskę, która była otwarta.
-Okej, to wy tu się bawcie, a ja idę do Anki. Tylko nie ubrudź się Reus.-oznajmiłam towarzyszom, jednocześnie radząc Marco, by lepiej uważał na swoje ubrania, bo jakoś nie wyobrażam sobie, byśmy mieli wracać na Phoenix See, tylko dlatego, bo nie uważał.
-W porządku.-zgodził się gospodarz.-Ania powinna siedzieć w salonie.-dodał, a ja powili zniknęłam w ich willi. Weszłam do środka i od razu zauważyłam Lewandowską, która siedziała w pokoju dziennym na kanapie, z podwiniętymi nogami i czytała książkę. Musiała się porządnie wczuć w historię, bo nawet nie zauważyła mnie. Zaczęłam podchodzić do niej cicho, że w końcu usłyszała moje kroki. Podniosła głowę zza książki i od razu jak mnie zauważyła uśmiechnęła się.
-Cześć!-wypowiedziała, a ja dosiadłam się do niej. Kobieta wyglądała dzisiaj trochę inaczej niż zazwyczaj. Zawsze tryskała energią,ale dzisiaj musiała być słabsza niż zwykle, ale to chyba normalne. Po prostu nie przyzwyczaiła nas do tego widoku, a przynajmniej nie mnie. Brunetka ubrana była w jakieś czarne leginsy, zwykły biały top oraz narzucany sweterek. Mimo jej stanu, zdecydowanie nikt nie odbierze jej urody.
-Hej. Kochana, gorzej się czujesz?-zapytałam, na co karateczka zaśmiała się.
- Wiki, biorę jeszcze leki, które mnie osłabiają. To normalne, że czasami nie mam ochoty i weny na cokolwiek, ale jest w porządku.-wyjaśniła.
-To dobrze, bo zmartwiłam się.-odpowiedziałam.-A tak w ogóle, jeśli mogę wiedzieć, dlaczego Robert nie pójdzie do mechanika z tym samochodem? Szkoda mu kasy?-zażartowałam.
-To samo się jego pytałam, ale tłumaczył coś, że twój Marco miał podobny problem i oni we dwoje zrobią to lepiej. Wiesz... Te męskie gadanie.-obie już śmiałyśmy się z naszych mężczyzn.-Opowiedz lepiej, gdzie nasza gwiazda cię zabiera?-zaciekawiła się, bo zauważyła mój strój.
-Jedziemy na obiadek do jego rodziców.-odparłam i wystawiłam jej język.
-No proszę... Czyżby pan i pani Reus mieli dowiedzieć się o waszych zaręczynach?-śmiała się ciągle.
-Z tego co wiem, to oni już wiedzą, ale nie ukrywam, teraz będzie bardziej taka oficjalna okazja.
-Uuu...-zawyła.-Szykuję się poważna rozmowa z teściami.-mimo gorszego dnia humor jej nie opuszczał. Tak, to moja Ania.
-Lepiej ty opowiedź jak wygladała twoja rozmowa z panią Lewandowską, co?-dogryzłam.
-Lepiej mi nie przypominaj o tym.-zasłoniła twarz dłońmi.-Uwierz mi, to była jakaś porażka. Mama Roberta mnie nienawidziła na początku. Przez kilka dobrych miesięcy nie byłam odpowiednią synową. Musiałam na rzęsach stawać dla niej.-opowiadała, a ja pękałam ze śmiechu.-Ale na szczęście polubiła moją kuchnie i uznała, że chyba jednak zasługuje na ich syna.
-Ty przynajmniej potrafisz dobrze gotować, a ja? Tylko spaghettii o nic więcej.
-Przecież tyle razy ci powtarzałam, że masz przyjść do mnie na lekcje gotowania.
-Jutro się umowimy na jakiś termin.-odparłam.
Nie wiadomo nawet kiedy rozmowy przeszły na tematy naszej początkowej przyjaźni. Jak to się stało, że się poznaliśmy, jak to dokładnie wyglądało i jak to wszystko się potoczyło, że jesteśmy takie bliskie dla siebie nawzajem.
-Wiesz Aniu, komu jak komu, ale tobie będę już do końca życia dziękować.-podsumowałem nasze wspomnienia.
-Dlaczego niby?-zdziwiła się.
-Przecież to dzięki tobie jestem teraz szczęśliwa z tym wariatem. Kto wie, czy nie dzięki tobie za jakiś czas nie będę mieć jego nazwiska w dowodzie. To twoja zasługa.
-W zamian za to już teraz możesz nazwać mnie oficjalnym świadkiem na twoim ślubie.-zaśmiała się.
-Przecież ja to już wiem od dawna.-odpowiedziałam.-Czyli rozumiem, że problem z świadkami też am rozwiązany.-dodałam.-Czyli piszesz się na to?-upewniałam się.
-Obiecuję.-dodała i obie się przytuliłyśmy. Niby takie gadanie na przód jest nieodpowiednie, bo nigdy nie wiemy, co przyniesie nam przyszłość, ale nikt nie powiedział, że zabronione. Ania powoli zdrowieje i mamy otwartą drogę na to by mówić o przyszłości.
-W zamian za to już teraz możesz nazwać mnie oficjalnym świadkiem na twoim ślubie.-zaśmiała się.
-Przecież ja to już wiem od dawna.-odpowiedziałam.-Czyli rozumiem, że problem z świadkami też am rozwiązany.-dodałam.-Czyli piszesz się na to?-upewniałam się.
-Obiecuję.-dodała i obie się przytuliłyśmy. Niby takie gadanie na przód jest nieodpowiednie, bo nigdy nie wiemy, co przyniesie nam przyszłość, ale nikt nie powiedział, że zabronione. Ania powoli zdrowieje i mamy otwartą drogę na to by mówić o przyszłości.
-Jesteś takim słońcem nadziei.-oznajmiłam.
-Pamiętaj, że i słońce może się kiedyś wypalić.-odpowiedziała.-Nic nie trwa wiecznie. Smutek mija, ale szczęście też może. Pamiętaj, że musisz być na wszystko przygotowana.
-Kocham te twoje porady.-skomplementowałam.-Doskonale to wiem, ale już wiele wycierpieliśmy wszyscy i chyba zasługujemy na chwilę przerwy od problemów?
-Zobaczysz, że teraz będzie już tylko lepiej.
-Liczę na to, ale najpierw musisz do końca wyzdrowieć i dopiero powiem o tym, że jest spokój, na który wszyscy czekamy.-dodałam i ponownie zastygłyśmy w przyjacielskim, a raczej siostrzanym uścisku, gdy nagle do domy wparowali Reus z Lewym.
-Ooo! My też chcemy!-usłyszałam pragnienia męża mojej przyjaciółki.
-Robert, a jak powiem, że chcę gwiazdkę z nieba to mi ją kupisz?-zagadała z irioną jego żona.
-Owszem. Dla ciebie kochanie wszystko.-powiedział i pocałował ją.
-To udało wam się naprawić ten samochód, czy jednak Lewy jest skazany na mechanika?-zapytałam.
-Oczywiście, że twój wspaniały narzeczony naprawił autko, nie brudząc się przy tym.-mówił dumnie Reus.
-Na waszym miejscu nie wchodziłaby już niego.-odparłam, a wszyscy oprócz Marco wybuchnęli śmiechem.
-Proszę, proszę. Śmiejecie się, a zobaczymy do kogo będziecie dzwonić jak samochód nie będzie chciał odpalić.-odgryzł się.
-Dobra panie mechanik, jedziemy, bo zaraz twoi rodzice będę dzwonić po nas.-mówiłam wstając z kanapy i pchając lekko piłkarza.
Zdążyłam się jednak pożegnać z Lewandowskimi i umówiłam jeszcze z Anią, że przyjdę jutro do niej i pogotujemy coś razem. Następnie wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu rodzinnego Marco. Do domu, który znajduje się trochę na obrzeżach miasta, trzeba trochę jechać. Jednak jest to wręcz idealne miejsce do mieszkania dla rodzin z dziećmi. Jest tu spokojnie, cicho, a do miasta mimo wszystko nie jest jakoś daleko. Ja, jako osoba, która całe życie spędziła w mieście trudno byłoby przenieść się do takiego miejsca, ale jeżeli miałabym szansę, to czemu nie. W szczególności, jeżeli byłby ze mną Marco.
Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem ucieszyłam się, bo mogłam wyprostować trochę nogi, dlatego że zdrętwiały mi lekko. Reus oczywiście musiał wykorzystać moment i pośmiać się lekko ze mnie. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że nawet nie mogę być na niego zła, bo zaraz popatrzy na mnie tymi swoimi oczami, że czasami nogi się pode mną uginają. Tak było i tym razem.
Na szczęście na tarasie ukazała się mama Marco, która zaraz zganiła go za swoje zachowanie. Tym razem to ja miałam okazję pośmiać się z blondyna, który biedny stał tak i słuchał swojej mamy.
Weszliśmy po chwili do domu i od razu dało się wyczuć zapach domowego jedzenia. Piłkarz od zawsze mi powtarzał, że jego mama gotuje świetnie. W sumie miałam okazje posmakować jej dań i musiałam się z nim definitywnie zgodzić, bo danie, które miałam przyjemność zjeść, było fantastyczne.
Jak się rozebraliśmy z kurtek od razu zostaliśmy poproszeni do salonu, gdzie byli już wszyscy, czyli rodzice oraz siostry Marco i naturalnie mały Nico. Chłopiec od raz podbiegł do swojego ukochanego wujka i to właśnie z nim planował spędzić całe dzisiejsze popołudnie. Jednak oboje wiedzieliśmy, że czeka nas teraz mała rozmowa z rodziną na temat zaręczyn, bo mój narzeczony zdążył się już tym pochwalić. O dziwno, nie byłam jakoś szczególnie zestresowania oraz nie obawiałam się reakcji rodziny. Może dlatego, że zdążyłam się już na nich poznać. Polubili mnie i chyba nie ma obaw do tego, że nie zaakceptują naszego działania i... tak było. Nie było niespodzianek w postaci porad, tłumaczeń, że jest to poważna decyzja, ale i też były gratulacje wraz z ojcowskimi poradami. Tata Marco jest niezwykle mądrym człowiekiem i jego słowa, które do nas kierował były fantastyczne. Mówił to wszystko z taką miłością i oddaniem, że momentami wzruszyłam się.
Kiedy chłopaki zostali w salonie, a ja wraz z Melanie i Yvonne oraz mamą blondyna poszłam do kuchni nakryć już do stołu, kobiety zagadały do mnie.
-Jesteś szczęśliwa, prawda?-zapytała najstarsza i chyba najbardziej doświadczona siostra.
-Jestem i to bardzo.-odpowiedziałam z uśmiechem.
-Pamiętam swoje oświadczyny.-westchnęła.-Były niezwykłe. Bastian zaprosił mnie do wspaniałej restauracji. Jak zjedliśmy to uklęknął przede mną i wyjął piękny pierścionek. Orkiestra przestała grać, a wszyscy goście patrzeli się na nas. Potem poprosił mnie o rękę, a ja bez wahania odpowiedziałam pozytywnie. Wszyscy zaczęli klaskać i bić brawo, a od kierownika dostaliśmy szampana.-Yvonne opowiadała to wszystko z wielką pasją i miłością. Mówiąc to miała w oczach taki błysk. Niektórzy mogą pomyśleć, że ja nie będę mogła tak wspominać swoich swoich zaręczyn, ale przecież w miłości nie chodzi "jak", ale "czy". Nie to jak mocno kochamy, ale czy w ogóle to robimy. Nie ważne jak się oświadczymy, ale czy to zrobimy z miłości. Nie zależy mi na tym by moje życie przez cały czas wyglądało jak jednak wielka bajka i bym była traktowana jak księżniczka, bo mi to niepotrzebne. Przy blondynie ja się już czuję jak księżniczka i to bez znaczenia, czy daje mi bukiet pięknych kwiatów, drogie prezentu, czy po prosty mnie przytuli i da całusa w policzek.
Po około 20 minutach wszyscy zasiedliśmy do wielkiego stołu i zaczęliśmy się zajadać pysznym jedzeniem. Tak, bez wątpienia pani Reus gotuje świetnie. Wszyscy zajadaliśmy ze smakiem przygotowane danie, czyli kurczak z ryżem i warzywami. Wszystko zostało świetnie doprawione i przygotowane, że aż szkoda było zjadać.
-Wujku Marco!-nagle każdy usłyszał wołanie najmłodszego.
-Słucham?-popatrzał na niego i uśmiechnął się piłkarz.
-Czyli to znaczy, że za niedługo ty i Wiki bedziecie brali ślup?-zapytał, a ja ciągle się zastanawiałam, czy dzieci naprawdę są takie mądre, czy Nico jest po prostu takim wyjątkiem. Chłopczyk bardzo szybko łączy wszystkie fakty podczas słuchania dorosłych.
-No, wiesz. Chyba tak, ale to jeszcze nie teraz.-odpowiedział mu wujek i mrugnął przy okazji do niego.
-Ale to wtedy ja zamawiam pielwszyy taniec z Wiki!-krzyknął uradowany,a reszta śmiała się głośno.
-Co powiesz może jednak na drugi?-Reus nakręcał małego coraz bardziej.-A to ja zamówię pierwszy?
-Nie!-zaprzeczył szybko.-Ja ma pielwszy i koniec!-pokręcił głową z niezadowolenia.
-Dobrze, że ja mam coś do powiedzenia.-odezwałam się w końcu i udawałam niezadowoloną.
-Witaj w naszym świecie.-dopowiedziała mama Marco, a my ponownie w dobrych nastrojach powróciliśmy do spożywania posiłku. Jedząc poczułam jak wibruje mój telefon. Przeprosiłam towarzystwo i wyszłam z jadani. Dopiero teraz zauważyłam, że dzwoni do mnie Lewy. Pomyślałam, że musiałam coś zostawić u nich w domu. To była moja pierwsza myśl i jedyna...
-Co się stało Robciu?-odezwałam się oczywiście po Polsku, więc reszta mnie nie rozumiała, ale nawet nie próbowała podsłuchiwać, tylko zajmowali się sobą nawzajem i chyba nawet śmiali się z kolejnych tekstów Nico.
-Wiktoria...-usłyszałam nagle drżący głos przyjaciela. Przeraziłam się wtedy nie na żarty.
-Robert... się dzieje?-zapytałam jeszcze spokojnie, ale czułam, że moje serce zaczyna szybciej bić.
-Bo... ja... nie wiem... było wszystko okej, ale... ja nie wiem... co mam zrobić...-napastnik nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa, a zdania układał chaotycznie. Wiedziałam, że coś się stało i ma to coś wspólnego z Anią.
Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem ucieszyłam się, bo mogłam wyprostować trochę nogi, dlatego że zdrętwiały mi lekko. Reus oczywiście musiał wykorzystać moment i pośmiać się lekko ze mnie. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że nawet nie mogę być na niego zła, bo zaraz popatrzy na mnie tymi swoimi oczami, że czasami nogi się pode mną uginają. Tak było i tym razem.
Na szczęście na tarasie ukazała się mama Marco, która zaraz zganiła go za swoje zachowanie. Tym razem to ja miałam okazję pośmiać się z blondyna, który biedny stał tak i słuchał swojej mamy.
Weszliśmy po chwili do domu i od razu dało się wyczuć zapach domowego jedzenia. Piłkarz od zawsze mi powtarzał, że jego mama gotuje świetnie. W sumie miałam okazje posmakować jej dań i musiałam się z nim definitywnie zgodzić, bo danie, które miałam przyjemność zjeść, było fantastyczne.
Jak się rozebraliśmy z kurtek od razu zostaliśmy poproszeni do salonu, gdzie byli już wszyscy, czyli rodzice oraz siostry Marco i naturalnie mały Nico. Chłopiec od raz podbiegł do swojego ukochanego wujka i to właśnie z nim planował spędzić całe dzisiejsze popołudnie. Jednak oboje wiedzieliśmy, że czeka nas teraz mała rozmowa z rodziną na temat zaręczyn, bo mój narzeczony zdążył się już tym pochwalić. O dziwno, nie byłam jakoś szczególnie zestresowania oraz nie obawiałam się reakcji rodziny. Może dlatego, że zdążyłam się już na nich poznać. Polubili mnie i chyba nie ma obaw do tego, że nie zaakceptują naszego działania i... tak było. Nie było niespodzianek w postaci porad, tłumaczeń, że jest to poważna decyzja, ale i też były gratulacje wraz z ojcowskimi poradami. Tata Marco jest niezwykle mądrym człowiekiem i jego słowa, które do nas kierował były fantastyczne. Mówił to wszystko z taką miłością i oddaniem, że momentami wzruszyłam się.
Kiedy chłopaki zostali w salonie, a ja wraz z Melanie i Yvonne oraz mamą blondyna poszłam do kuchni nakryć już do stołu, kobiety zagadały do mnie.
-Jesteś szczęśliwa, prawda?-zapytała najstarsza i chyba najbardziej doświadczona siostra.
-Jestem i to bardzo.-odpowiedziałam z uśmiechem.
-Pamiętam swoje oświadczyny.-westchnęła.-Były niezwykłe. Bastian zaprosił mnie do wspaniałej restauracji. Jak zjedliśmy to uklęknął przede mną i wyjął piękny pierścionek. Orkiestra przestała grać, a wszyscy goście patrzeli się na nas. Potem poprosił mnie o rękę, a ja bez wahania odpowiedziałam pozytywnie. Wszyscy zaczęli klaskać i bić brawo, a od kierownika dostaliśmy szampana.-Yvonne opowiadała to wszystko z wielką pasją i miłością. Mówiąc to miała w oczach taki błysk. Niektórzy mogą pomyśleć, że ja nie będę mogła tak wspominać swoich swoich zaręczyn, ale przecież w miłości nie chodzi "jak", ale "czy". Nie to jak mocno kochamy, ale czy w ogóle to robimy. Nie ważne jak się oświadczymy, ale czy to zrobimy z miłości. Nie zależy mi na tym by moje życie przez cały czas wyglądało jak jednak wielka bajka i bym była traktowana jak księżniczka, bo mi to niepotrzebne. Przy blondynie ja się już czuję jak księżniczka i to bez znaczenia, czy daje mi bukiet pięknych kwiatów, drogie prezentu, czy po prosty mnie przytuli i da całusa w policzek.
Po około 20 minutach wszyscy zasiedliśmy do wielkiego stołu i zaczęliśmy się zajadać pysznym jedzeniem. Tak, bez wątpienia pani Reus gotuje świetnie. Wszyscy zajadaliśmy ze smakiem przygotowane danie, czyli kurczak z ryżem i warzywami. Wszystko zostało świetnie doprawione i przygotowane, że aż szkoda było zjadać.
-Wujku Marco!-nagle każdy usłyszał wołanie najmłodszego.
-Słucham?-popatrzał na niego i uśmiechnął się piłkarz.
-Czyli to znaczy, że za niedługo ty i Wiki bedziecie brali ślup?-zapytał, a ja ciągle się zastanawiałam, czy dzieci naprawdę są takie mądre, czy Nico jest po prostu takim wyjątkiem. Chłopczyk bardzo szybko łączy wszystkie fakty podczas słuchania dorosłych.
-No, wiesz. Chyba tak, ale to jeszcze nie teraz.-odpowiedział mu wujek i mrugnął przy okazji do niego.
-Ale to wtedy ja zamawiam pielwszyy taniec z Wiki!-krzyknął uradowany,a reszta śmiała się głośno.
-Co powiesz może jednak na drugi?-Reus nakręcał małego coraz bardziej.-A to ja zamówię pierwszy?
-Nie!-zaprzeczył szybko.-Ja ma pielwszy i koniec!-pokręcił głową z niezadowolenia.
-Dobrze, że ja mam coś do powiedzenia.-odezwałam się w końcu i udawałam niezadowoloną.
-Witaj w naszym świecie.-dopowiedziała mama Marco, a my ponownie w dobrych nastrojach powróciliśmy do spożywania posiłku. Jedząc poczułam jak wibruje mój telefon. Przeprosiłam towarzystwo i wyszłam z jadani. Dopiero teraz zauważyłam, że dzwoni do mnie Lewy. Pomyślałam, że musiałam coś zostawić u nich w domu. To była moja pierwsza myśl i jedyna...
-Co się stało Robciu?-odezwałam się oczywiście po Polsku, więc reszta mnie nie rozumiała, ale nawet nie próbowała podsłuchiwać, tylko zajmowali się sobą nawzajem i chyba nawet śmiali się z kolejnych tekstów Nico.
-Wiktoria...-usłyszałam nagle drżący głos przyjaciela. Przeraziłam się wtedy nie na żarty.
-Robert... się dzieje?-zapytałam jeszcze spokojnie, ale czułam, że moje serce zaczyna szybciej bić.
-Bo... ja... nie wiem... było wszystko okej, ale... ja nie wiem... co mam zrobić...-napastnik nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa, a zdania układał chaotycznie. Wiedziałam, że coś się stało i ma to coś wspólnego z Anią.
-Robert, uspokój się i powiedź powoli co się dzieje!-powiedziałam głośnie. Reszta domowników tym razem mnie usłyszała i wszystkie oczy zostały zwrócone na mnie.
-Ania... ona... zemdlała... karetka zabrała ją do szpitala i właśnie za nimi jadę...-mówił i po prostu wybuchł płaczem. Jak to usłyszałam z przerażenia zakryłam dłonią usta. Moje oczy powoli robiły się wilgotne, a ręce zaczęły się trząść. Serce dostało natomiast jakiegoś nagłego ataku i zaczęło mi kołatać jak oszalałe.
-Robert, nie denerwuj się.-wypowiedziałam z trudem. Ja uspokajam go, a kto się mną zajmie?-Powiedź jaki to szpital, a my z Marco już jedziemy.-oznajmiłam.
-Ten główny w centrum.
-Czekaj na nas. Już jedziemy.-odpowiedziałam szybko i rozłączyłam się nie czekając nawet na odpowiedź ze strony męża Ani. Stałam tak chwilę i patrzałam jak głupia na telefon. Nawet nie wiem kiedy, ale obok mnie pojawił się Reus. Mówił coś do mnie, ale nie dochodziły do mnie żadne bodźce. Byłam jak jakąś rośliną. Nic. Kompletnie nic. Pustka. Kiedy jednak mężczyzna zaczął mną lekko potrząsać obudziłam się jakby ze snu. Popatrzałam wtedy pierwszy raz na niego i po prostu wybuchłam płaczem. Bez niczego szybko mnie przytulił do siebie i uspokajał, bo byłam w okropnym stanie.
-Co się stało Wiki?-dołączyła do niego reszta.
-Ania... ona... jest w szpitalu...Boję się o nią.... Proszę, jedźmy tam...-mówiłam przez łzy. Marco popatrzał na mnie zszokowany tymi słowami. Do niego chyba też nie dochodziło, że coś mogło się stać z naszą wspólną przyjaciółką. To co działo się dalej, było jak w jakimś filmie dramatycznym. Szybko ubraliśmy się, przepraszając przy okazji rodziców za te wyjście, ale bez żadnych pretensji zrozumiali nas. Wyszliśmy szybko z domu i pognaliśmy do samochodu. Przez całą drogę z moich oczu płynęły łzy, których nie potrafiłam opanować. Martwiłam się o przyjaciółkę. Bałam się, bo przecież wszystko powinno być w porządku. Przecież jeszcze dzisiaj z nią rozmawiałam i umawiałam się na jutrzejsze spotkanie! Byłam okropnie przerażona powagą sytuacji. Moje ręce trzęsły się jakby były wystawione na niesamowicie duży mróz. W głowie miałam tylko jedną myśl - z Anią będzie wszystko dobrze. Musi. Spojrzałam przelotem na kierowce. Dłonie Marco również drgały. Oparłam głowę o rękę i czekałam, aż w końcu pojawimy się w szpitalu i dowiemy, co się dzieje z Polką. Niestety znaleźliśmy się na światłach i piłkarz musiał się zatrzymać pojazd oraz poczekać na zielony kolor. W tym samym czasie poczułam jak odwraca się do mnie i gładzi moje udo.
-Wiki...-szepnął do mnie, a ja odwróciłam się do niego. W jego oczach również widziałam ból i przerażenie tą całą sytuacją.-Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. To na pewno nic poważnego. To zwykłe zasłabnięcie. Uwierz mi, że to jest normalne w jej sytuacji. Uspokój się kochanie i oddychaj powoli, bo nie chcę jeszcze ciebie odstawić do ratowników.-mówił, a na koniec mnie przytulił. Postanowiłam posłuchać jego rady i opanować się na chwilę. Spróbowałam oddychać spokojnie i dokładnie łapać powietrze. Nie powiem, jego słowa mi pomogły, bo trochę się uspokoiłam, ale dalej układałam w głowie sobie jakieś czarne scenariusze. W końcu światło zmieniło się na zielone i z piskiem opon ruszyliśmy dalej. Po kolejnych 10 minutach znaleźliśmy się pod szpitalem. Zaparkowaliśmy na pierwszym lepszym wolnym miejscu i wysiadłam szybko z auta, nie czekając nawet na Marco. Szłam szybkim krokiem, ale jako, że nie równam się z kondycją piłkarza, chłopak był po chwili już obok mnie. Idąc równo weszliśmy do budynku i skierowaliśmy się do recepcji. Nie zważałam na to, czy obowiązuje tam kolejka, czy nie. Ważne było dla mnie, by jak najszybciej znaleźć się obok Ani.
-Niedawno przywieźliście tu moją przyjaciółkę! Gdzie ją zabraliście!? Co z nią?-zadawałam mnóstwo pytań. Zachowywałam się jak rozhisteryzowana wariatka. Za mną pojawił się szybko Marco, który zaczął mnie ponownie uspokajać. Większość go szybko rozpoznała, a szczególnie pani, co stoi na recepcji.
-Przykro mi, ale musicie poczekać. Są tu też inni.-odpowiedziała spokojnie blondynka oraz wskazała wzrokiem kilka osób, którzy stali w kolejce.
-Ale pani nie rozumie, że ja się o nią martwię!-krzyknęłam głośno. Marco w pewny momencie złapał mnie za ramiona, bym przez przypadek nie rozniosła tego miejsca.
-Tu każdy się martwi o swoich bliskich. -odparła. Gdy już chciałam jej coś odpowiedzieć, odezwała się nagle ta sama starsza kobieta, której się wepchałam.
-Ania... ona... zemdlała... karetka zabrała ją do szpitala i właśnie za nimi jadę...-mówił i po prostu wybuchł płaczem. Jak to usłyszałam z przerażenia zakryłam dłonią usta. Moje oczy powoli robiły się wilgotne, a ręce zaczęły się trząść. Serce dostało natomiast jakiegoś nagłego ataku i zaczęło mi kołatać jak oszalałe.
-Robert, nie denerwuj się.-wypowiedziałam z trudem. Ja uspokajam go, a kto się mną zajmie?-Powiedź jaki to szpital, a my z Marco już jedziemy.-oznajmiłam.
-Ten główny w centrum.
-Czekaj na nas. Już jedziemy.-odpowiedziałam szybko i rozłączyłam się nie czekając nawet na odpowiedź ze strony męża Ani. Stałam tak chwilę i patrzałam jak głupia na telefon. Nawet nie wiem kiedy, ale obok mnie pojawił się Reus. Mówił coś do mnie, ale nie dochodziły do mnie żadne bodźce. Byłam jak jakąś rośliną. Nic. Kompletnie nic. Pustka. Kiedy jednak mężczyzna zaczął mną lekko potrząsać obudziłam się jakby ze snu. Popatrzałam wtedy pierwszy raz na niego i po prostu wybuchłam płaczem. Bez niczego szybko mnie przytulił do siebie i uspokajał, bo byłam w okropnym stanie.
-Co się stało Wiki?-dołączyła do niego reszta.
-Ania... ona... jest w szpitalu...Boję się o nią.... Proszę, jedźmy tam...-mówiłam przez łzy. Marco popatrzał na mnie zszokowany tymi słowami. Do niego chyba też nie dochodziło, że coś mogło się stać z naszą wspólną przyjaciółką. To co działo się dalej, było jak w jakimś filmie dramatycznym. Szybko ubraliśmy się, przepraszając przy okazji rodziców za te wyjście, ale bez żadnych pretensji zrozumiali nas. Wyszliśmy szybko z domu i pognaliśmy do samochodu. Przez całą drogę z moich oczu płynęły łzy, których nie potrafiłam opanować. Martwiłam się o przyjaciółkę. Bałam się, bo przecież wszystko powinno być w porządku. Przecież jeszcze dzisiaj z nią rozmawiałam i umawiałam się na jutrzejsze spotkanie! Byłam okropnie przerażona powagą sytuacji. Moje ręce trzęsły się jakby były wystawione na niesamowicie duży mróz. W głowie miałam tylko jedną myśl - z Anią będzie wszystko dobrze. Musi. Spojrzałam przelotem na kierowce. Dłonie Marco również drgały. Oparłam głowę o rękę i czekałam, aż w końcu pojawimy się w szpitalu i dowiemy, co się dzieje z Polką. Niestety znaleźliśmy się na światłach i piłkarz musiał się zatrzymać pojazd oraz poczekać na zielony kolor. W tym samym czasie poczułam jak odwraca się do mnie i gładzi moje udo.
-Wiki...-szepnął do mnie, a ja odwróciłam się do niego. W jego oczach również widziałam ból i przerażenie tą całą sytuacją.-Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. To na pewno nic poważnego. To zwykłe zasłabnięcie. Uwierz mi, że to jest normalne w jej sytuacji. Uspokój się kochanie i oddychaj powoli, bo nie chcę jeszcze ciebie odstawić do ratowników.-mówił, a na koniec mnie przytulił. Postanowiłam posłuchać jego rady i opanować się na chwilę. Spróbowałam oddychać spokojnie i dokładnie łapać powietrze. Nie powiem, jego słowa mi pomogły, bo trochę się uspokoiłam, ale dalej układałam w głowie sobie jakieś czarne scenariusze. W końcu światło zmieniło się na zielone i z piskiem opon ruszyliśmy dalej. Po kolejnych 10 minutach znaleźliśmy się pod szpitalem. Zaparkowaliśmy na pierwszym lepszym wolnym miejscu i wysiadłam szybko z auta, nie czekając nawet na Marco. Szłam szybkim krokiem, ale jako, że nie równam się z kondycją piłkarza, chłopak był po chwili już obok mnie. Idąc równo weszliśmy do budynku i skierowaliśmy się do recepcji. Nie zważałam na to, czy obowiązuje tam kolejka, czy nie. Ważne było dla mnie, by jak najszybciej znaleźć się obok Ani.
-Niedawno przywieźliście tu moją przyjaciółkę! Gdzie ją zabraliście!? Co z nią?-zadawałam mnóstwo pytań. Zachowywałam się jak rozhisteryzowana wariatka. Za mną pojawił się szybko Marco, który zaczął mnie ponownie uspokajać. Większość go szybko rozpoznała, a szczególnie pani, co stoi na recepcji.
-Przykro mi, ale musicie poczekać. Są tu też inni.-odpowiedziała spokojnie blondynka oraz wskazała wzrokiem kilka osób, którzy stali w kolejce.
-Ale pani nie rozumie, że ja się o nią martwię!-krzyknęłam głośno. Marco w pewny momencie złapał mnie za ramiona, bym przez przypadek nie rozniosła tego miejsca.
-Tu każdy się martwi o swoich bliskich. -odparła. Gdy już chciałam jej coś odpowiedzieć, odezwała się nagle ta sama starsza kobieta, której się wepchałam.
-Niech pani jej pomoże. My poczekamy.-powiedziała i jednocześnie pogładziła mnie swoją dłonią po ramieniu. Zrobiło mi się bardzo miło na sercu i jakbym się lekko uspokoiła, dzięki jej dotykowi.
-Pacjentkę zawieźli na onkologię. Czwarte piętro.-oznajmiła, a nasza dwójka szybko ruszyła do windy, dziękując przy okazji. Po chwili byliśmy już na czwartym piętrze. W oddali zauważyliśmy Roberta, który cały czas chodził w kółko. Był zdenerwowany i zrozpaczony. Nic nie wiedział o jej stanie. Możliwe, że czekał na jakąś wiadomość, wieść, sygnał o tym, że z jego żoną jest wszystko dobrze. Chyba każdy w tamtym momencie o tym marzył.
-Robert!-krzyknęłam i podbiegłam do niego i szybko go przytuliłam, a ten od razu wpadł w jeszcze większą histerię i zaczął płakać. Ogromnie mi było go żal. Przecież jak ja to przeżywam, a co dopiero on? Ania jest dla niego wszystkim i jak ją starci, to przecież będzie koniec.
-Dzię...dziękuję, że przyszliście.-wypowiedział trudem jak się już trochę uspokoił. Popatrzał na nas po raz pierwszy i mogliśmy dostrzec w jego oczach wielki ból. Miał je czerwone i podkrążone. Nie chcę sobie nawet wyobrażać przez co teraz przechodzi.
-Daj spokój. W życiu byśmy cię nie zostawili.-dodał Marco i wtedy obaj panowie przytulili się. Jak patrzałam na te obrazki serce normalnie mi się krajała. Cierpienie ludzkie i jego widok jest doświadczeniem nie do opisania.
-Jak to się w ogóle stało?-zapytałam w końcu. Robert odsapnął na chwilę i głośno westchnął, bo musiał się uspokoić. Zbierał w głowie wszystkie myśli, może uszeregował sobie przebieg wydarzeń.
-Jak pojechaliście od nas to było jeszcze wszystko okej. Zjedliśmy obiad, porozmawialiśmy...-wymieniał i nagle schował twarz w dłoniach.-Potem... potem zadzwonił telefon. To był Mario. Pogadaliśmy chwilę, pośmialiśmy się i umówiliśmy, że podjadę po niego na wieczorny trening. Powiedział też... powiedział, że już mają imię dla dziecka. Wybrali razem. Diana. Chcą ją nazwać Diana.-Lewy z ogromnymi problemami próbował powstrzymać się od płaczu, ale widać też było, że nie ma na to najzwyczajniej siły. Był zmęczony. Zmęczony zmartwieniami. Sama wieść o chorobie była dla niego ciosem, a jeżeli teraz miałby przez raka stracić ukochaną, to załamałby się.-Potem usłyszałem dźwięk jakby ktoś upadł. Przeprosiłem Mario i zszedłem na dół i zobaczyłem ją....Leżała nieprzytomna, a ja nie mogłem nic zrobić, tylko zadzwonić na karetkę.-gdy mężczyzna opowiedział całą historię, nie wytrzymałam i ponownie się rozpłakałam. Dobrze, że mam przy sobie cały czas Marco, bo gdyby nie on nie pozbierałabym się. Blondyn szybko przytulił do siebie i mocno ścisnął oraz pocałował jeszcze w czoło. Mówił do mnie przez cały czas, ale ja jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam.
-Lewy, zaopiekujcie się sobą, a ja zadzwonię do Gotze.-usłyszałam głos swojego narzeczonego. Wypuścił mnie powoli z objęć i odszedł kawałek dalej, a ja usiadłam na krzesełku. Oglądałam swoje ręce i obserwowałam jak się trzęsą. Wydawało mi się to bardzo ciekawym zajęciem, bo w sumie na tę porę i tak nie miałam co innego robić.
Kilka minut później wrócił Marco. Powiedział, że Mario i Ann już jadą i powinni za chwilę być. Potem dosiadł się do mnie i nasza trójka siedziała tak w ciszy nic nie mówiąc. To było okropne. Cisza w dzisiejszych czasach jest okropna. Nigdy specjalnie mi nie przeszkadzała, ale teraz czułam się okropnie. Wolałabym by ludzie zaczęli tu krążyć jak mrówki, dzieci krzyczeć i szaleć. Teraz, przy ciszy jesteśmy praktycznie skazani na samych siebie i na swoje myśli. A moje myśli na ten moment błagały tylko by Ania wyzdrowiała. Nie jestem wierząca, ale w myślałam błagałam każdego Boga w jakiego ludzie nie wierzą, by z moją przyjaciółką nic nie było. Wydaję się to bardzo głupie, ale co inne mi pozostało? Co mogłam zrobić? Iść tam i pomóc lekarzom? To jedyne wyjście i kto wie... może coś da?
Nagle usłyszałam ten charakterystyczny dźwięk dla windy. Właśnie się otworzyła i wyszli z niej nasi przyjaciele. W korytarzu było słychać dodatkowo już tupot butów Ann - Kathrin. Dziewczyna od razu podeszła do Polaka i mocno go przytuliła. Spojrzałam na Mario i widziałam ten sam ból, co u wszystkich. Tak się złożyło, że chłopak popatrzał też na mnie. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, a przyjaciel był już obok mnie i pocieszał. Każdy doskonale wie, że Lewandowska jest dla mnie bardzo bliska i nie wyobrażam sobie tego, że mogłoby jej zabraknąć. Potem partnerzy się zamienili i to blondynka mnie ściskała. Powtarzała ciągle, że będzie dobrze, a ja przez łzy odpowiadałam jej, że to wiem, ale czy tak jest naprawdę? Czy może to tylko taka zmyłka dla samej siebie?
Mijały kolejne minuty, a my dalej nie wiedzieliśmy nic. Postanowiłam wstać jednak, bo siedząc denerwuje się jeszcze bardziej, a może uda mi się choć trochę rozchodzić nerwy. Nagle z sali wybiegła pielęgniarka. Wszyscy się wyprostowali, a Robert, który podobnie do mnie stał, podszedł do niej i wypytywał się.
-Co z moją żoną?-pytał, ale kobieta zbyła go i udała się nie wiadomo gdzie. Rozumiem, że nie może nam powiedzieć, ale niech postawi się na naszym miejscu i zrozumie, że my tu przeżywamy i bardzo się martwimy. Ponownie czekaliśmy chyba w nieskończoność. Ta pielęgniarka już się nie pojawiła. Wyciągnęłam telefon i zobaczyłam godzinę 16 i w tym samym czasie wielkie drzwi się otworzyły i wyszedł z nich mężczyzna w średnim wieku, w okularach na nosie. Wtedy bez wyjątku każdy wstał, a Lewandowski podszedł bliżej.
-Co z nią? Proszę mi powiedzieć?-gorączkował się.
-Panie Robercie, może porozmawiamy w gabinecie?-odpowiedział spokojnie. Za spokojnie...
-Nie!-zaprzeczył szybko.-To są moi przyjaciele i oni też chcą wiedzieć, co z Anną. Martwimy się wszyscy.-dopowiedział.
-Dobrze...-westchnął.
-Proszę, niech pan powie, że wszystko będzie dobrze. Że Ania będzie cała i zdrowa.-mówiłam do niego z kolejnymi łzami w oczach, które na szczęście jeszcze nie uciekły mi. Lekarz zamilkł i spuścił głowę. Zdjął z nosa powoli okulary i popatrzał pierw na mnie, a potem na męża mojej przyjaciółki.
-Bardzo chciałby to powiedzieć, ale nie mogę.-odpowiedział po krótkiej przerwie.-Stan pańskiej żony jest krytyczny i... bardzo trudno mi jest to mówić, ale pacjenta może nie przeżyć tej nocy.-dodał, a ja zamarłam.
"... nie przeżyć tej nocy.","... nie przeżyć tej nocy.", "... nie przeżyć nocy."... W mojej głowie rozchodziło się to echo przez kilka dobrych chwil. Myślałam, że to żart, ale... nie.
-Zajmuję się Panią Anią od początku choroby. Nie ukrywaliśmy i ona również tego nie chciała. Miała świadomość, że jej choroba jest za ciężka i nie będziemy mogli jej wyleczyć. Choroba okazała się zbyt silna dla jej organizmu. Stąd to zasłabnięcie.
-Ale... ona mi... nam mówiła, że jest w porządku, że mówicie, że wyzdrowieje...-Robert chciał ratować sytuacje. Może to jakaś pomyłka, może się mylicie. Może to nie chodzi o naszą Anię.
-Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale pańska żona wiedziała o swoim stanie już w połowie października. Bardzo współczuję, że dowiadujecie się tego ode mnie.
-A pański syn... na początku też mówił, że jest szansa!
-Owszem, ale na początku nie mieliśmy dokładnej świadomości. Teraz wykonaliśmy już wszystkie szczegółowe badania... Przykro mi, ale nie możemy już nic zrobić.-w tamtym momencie o mały włos, a osunęłabym się na ziemię. Jednak Marco był w pogotowiu i szybko mnie złapał. Obije przykucnęliśmy na ziemi i zostaliśmy w takiej pozycji. Marco mnie obejmowałam, a ja obserwowałam. Ann zaczęła płakać. Była zrozpaczona. Nie mogła zachować spokoju i wtuliła się w tors Mario. Nie widziałam jej w takim stanie. Nigdy. Wraz z Mario przytulali się nawzajem. Pocieszali, ale... czy to coś da? Natomiast Robert poszedł z tym samym lekarzem do sali... zobaczyć Anię. Pożegnać się z nią, póki jeszcze żyje. Za chwilę może już jej nie być. Nie zdążyłam zobaczyć jego twarzy, ale może to i lepiej. Nie widząc twarzy, nie widziałam cierpienia.
A co ze mną? Nic. Nic do mnie nie dochodziło. Najdziwniejsze był to, że nie płakałam. Miałam kamienną twarz, która nie wyrażała uczuć. Słyszałam jak Marco co jakiś czas zapłakuje. Czułam jego łzy na mojej szyi. Czułam jego przyśpieszony oddech. jego serce, które biło. Czułam każdy jego mięsień, który się spinał. Jednak nie czułam tego, że Ania umiera. Nie potrafiłam. Tłumaczyłam sobie, że to jakiś żart, że nic się nie stało, a za jakiś czas Lewandowska stanie obok mnie i powie jedno z tych swoich mądrych powiedzeń. To wszystko jest moją wymyśloną rzeczywistością, albo jednym z tych bardzo realistycznych snów. Jednak ten był chyba zbyt realistyczny...
Nie ma pojęcia ile minęło sekund, minut... Po prostu zauważyłam Lewego, który wyszedł zapłakany z sali. Jego twarz była mokra. Dosłownie. Wyglądało to jakby ktoś wylał mu wiadro wody na buzię. Po tym po prostu zsunął się po ścianie i zaczął głośno płakać. Spojrzałam na pielęgniarkę. Ona również i kiwnęła lekko głowa. Nie musiałam pyta drugi raz. Dokładnie zrozumiałyśmy się. Wyswobodziłam się z uścisku mojego ukochanego i sama poszłam do niej. Poszłam, by ostatni raz zobaczyć ją.
Zanim jednak wpuszczono mnie do sali, musiałam założyć zielony fartuch. Inaczej bym nie weszła. Potem szłam automatycznie za kobietą. To była chyba najdłuższa i najcięższa droga w moim życiu. Czułam się jakbym szła na odstrzał. Kobieta pierwsza zatrzymała się przed salą, a ja zaraz po niej. Cicho powiedziała, że mogę zostać tylko chwilę. Powoli przekroczyłam, więc próg pokoju. Od razu dało się wyczuć ten charakterystyczny zapach dla takich pomieszczeń. Było wiele pikających urządzeń, a jedno z nich było podłączone do niej. Leżała w bez ruchu. Jej twarz nie wyrażała już emocji. Ania była cała blada, zupełnie jak ta pościel na której leży. Wygląda kompletnie inaczej niż ostatni raz ja widziałam. Wyglądała na zupełnie inną osobą. Wyglądała jak nie ona. Jak nie Ania...
Najwolniej jak mogłam usiadłam na krześle przystawionym do jej łóżka. Moje ręce trzęsły się jeszcze mocniej niż poprzednio. Chciałam ją złapać za rękę, ale... bałam się. Bałam się, że jeszcze bardziej ją skrzywdzę. Jednak udało mi się przeboleć i złapałam ją za lodowatą dłoń. Po tym już nie wytrzymałam się rozpłakałam się głośno. Oparłam głowę o jej ręce i spędziłam kilka chwil w takiej pozycji.
-Ania...-wyszeptałam ze łzami.-Błagam... nie rób nam tego...-cały czas nie dowierzałam. to był jak jakiś sen. Sen? Koszmar! Błagałam też bym może pomyliła osoby, by to nie była ona, albo jej jakaś zaginiona bliźniaczka, o której istnieniu nikt nie wiedział. Wszystko tylko nie to, że na tym łóżku leży osoba, którą kocham i za chwilę umrze.
Podniosłam w końcu głowę i przez zamazany obraz, spowodowany łzami, ponownie zobaczyłam ją. Właśnie wtedy chyba do mnie dotarło, że to nie jest jednak żart, Ona naprawdę jest tu. Ona naprawdę umiera, a my... ja nic nie mogę zrobić. Co najgorsze... Na początku poczułam nie rozgoryczenie, nie samotność, a złość. Byłam zła. Zła na Anię. Zła, bo nas okłamała. Mówiła, że jest dobrze i będzie tylko lepiej. Że jej stan się poprawia i z już za dnia powinna wyzdrowieć. Ja głupia wierzyłam. Obiecała mi, że będzie na moim ślubie. Jeszcze dzisiaj mi to obiecała, a doskonale wiedziała, że już jej nie będzie...
-Dlaczego...-wyszeptałam ciągle trzymając ją za zimne dłonie i płacząc.-Dlaczego mnie oszukałaś.... mnie, Roberta... wszystkich... Obiecałaś, że będziesz moim świadkiem... obiecałaś... a teraz... teraz mnie zostawiasz!-krzyknęłam zrozpaczona. Moje załamanie sięgnęło zenitu.-Zostawiasz nas wszystkich! Wszystkich, których kochałaś!-po tych słowach załamałam się i opadłam głową na łóżko. Leżałam przy jej ramionach i płakałam. Płakałam? Wyłam, ryczałam... Przeklinałam wszystkich. Nawet Anię, choć wiem, że nie powinnam.-Przepraszam...-wypowiedziałam ciągle leżąc.-Przepraszam... za te słowa. Ja... po prostu.... ja... nie ma już siły... nie mam siły na to wszystko... zostawiasz nas.... zostawiasz mnie... Dlaczego?-zadawałam pytania, ale wiedziałam, że mi nie odpowie. Potem wpadłam w akt desperacji i zaczęłam najpierw lekko ją potrząsać, a z każdym kolejnym razem coraz mocniej. Mówiłam, błagała. Chciałam by się obudziła. Nie wiem dlaczego. Po prostu w pewnym momencie ponownie obudziły się we mnie nadzieję, ale tylko na chwilę. Gdy moje próby obudzenia jej również nie poskutkowały, zrozumiałam... Zrozumiałam już naprawdę. Zrozumiałam, że to koniec. Koniec jej uśmiechu, z którego uciekały jakby promienie słońca. Koniec jej głosu. Już nigdy nie usłyszę go. Już nigdy nie usłyszę jak mówi moje imię, jakąś radę, albo motywuje mnie do działania. Już nigdy mnie nie przytuli. Nie pocieszy. Nie pomoże. To koniec. -Aniu... ja... chcę na koniec ci podziękować... Powinnam zrobić to na początku, a... ja cię oskarżyłam... wiem, że chciałaś tylko dobrze.... Dziękuję za wszystko. Za to kim jestem... za to, że mnie nigdy nie zostawiłaś w potrzebie... pomagałaś zawsze... Za to, że jestem teraz z Marco... To twoja zasługa, że mam.... że mam...-nie mogłam mówić. Płacz kompletnie mnie zablokował. Dopiero po paru chwilach odzyskałam te zdolności.-... że mam kogoś takiego jak Marco.... Kocham go... i pewnie nie byłabym szczęśliwa z nim.... gdyby nie ty...Dziękuję...-wypowiedziałam szeptem na koniec i właśnie wtedy stało się coś, co zostanie na długo w mojej pamięci. Te urządzenie, do którego jest podłączona zaczęło pikać. Pielęgniarka, która stała na szczęście obok, usłyszała to i szybko wezwała pomoc. W pomieszczeniu pojawiło się mnóstwo osób i zaczęli robić coś przy niej. Możliwe, że chcieli przytrzymać ją jeszcze przy życiu. W jednej chwili zjawił się w pokoju Robert i szybko podbiegł do swojej żony. Złapał ją za rękę i nie puszczał. Widziałam to wszystko, bo mimo tego, że lekarze prosili mnie o opuszczenie sali, nie zrobiłam tego. Byłam do końca. Do końca, aż w końcu zobaczyłam bezradne twarze medyków. I te słowa... słowa, które zostaną w we mnie już na zawsze.
-Czas zgonu: 16.22.-i wybiegłam. Robert został jeszcze, ale ja już nie wytrzymałam. Wyleciałam z sali z tym szlafrokiem i zobaczyłam Mario, Ann i Marco. Spojrzeli na mnie, a ja podobnie jak Robert zsunęłam się po ścianie i zaczęłam płakać. Nie ma już jej i nie będzie. Straciłam właśnie kogoś ważnego w moim życiu. Nie mogłam się z tym pogodzić. To było za wiele...
-Wiki...-usłyszałam zachrypnięty głos mojego ukochanego. Przytulił mnie bez słowa, a ja zaczęłam moczyć jego koszulę. Płakałam i nie widziałam końca. Właśnie straciłam siostrę. Kogoś bez którego nie wyobrażam sobie życia. Dlaczego takie osoby jak Anna umierają? Dlaczego życie jest niesprawiedliwe? Bo tak? Na tym polega życie? Bo tak, a nie inaczej? Bo po prostu tak miało być?
Nie pogodzę się z tym nigdy. Nie potrafię... moje życie za jednym zamachem stało się puste. Już jej nie ma i nie będzie. Bo tak...
Hej... Zapraszam was na rozdział...
Zawsze zastanawiałam się co, po takim rozdziale mam wam napisać...
Wtedy nie wiedziałam i chyba teraz też do końca nie wiem.
Planowałam to odkąd pojawił się rozdział o tym, że jest chora. Od kilku miesięcy miałam to w planach i za każdym razem widziałam to tak samo. Tak jak jest to pokazane w rozdziale wyżej. Zapewne czytając to są osoby, które się wzruszyły, popłakały, ale i są też osoby, które przetrwały to bez problemy. W każdym bądź razie uważałam, że takie zakończenie jest najlepsze... Dlaczego? o Tym zaraz.
Na początku wątek Ani miał wyglądać trochę inaczej, ale może kiedyś pokarzę wam jak wiele się zmieniło od początkowej wersji. Wracając na początku wiedziała, że postać Ani umrze. Potem jednak się rozmyśliłam, bo sądziłam, że jednak za dużo nieszczęść jak na jedno opowiadanie, ale potem ponownie wróciłam do tej początkowej wersji. Czy lepiej? Same sobie odpowiedzcie.
Dlaczego postanowiłam na śmierć? Dlatego, że sama mam w rodzinie osobę, która choruje na nowotwór. Wiem, co to znaczy, że trzeba jeździć na chemię, badania etc. Teraz jest lepiej, ale ciągle mam świadomość tego, że może się stan pogorszyć, choć liczę, że będzie już dobrze.
Tym rozdziałem, a może wątkiem chciałam pokazać, że życie bywa różne i nigdy nie wiesz, co czeka ciebie i twoich bliskich. Może być różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Życzę wam, by było już zawsze lepiej, ale czy tak bywa? Każdy ma problemy. To nieuniknione wątki naszego życia. Musimy mieć świadomość, że one są normalne. Musimy po prostu radzić sobie z nimi, albo jeżeli się nie da... żyć z nimi. Każdy z nas powinien mieć świadomość, że czasem coś się uda, a czasem nie. I to właśnie mi chodziło. Choćby niewiadomo jak było dobrze... nie przestawaj zapominać, że może to wszystko prysnąć.
Postać Ani miała być odzwierciedleniem nadziei. Pomagała naszym bohaterom, wspierała, była dobra, ale coś prysło. Nigdy nie przestawajmy mieć nadzieję, ale czasami trzeba się z czymś pogodzić. Pogodzić z losem, że tak już musi być, bo właśnie takie jest życie - dziwne, czasem daje w kość, czasem pomoże, będzie lepiej, układa nam się, ale i ponownie jest źle. Wtedy już nawet nadzieja, która dawała nam wiarę, zniknęła i jesteśmy zdani na siebie...
Musimy myśleć realistycznie, a ominiemy rozczarować i niepowodzeń. Choć nigdy nie zapominajcie, że mimo to jak życie da Ci w kość, nie przestawajcie dawać z siebie wszystko. Nie poddawajcie się nigdy. Życie i jest może dziwne, ale kiedy mamy bliskich możemy spędzić je lepiej! Pamiętajcie, że wiele zależy od nas samych.
Życzę wam tego, abyście spotkały w swoim życiu jak najwięcej dobrego :)
Dziękuję, a na następny rozdział weźcie lepiej chusteczki. Tak... na wszelki wypadek.
Dziękuję jeszcze raz i do następnego :)
-Pacjentkę zawieźli na onkologię. Czwarte piętro.-oznajmiła, a nasza dwójka szybko ruszyła do windy, dziękując przy okazji. Po chwili byliśmy już na czwartym piętrze. W oddali zauważyliśmy Roberta, który cały czas chodził w kółko. Był zdenerwowany i zrozpaczony. Nic nie wiedział o jej stanie. Możliwe, że czekał na jakąś wiadomość, wieść, sygnał o tym, że z jego żoną jest wszystko dobrze. Chyba każdy w tamtym momencie o tym marzył.
-Robert!-krzyknęłam i podbiegłam do niego i szybko go przytuliłam, a ten od razu wpadł w jeszcze większą histerię i zaczął płakać. Ogromnie mi było go żal. Przecież jak ja to przeżywam, a co dopiero on? Ania jest dla niego wszystkim i jak ją starci, to przecież będzie koniec.
-Dzię...dziękuję, że przyszliście.-wypowiedział trudem jak się już trochę uspokoił. Popatrzał na nas po raz pierwszy i mogliśmy dostrzec w jego oczach wielki ból. Miał je czerwone i podkrążone. Nie chcę sobie nawet wyobrażać przez co teraz przechodzi.
-Daj spokój. W życiu byśmy cię nie zostawili.-dodał Marco i wtedy obaj panowie przytulili się. Jak patrzałam na te obrazki serce normalnie mi się krajała. Cierpienie ludzkie i jego widok jest doświadczeniem nie do opisania.
-Jak to się w ogóle stało?-zapytałam w końcu. Robert odsapnął na chwilę i głośno westchnął, bo musiał się uspokoić. Zbierał w głowie wszystkie myśli, może uszeregował sobie przebieg wydarzeń.
-Jak pojechaliście od nas to było jeszcze wszystko okej. Zjedliśmy obiad, porozmawialiśmy...-wymieniał i nagle schował twarz w dłoniach.-Potem... potem zadzwonił telefon. To był Mario. Pogadaliśmy chwilę, pośmialiśmy się i umówiliśmy, że podjadę po niego na wieczorny trening. Powiedział też... powiedział, że już mają imię dla dziecka. Wybrali razem. Diana. Chcą ją nazwać Diana.-Lewy z ogromnymi problemami próbował powstrzymać się od płaczu, ale widać też było, że nie ma na to najzwyczajniej siły. Był zmęczony. Zmęczony zmartwieniami. Sama wieść o chorobie była dla niego ciosem, a jeżeli teraz miałby przez raka stracić ukochaną, to załamałby się.-Potem usłyszałem dźwięk jakby ktoś upadł. Przeprosiłem Mario i zszedłem na dół i zobaczyłem ją....Leżała nieprzytomna, a ja nie mogłem nic zrobić, tylko zadzwonić na karetkę.-gdy mężczyzna opowiedział całą historię, nie wytrzymałam i ponownie się rozpłakałam. Dobrze, że mam przy sobie cały czas Marco, bo gdyby nie on nie pozbierałabym się. Blondyn szybko przytulił do siebie i mocno ścisnął oraz pocałował jeszcze w czoło. Mówił do mnie przez cały czas, ale ja jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam.
-Lewy, zaopiekujcie się sobą, a ja zadzwonię do Gotze.-usłyszałam głos swojego narzeczonego. Wypuścił mnie powoli z objęć i odszedł kawałek dalej, a ja usiadłam na krzesełku. Oglądałam swoje ręce i obserwowałam jak się trzęsą. Wydawało mi się to bardzo ciekawym zajęciem, bo w sumie na tę porę i tak nie miałam co innego robić.
Kilka minut później wrócił Marco. Powiedział, że Mario i Ann już jadą i powinni za chwilę być. Potem dosiadł się do mnie i nasza trójka siedziała tak w ciszy nic nie mówiąc. To było okropne. Cisza w dzisiejszych czasach jest okropna. Nigdy specjalnie mi nie przeszkadzała, ale teraz czułam się okropnie. Wolałabym by ludzie zaczęli tu krążyć jak mrówki, dzieci krzyczeć i szaleć. Teraz, przy ciszy jesteśmy praktycznie skazani na samych siebie i na swoje myśli. A moje myśli na ten moment błagały tylko by Ania wyzdrowiała. Nie jestem wierząca, ale w myślałam błagałam każdego Boga w jakiego ludzie nie wierzą, by z moją przyjaciółką nic nie było. Wydaję się to bardzo głupie, ale co inne mi pozostało? Co mogłam zrobić? Iść tam i pomóc lekarzom? To jedyne wyjście i kto wie... może coś da?
Nagle usłyszałam ten charakterystyczny dźwięk dla windy. Właśnie się otworzyła i wyszli z niej nasi przyjaciele. W korytarzu było słychać dodatkowo już tupot butów Ann - Kathrin. Dziewczyna od razu podeszła do Polaka i mocno go przytuliła. Spojrzałam na Mario i widziałam ten sam ból, co u wszystkich. Tak się złożyło, że chłopak popatrzał też na mnie. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, a przyjaciel był już obok mnie i pocieszał. Każdy doskonale wie, że Lewandowska jest dla mnie bardzo bliska i nie wyobrażam sobie tego, że mogłoby jej zabraknąć. Potem partnerzy się zamienili i to blondynka mnie ściskała. Powtarzała ciągle, że będzie dobrze, a ja przez łzy odpowiadałam jej, że to wiem, ale czy tak jest naprawdę? Czy może to tylko taka zmyłka dla samej siebie?
Mijały kolejne minuty, a my dalej nie wiedzieliśmy nic. Postanowiłam wstać jednak, bo siedząc denerwuje się jeszcze bardziej, a może uda mi się choć trochę rozchodzić nerwy. Nagle z sali wybiegła pielęgniarka. Wszyscy się wyprostowali, a Robert, który podobnie do mnie stał, podszedł do niej i wypytywał się.
-Co z moją żoną?-pytał, ale kobieta zbyła go i udała się nie wiadomo gdzie. Rozumiem, że nie może nam powiedzieć, ale niech postawi się na naszym miejscu i zrozumie, że my tu przeżywamy i bardzo się martwimy. Ponownie czekaliśmy chyba w nieskończoność. Ta pielęgniarka już się nie pojawiła. Wyciągnęłam telefon i zobaczyłam godzinę 16 i w tym samym czasie wielkie drzwi się otworzyły i wyszedł z nich mężczyzna w średnim wieku, w okularach na nosie. Wtedy bez wyjątku każdy wstał, a Lewandowski podszedł bliżej.
-Co z nią? Proszę mi powiedzieć?-gorączkował się.
-Panie Robercie, może porozmawiamy w gabinecie?-odpowiedział spokojnie. Za spokojnie...
-Nie!-zaprzeczył szybko.-To są moi przyjaciele i oni też chcą wiedzieć, co z Anną. Martwimy się wszyscy.-dopowiedział.
-Dobrze...-westchnął.
-Proszę, niech pan powie, że wszystko będzie dobrze. Że Ania będzie cała i zdrowa.-mówiłam do niego z kolejnymi łzami w oczach, które na szczęście jeszcze nie uciekły mi. Lekarz zamilkł i spuścił głowę. Zdjął z nosa powoli okulary i popatrzał pierw na mnie, a potem na męża mojej przyjaciółki.
-Bardzo chciałby to powiedzieć, ale nie mogę.-odpowiedział po krótkiej przerwie.-Stan pańskiej żony jest krytyczny i... bardzo trudno mi jest to mówić, ale pacjenta może nie przeżyć tej nocy.-dodał, a ja zamarłam.
"... nie przeżyć tej nocy.","... nie przeżyć tej nocy.", "... nie przeżyć nocy."... W mojej głowie rozchodziło się to echo przez kilka dobrych chwil. Myślałam, że to żart, ale... nie.
-Zajmuję się Panią Anią od początku choroby. Nie ukrywaliśmy i ona również tego nie chciała. Miała świadomość, że jej choroba jest za ciężka i nie będziemy mogli jej wyleczyć. Choroba okazała się zbyt silna dla jej organizmu. Stąd to zasłabnięcie.
-Ale... ona mi... nam mówiła, że jest w porządku, że mówicie, że wyzdrowieje...-Robert chciał ratować sytuacje. Może to jakaś pomyłka, może się mylicie. Może to nie chodzi o naszą Anię.
-Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale pańska żona wiedziała o swoim stanie już w połowie października. Bardzo współczuję, że dowiadujecie się tego ode mnie.
-A pański syn... na początku też mówił, że jest szansa!
-Owszem, ale na początku nie mieliśmy dokładnej świadomości. Teraz wykonaliśmy już wszystkie szczegółowe badania... Przykro mi, ale nie możemy już nic zrobić.-w tamtym momencie o mały włos, a osunęłabym się na ziemię. Jednak Marco był w pogotowiu i szybko mnie złapał. Obije przykucnęliśmy na ziemi i zostaliśmy w takiej pozycji. Marco mnie obejmowałam, a ja obserwowałam. Ann zaczęła płakać. Była zrozpaczona. Nie mogła zachować spokoju i wtuliła się w tors Mario. Nie widziałam jej w takim stanie. Nigdy. Wraz z Mario przytulali się nawzajem. Pocieszali, ale... czy to coś da? Natomiast Robert poszedł z tym samym lekarzem do sali... zobaczyć Anię. Pożegnać się z nią, póki jeszcze żyje. Za chwilę może już jej nie być. Nie zdążyłam zobaczyć jego twarzy, ale może to i lepiej. Nie widząc twarzy, nie widziałam cierpienia.
A co ze mną? Nic. Nic do mnie nie dochodziło. Najdziwniejsze był to, że nie płakałam. Miałam kamienną twarz, która nie wyrażała uczuć. Słyszałam jak Marco co jakiś czas zapłakuje. Czułam jego łzy na mojej szyi. Czułam jego przyśpieszony oddech. jego serce, które biło. Czułam każdy jego mięsień, który się spinał. Jednak nie czułam tego, że Ania umiera. Nie potrafiłam. Tłumaczyłam sobie, że to jakiś żart, że nic się nie stało, a za jakiś czas Lewandowska stanie obok mnie i powie jedno z tych swoich mądrych powiedzeń. To wszystko jest moją wymyśloną rzeczywistością, albo jednym z tych bardzo realistycznych snów. Jednak ten był chyba zbyt realistyczny...
Nie ma pojęcia ile minęło sekund, minut... Po prostu zauważyłam Lewego, który wyszedł zapłakany z sali. Jego twarz była mokra. Dosłownie. Wyglądało to jakby ktoś wylał mu wiadro wody na buzię. Po tym po prostu zsunął się po ścianie i zaczął głośno płakać. Spojrzałam na pielęgniarkę. Ona również i kiwnęła lekko głowa. Nie musiałam pyta drugi raz. Dokładnie zrozumiałyśmy się. Wyswobodziłam się z uścisku mojego ukochanego i sama poszłam do niej. Poszłam, by ostatni raz zobaczyć ją.
Zanim jednak wpuszczono mnie do sali, musiałam założyć zielony fartuch. Inaczej bym nie weszła. Potem szłam automatycznie za kobietą. To była chyba najdłuższa i najcięższa droga w moim życiu. Czułam się jakbym szła na odstrzał. Kobieta pierwsza zatrzymała się przed salą, a ja zaraz po niej. Cicho powiedziała, że mogę zostać tylko chwilę. Powoli przekroczyłam, więc próg pokoju. Od razu dało się wyczuć ten charakterystyczny zapach dla takich pomieszczeń. Było wiele pikających urządzeń, a jedno z nich było podłączone do niej. Leżała w bez ruchu. Jej twarz nie wyrażała już emocji. Ania była cała blada, zupełnie jak ta pościel na której leży. Wygląda kompletnie inaczej niż ostatni raz ja widziałam. Wyglądała na zupełnie inną osobą. Wyglądała jak nie ona. Jak nie Ania...
Najwolniej jak mogłam usiadłam na krześle przystawionym do jej łóżka. Moje ręce trzęsły się jeszcze mocniej niż poprzednio. Chciałam ją złapać za rękę, ale... bałam się. Bałam się, że jeszcze bardziej ją skrzywdzę. Jednak udało mi się przeboleć i złapałam ją za lodowatą dłoń. Po tym już nie wytrzymałam się rozpłakałam się głośno. Oparłam głowę o jej ręce i spędziłam kilka chwil w takiej pozycji.
-Ania...-wyszeptałam ze łzami.-Błagam... nie rób nam tego...-cały czas nie dowierzałam. to był jak jakiś sen. Sen? Koszmar! Błagałam też bym może pomyliła osoby, by to nie była ona, albo jej jakaś zaginiona bliźniaczka, o której istnieniu nikt nie wiedział. Wszystko tylko nie to, że na tym łóżku leży osoba, którą kocham i za chwilę umrze.
Podniosłam w końcu głowę i przez zamazany obraz, spowodowany łzami, ponownie zobaczyłam ją. Właśnie wtedy chyba do mnie dotarło, że to nie jest jednak żart, Ona naprawdę jest tu. Ona naprawdę umiera, a my... ja nic nie mogę zrobić. Co najgorsze... Na początku poczułam nie rozgoryczenie, nie samotność, a złość. Byłam zła. Zła na Anię. Zła, bo nas okłamała. Mówiła, że jest dobrze i będzie tylko lepiej. Że jej stan się poprawia i z już za dnia powinna wyzdrowieć. Ja głupia wierzyłam. Obiecała mi, że będzie na moim ślubie. Jeszcze dzisiaj mi to obiecała, a doskonale wiedziała, że już jej nie będzie...
-Dlaczego...-wyszeptałam ciągle trzymając ją za zimne dłonie i płacząc.-Dlaczego mnie oszukałaś.... mnie, Roberta... wszystkich... Obiecałaś, że będziesz moim świadkiem... obiecałaś... a teraz... teraz mnie zostawiasz!-krzyknęłam zrozpaczona. Moje załamanie sięgnęło zenitu.-Zostawiasz nas wszystkich! Wszystkich, których kochałaś!-po tych słowach załamałam się i opadłam głową na łóżko. Leżałam przy jej ramionach i płakałam. Płakałam? Wyłam, ryczałam... Przeklinałam wszystkich. Nawet Anię, choć wiem, że nie powinnam.-Przepraszam...-wypowiedziałam ciągle leżąc.-Przepraszam... za te słowa. Ja... po prostu.... ja... nie ma już siły... nie mam siły na to wszystko... zostawiasz nas.... zostawiasz mnie... Dlaczego?-zadawałam pytania, ale wiedziałam, że mi nie odpowie. Potem wpadłam w akt desperacji i zaczęłam najpierw lekko ją potrząsać, a z każdym kolejnym razem coraz mocniej. Mówiłam, błagała. Chciałam by się obudziła. Nie wiem dlaczego. Po prostu w pewnym momencie ponownie obudziły się we mnie nadzieję, ale tylko na chwilę. Gdy moje próby obudzenia jej również nie poskutkowały, zrozumiałam... Zrozumiałam już naprawdę. Zrozumiałam, że to koniec. Koniec jej uśmiechu, z którego uciekały jakby promienie słońca. Koniec jej głosu. Już nigdy nie usłyszę go. Już nigdy nie usłyszę jak mówi moje imię, jakąś radę, albo motywuje mnie do działania. Już nigdy mnie nie przytuli. Nie pocieszy. Nie pomoże. To koniec. -Aniu... ja... chcę na koniec ci podziękować... Powinnam zrobić to na początku, a... ja cię oskarżyłam... wiem, że chciałaś tylko dobrze.... Dziękuję za wszystko. Za to kim jestem... za to, że mnie nigdy nie zostawiłaś w potrzebie... pomagałaś zawsze... Za to, że jestem teraz z Marco... To twoja zasługa, że mam.... że mam...-nie mogłam mówić. Płacz kompletnie mnie zablokował. Dopiero po paru chwilach odzyskałam te zdolności.-... że mam kogoś takiego jak Marco.... Kocham go... i pewnie nie byłabym szczęśliwa z nim.... gdyby nie ty...Dziękuję...-wypowiedziałam szeptem na koniec i właśnie wtedy stało się coś, co zostanie na długo w mojej pamięci. Te urządzenie, do którego jest podłączona zaczęło pikać. Pielęgniarka, która stała na szczęście obok, usłyszała to i szybko wezwała pomoc. W pomieszczeniu pojawiło się mnóstwo osób i zaczęli robić coś przy niej. Możliwe, że chcieli przytrzymać ją jeszcze przy życiu. W jednej chwili zjawił się w pokoju Robert i szybko podbiegł do swojej żony. Złapał ją za rękę i nie puszczał. Widziałam to wszystko, bo mimo tego, że lekarze prosili mnie o opuszczenie sali, nie zrobiłam tego. Byłam do końca. Do końca, aż w końcu zobaczyłam bezradne twarze medyków. I te słowa... słowa, które zostaną w we mnie już na zawsze.
-Czas zgonu: 16.22.-i wybiegłam. Robert został jeszcze, ale ja już nie wytrzymałam. Wyleciałam z sali z tym szlafrokiem i zobaczyłam Mario, Ann i Marco. Spojrzeli na mnie, a ja podobnie jak Robert zsunęłam się po ścianie i zaczęłam płakać. Nie ma już jej i nie będzie. Straciłam właśnie kogoś ważnego w moim życiu. Nie mogłam się z tym pogodzić. To było za wiele...
-Wiki...-usłyszałam zachrypnięty głos mojego ukochanego. Przytulił mnie bez słowa, a ja zaczęłam moczyć jego koszulę. Płakałam i nie widziałam końca. Właśnie straciłam siostrę. Kogoś bez którego nie wyobrażam sobie życia. Dlaczego takie osoby jak Anna umierają? Dlaczego życie jest niesprawiedliwe? Bo tak? Na tym polega życie? Bo tak, a nie inaczej? Bo po prostu tak miało być?
Nie pogodzę się z tym nigdy. Nie potrafię... moje życie za jednym zamachem stało się puste. Już jej nie ma i nie będzie. Bo tak...
Dotrzymałam jednak słowa. Dziękowałam jej. Dziękowałam do końca.
________________________________________________________________Hej... Zapraszam was na rozdział...
Zawsze zastanawiałam się co, po takim rozdziale mam wam napisać...
Wtedy nie wiedziałam i chyba teraz też do końca nie wiem.
Planowałam to odkąd pojawił się rozdział o tym, że jest chora. Od kilku miesięcy miałam to w planach i za każdym razem widziałam to tak samo. Tak jak jest to pokazane w rozdziale wyżej. Zapewne czytając to są osoby, które się wzruszyły, popłakały, ale i są też osoby, które przetrwały to bez problemy. W każdym bądź razie uważałam, że takie zakończenie jest najlepsze... Dlaczego? o Tym zaraz.
Na początku wątek Ani miał wyglądać trochę inaczej, ale może kiedyś pokarzę wam jak wiele się zmieniło od początkowej wersji. Wracając na początku wiedziała, że postać Ani umrze. Potem jednak się rozmyśliłam, bo sądziłam, że jednak za dużo nieszczęść jak na jedno opowiadanie, ale potem ponownie wróciłam do tej początkowej wersji. Czy lepiej? Same sobie odpowiedzcie.
Dlaczego postanowiłam na śmierć? Dlatego, że sama mam w rodzinie osobę, która choruje na nowotwór. Wiem, co to znaczy, że trzeba jeździć na chemię, badania etc. Teraz jest lepiej, ale ciągle mam świadomość tego, że może się stan pogorszyć, choć liczę, że będzie już dobrze.
Tym rozdziałem, a może wątkiem chciałam pokazać, że życie bywa różne i nigdy nie wiesz, co czeka ciebie i twoich bliskich. Może być różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Życzę wam, by było już zawsze lepiej, ale czy tak bywa? Każdy ma problemy. To nieuniknione wątki naszego życia. Musimy mieć świadomość, że one są normalne. Musimy po prostu radzić sobie z nimi, albo jeżeli się nie da... żyć z nimi. Każdy z nas powinien mieć świadomość, że czasem coś się uda, a czasem nie. I to właśnie mi chodziło. Choćby niewiadomo jak było dobrze... nie przestawaj zapominać, że może to wszystko prysnąć.
Postać Ani miała być odzwierciedleniem nadziei. Pomagała naszym bohaterom, wspierała, była dobra, ale coś prysło. Nigdy nie przestawajmy mieć nadzieję, ale czasami trzeba się z czymś pogodzić. Pogodzić z losem, że tak już musi być, bo właśnie takie jest życie - dziwne, czasem daje w kość, czasem pomoże, będzie lepiej, układa nam się, ale i ponownie jest źle. Wtedy już nawet nadzieja, która dawała nam wiarę, zniknęła i jesteśmy zdani na siebie...
Musimy myśleć realistycznie, a ominiemy rozczarować i niepowodzeń. Choć nigdy nie zapominajcie, że mimo to jak życie da Ci w kość, nie przestawajcie dawać z siebie wszystko. Nie poddawajcie się nigdy. Życie i jest może dziwne, ale kiedy mamy bliskich możemy spędzić je lepiej! Pamiętajcie, że wiele zależy od nas samych.
Życzę wam tego, abyście spotkały w swoim życiu jak najwięcej dobrego :)
Dziękuję, a na następny rozdział weźcie lepiej chusteczki. Tak... na wszelki wypadek.
Dziękuję jeszcze raz i do następnego :)
niedziela, 17 maja 2015
Rozdział 42
"...PO ZACHODZIE SŁOŃCA, ZAWSZE JEST WSCHÓD"
Kilka dni później
Wyleciałam jak burza z budynku nie patrząc nawet na drogę. Miałam w rękach niespakowane książki, bo zwyczajnie nie zdążyłam ich schować do torby z powodu braku czasy. Idąc, a raczej biegnąc nie przejmowałam się tym czy na kogoś wpadnę, czy nie i to był błąd...
-Auć!-krzyknęła blondynka, którą lekko odepchnęłam. Nic się z nią nie stało. Gorzej było z moimi książkami, które spadły na ziemię. Jessica nawet nie raczyła się schylić, tylko spojrzała na mnie z byka. Okej, niby to moja wina, ale mogłaby chociaż na tę chwilę wyrazić odrobinę empatii i pomóc mi. Stałam tak przez chwilę i patrzyłam się na nią. Czekałam już na jej wyzwiska w moją stronę.
-Rączki ci się pobrudzą?-powiedziałam, jednak pierwsza, z pogarda i schyliłam się po leżące podręczniki. Dziewczyna tylko prychnęła coś pod nosem i odpowiedziała:
-Nie dość, że łazi jak pokraka, to jeszcze karze mi sprzątać po niej.-zaśmiała się wraz ze swoimi koleżaneczkami.-Za kogo ty się Wiktoria uważasz? Myślisz, że jak twój chłopaczek jest piłkarzem to jesteś pępkiem świata?!-wyżalała mi się i w tym momencie puściły mi nerwy, więc postanowiłam powiedzieć jej co potrzeba.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie i dokładnie, bo nie będę się dwa razy powtarzała.-mówiłam groźnie, że Jess nawet chyba się mnie wystraszyła, albo przypomniała do czego jestem zdolna.-Możesz mnie nie lubić, a nawet nienawidzić. Jednak pamiętaj, że są pewne granice i ty je powoli przekraczasz. Po prostu odczep się ode mnie, od Marco i najlepiej nie wchodź mi w drogę, bo jak chcesz to mogę przypomnieć ci, jak to jest mieć złamany nos.-dodałam i po chwili odeszłam od niej. Mam zbyt dobry humor by psuć go sobie to przy takich osobach jak nasza szkolna gwiazda. Widziałam w oddali jak mój transport już parkuje na parkingu. Przyśpieszyłam kroku i już po sekundzie byłam w srebrnym Mercedesie. Usiadłam do tylu, bo przednie siedzenia były już zajęte.
-Cześć wam!-przywiązałam się z dziewczynami i zapisałam pas bezpieczeństwa, po czym włączyłyśmy się do ruchu.
-Jakiś problem z koleżanką?-zapytała Ania.
-Już rozwiązany.-odpowiedziałam szybko i uśmiechnęłam się do przyjaciółki, bo właśnie odwróciła się do mnie.
-Pamiętaj, że jak będzie miała jakieś "ale" to tylko zadzwoń, a my już jej pokażemy, co to znaczy trenować karate.-zażartowała, a nasza trójka się głośno uśmiała.
-I jak Ann, stresujesz się trochę?-postanowiłam zagadać.
-Jakiś problem z koleżanką?-zapytała Ania.
-Już rozwiązany.-odpowiedziałam szybko i uśmiechnęłam się do przyjaciółki, bo właśnie odwróciła się do mnie.
-Pamiętaj, że jak będzie miała jakieś "ale" to tylko zadzwoń, a my już jej pokażemy, co to znaczy trenować karate.-zażartowała, a nasza trójka się głośno uśmiała.
-I jak Ann, stresujesz się trochę?-postanowiłam zagadać.
-Może troszkę.-zaśmiała się.-Boję się tylko, że z dzieckiem coś będzie nie tak.
-Nie martw się na zapas.-poradziła Ania z miejsca pasażera.-Zobaczysz, że będzie wszystko dobrze. Dbasz o siebie, jesz zdrowo. Nie masz podstaw do obaw.-dodała, a resztę drogi minęliśmy na rozmowach. Miedzy innymi gadałyśmy o tym czy już będzie taka możliwość jak poznanie płci dziecka. Wszyscy znajomi Mario i Ann oraz ich rodzina są tego bardzo ciekawi. Podobnie do mnie. Oczywiście Mario nie zmienił swojego zdania na temat tego czy będzie miał syna czy córkę, bo za każdym razem gdy ktoś go o to pyta to odpowiada, że będzie miał syna i nie przyjmuje do siebie innej informacji. Chociaż tak na dobrą sprawę jest to niezły pretekst do pośmiania się z Götze. Chłopak jest tak przekonywający i pewny na swoim, że to aż zabawne, a z drugiej strony sami zaczynamy wszyscy wierzyć, że to poważnie będzie chłopczyk.
Po pewnym czasie, nasza trójka była już pod prywatną kliniką. W cudownych nastrojach weszliśmy do budynku. Tak swoją drogą to bardzo cieszę się, że wraz z Lewandowską możemy uczestniczyć w tak ważnych dla modelki chwilach. Mario ma w tym czasie trening, ale równie dobrze mógł się zwolnić. Jednak nie było takiej potrzeby, bo my z chęcią zajęłyśmy się przyszłą matką.
W środku nie było za dużo ludzi, więc miałyśmy miejsce gdzie usiąść. Nie było nam jednak dane długo grzać fotele, bo już za chwile Ann - Kathrin została zawołania przez młodą lekarkę. Wstałyśmy i udałyśmy się do pomieszczenia. Młoda kobieta, która miała na oko może z lekko ponad 20 lat, kazała usiąść w wyznaczonych miejscach. Robiła kontrolne badania, czyli pytała czy dziewczyna Mario nie odczuwa jakiś bólów, czy poprawnie się odżywia oraz o inne typowe pytania. Po tym etapie nadszedł czas na to, na co czekałyśmy cały dzień. Ann została poproszona o położenia się na specjalnym łóżku oraz o podwinięcie bluzki. Blondyna wykonywała dokładnie wszystkie polecenia, by już za chwile poczuć na swoim brzuchu zimny żel, a potem by zobaczyć na monitorze swoje dziecko.
-Widzi pani tu?-zapytała u wskazała palcem na szklany ekran. Brömmel kiwnęła twierdząco głową i ze wzruszeniem patrzyła na niby niewyraźne obrazki. My z Anią równie niczym zaczarowane zerkałyśmy na dziecko i podziwialiśmy je, co jakiś czas komentując .
-Chce pani znać płeć?-zapytała, a nam od razy na twarzy wyrósł wielki uśmiech. Czyli jednak już dziś możemy dowiedzieć się kto miał rację. Mario czy Ann? Syn czy córka? Byłyśmy bardzo podekscytowane. Blondynka od razu zgodziła się i wyczekiwała na te słowa od młodej lekarki. Wtedy i nawet dla mnie chwila wyczekiwania się dłużyła, a pewnie co dopiero dla Ann, której dochodzi jeszcze stres.
-Według mnie, na 99%, będzie to...-zaczynała patrząc cały czas w monitor i uśmiechając się pod nosem.
-No niech pani mówi, bo zaraz wszystkie zejdziemy na zawał!-śmiała się Lewandowska.
-Będzie pani szczęśliwą mamą...-ta kobieta chyba uwielbia terroryzować swoich pacjentów.-...dziewczynki!- krzyknęła w końcu, a my zamiast się cieszyć wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Zdezorientowana lekarka pytała o nasz powód tego śmiania się, więc wyjaśniłyśmy jej oraz opowiedziałyśmy o tej niezwykłej pewności Mario. Kobieta również nie potrafiła się nie uśmiać.
Badania trwały jeszcze przez jakieś kilka minut. Ann dostała porady jak na się odzywać oraz co powinna robić, a czego nie, co jeść, a czego nie i przepisała jej jakieś witaminy. W fantastycznych humorach opuściliśmy klinikę i naszym kolejnym celem było udanie się na stadion do chłopaków. No i oczywiście do przyszłego ojca, którego trzeba powiadomić, że powinien zmienić swoje plany. Po niecałych 20 minutach, byłyśmy już pod Signal Iduna Park. Bez problemu weszłyśmy do środka i kierowałyśmy się na murawę. Chłopaki... jak to chłopaki. Nieoszczędzania trenera i co chwilę było słuchać jego głos. Postanowiłyśmy, że nie będziemy teraz im przeszkadzać, a informacja może poczekać. Gdy chciałyśmy usiąść na ławce rezerwowych, zobaczyłam, że z trenerem stoi i rozmawia Marco. Nie widział mnie, a trener był szybszy i od razu, gdy zobaczył naszą trójkę pomachał nam. Mina Marco była bardzo zabawna i urocza. Przeprosiłam dziewczyny i udałam się właśnie do swojego narzeczonego. Klopp akurat musiał iść do kogoś z zarządu, więc mogłam spokojnie porozmawiać z Reusem.
-Co ty tu robisz?-zapytałam jak byłam już blisko.
-Ja!?-oburzył się na żarty.-Co TY tu robisz?-złapał mnie w pasie, bo już byłam przy nim.
-No wiesz... zwiedzam...-udawałam głupią.
-Yhym... Ciekawe, bardzo ciekawe. A może po prostu stęskniłaś się za mną i jakimś cudem wiedziałaś, że tu jestem?
-Za tobą? W życiu. Przyjechałam do Mario.-zaprzeczyłam i chciałam się mu wyrwać, ale był silniejszy i jeszcze mocniej mnie do siebie przyciągnął, a po chwili wbił się w moje usta. To niby tylko zwykle kilka sekund, ale z nim za każdym razem trwają godziny.
-Fujjj!-usłyszeliśmy nagle jęczenie Götzego.-Nie przy ludziach!-spojrzeliśmy na niego i zobaczyliśmy jak teatralnie zasłania się wraz z kilkoma innymi zawodnikami. Wyglądało to zabawnie, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji i już zaśmiać się z naszego przyszłego tatuśka córeczki.
-Lepiej idź do Ann! Zapytaj co u niej i jak tam badania!-dogryzłam, a on jakby nagle został oczarowany. Szybko wyrwał w jej stronę, gdzie prawdopodobnie zauważył ją wcześniej. Niestety trener nie miał dla niego litości i nie pozwolił mu opuścić grupy. Zdenerwowany spojrzał na mnie z byka, a ja tylko zaśmiałam się, a potem wraz z Marco ruszyliśmy do dziewczyn. Po drodze opowiedziałam mu tą fantastyczną wiadomość. Blondyn nie krył zadowolenia Oboje jesteśmy zżyci z Mario i Ann. Są dla nas jak rodzina.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy we czwórkę, gdy nagle zauważyliśmy jak w nasza stronę zmierza Mario i Robert. Od razu na twarzy Ann wpisał się uśmiech. Lewy przywitał się ze swoją żona uroczym całusem, a potem z nami uściskiem. Podobnie postąpił Götze.
-Nie przedłużajmy.-zaczął brunet.-Kochanie, byłaś u lekarza? I jak z naszym synkiem?-zapytał, a reszta ,oprócz tylko Roberta, o mały włos nie wydała wszystkiego, bo zaczęła śmiać się lekko pod nosem. Ach ta pewność Mario, kiedyś go zgubi...
-No właśnie skarbie. Muszę ci coś powiedzieć.-Ann zaczęła delikatnie, bo chyba każdy wie, że Mario to takie trochę duże dziecko i trzeba podchodzić do niego na swój własny, specyficzny sposób.
-Co się stało? Proszę nie mów tylko, że z naszym dzieckiem jest coś nie tak!-denerwował się, więc by nie psuć atmosfery spoważnieliśmy.
-Nie, spokojnie Mario. Z naszym skarbem jest wszystko w porządku.-modelka go uspokoiła.-Chodzi o to, że miałam szczegółowe badania i muszę cię trochę zasmucić...
-To znaczy?-niecierpliwił się.
-To Mario znaczy, że... nie...ahh! Nie będziesz miał syna! To dziewczynka!-Brömmel w końcu wydusiła to siebie. Mario stał chwile i nic nie mówił, a wtedy to już nie wytrzymaliśmy i musieliśmy wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Mina Götze po prostu bezcenna. Biedny nie wiedział co ma powiedzieć i jak dokładnie zareagować, więc postanowiłam podejść do niego i go przytuliłam, ale dalej miałam uśmiech na ustach.
-Tak się kończy Mario zbyt duża pewność siebie.-powiedziałam i odczepiłam się od niego.-Ale nie przejmuj się. Nie ważne jaka płeć, a to czy dziecko będzie zdrowe. Prawda?-spojrzałam na niego pytająco. On również spojrzał na mnie i uśmiechnął się w końcu, bo przez cały ten czas miał kamienną minę.
-No niby tak...-westchną i podszedł do Ann i mocną ją przytulił oraz pocałował. Wyglądało to naprawdę uroczo. Uśmiechnęłam się wtedy do Reusa, a on do mnie.
-Szkoda tylko, że nie będę mógł wykorzystać tych imion, które chcieliśmy.-posmutniał.
-Chyba żartujesz?!-oburzyła się modelka.-Po pierwsze to ty wymyśliłeś te imiona i zapomnij, że kiedykolwiek skrzywdziłabym dziecko i nazwała je Günther, albo Mario Junior.-powiedziała, a my myśleliśmy, że pękniemy ze śmiechu.
-On naprawdę chciał nazwać dziecko Mario Junior?-zapytał Robert.-Myślałem, że żartuje.-próbował opanować śmiech.
-Uwierz mi, że ja też tak myślałam...-odpowiedziała dziewczyna naszego niemieckiego Messiego.
Reszta przerwy chłopaków minęła na kolejnych rozmowach i podśmiewaniu się z Götze. Niestety przerwa zawsze się kiedyś skończy i chłopaki musieli udać się na murawę poprawiać swoją formę. Choć tak na dobrą sprawę nie zostało zbyt wiele kolejek do końca jesiennej rundy. Sytuacja Borussii nie jest za ciekawa i teraz każde punkty się liczą.
Oczywiście Marco nie miał takiego obowiązku i mógł zostać, bo jeszcze nie może trenować. Zaczyna dopiero od nowego roku na obozie przygotowawczym w Hiszpanii. Siedziałam u niego na kolanach dalej na ławce rezerwowych. Dziewczyny siedziały przy nas i wspólnie gadaliśmy, a ja wraz z blondynem przy okazji się jeszcze wygłupialiśmy.
-Tak w ogóle to wracasz ze mną, nie?-zapytał.
-Dlaczego jesteś taki pewny? Zobacz jak to twojego przyjaciela zgubiło. Może wrócę razem z dziewczynami?-zaśmiałam się razem z Anią i Ann.
-Nie chcę nic mówić, ale wiesz Ania pewnie będzie wracała razem z Lewym, a Ann z Mario. Dajmy im trochę prywatności.-spojrzał na mnie tymi swoimi oczami i wyczekiwał odpowiedzi. Cały Marco. Jest mistrzem manipulacji. Zawsze potrafi mnie przekonać do siebie.
-No, niech stracę. Okej.-zgodziłam się, a u mojego narzeczonego od razu pojawił się chytry uśmieszek. Nagle złapał mnie za rękę i wstał, co za tym idzie ja też musiałam się podnieść.
-No to idziemy.-stwierdził.
-Ale, że teraz?-zdziwiłam się.
-Oczywiście. A co chcesz oglądać tych baranów?-wskazał na swoich kolegów, którzy zaczęli rzucać butem Lewego, a biedny Polak musiał biegać za nimi po całym boisku.-Bo ja mam jak na razie ich dość.
-W sumie. Okej. Chodźmy.-chwyciłam za torebkę, pożegnałam się z przyjaciółkami oraz pomachałam jeszcze chłopakom, którzy akurat mnie zauważyli. Złapałam za dłoń Marco i udaliśmy się na parking. Stało tam jego sportowe auto, które miałam okazję prowadzić. Nie powiem. Robi nie tylko wrażenia z wyglądu. Jeździ się nim równie niesamowicie jak wygląda. Piłkarz otworzył mi drzwi, a sam usiadł na miejsce kierowcy i ruszyliśmy.
-Gdzie tak w ogóle chcesz mnie zabrać?-zapytałam, jak już włączyliśmy się ruchu ulicznego.
-Teraz to możemy skoczyć na jakiś obiad, a potem to zależy, co będziesz chciała robić.-odparł patrząc przelotem na mnie.
-Szczerze to myślałam, że masz jakieś plany względem mnie.-zaśmiałam się, a Marco ze mną.
-Bo mam, ale to później. Musimy poczekać do wieczora.-odparł tajemniczo.
Po chwili jazdy, zawodnik BVB musiał się zatrzymał na światłach. Poczułam jego dłoń na swoim udzie oraz jak mierzy mnie od góry do dołu. Czułam, bo sama siedziałam w telefonie i przeglądałam różne strony i portale.
-Wiem, że na mnie patrzysz i lepiej weź tą rękę.-wypowiedziałam ciągle patrząc na ekran mojego iPhona. Chłopak niezbytnio mnie posłuchał i tylko prychnął. Złapał za moje urządzenie oraz odłożył, a sam zbliżył się do mnie i namiętnie pocałował. Błądził swoją ręką mojej nodze. Sama jedną rękę wbiłam w jego plecy, a drugą ukryłam we włosach. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale usłyszeliśmy jak samochód z tyłu zaczął trąbić, więc chcąc nie chcąc musieliśmy zaprzestać. Blondyn z niechęcią odsunął się ode mnie i przystąpił do prowadzenie pojazdu. Siedziałam chwile łapiąc oddech, a po monecie skomentowałam jego zachowanie.
-No niby tak...-westchną i podszedł do Ann i mocną ją przytulił oraz pocałował. Wyglądało to naprawdę uroczo. Uśmiechnęłam się wtedy do Reusa, a on do mnie.
-Szkoda tylko, że nie będę mógł wykorzystać tych imion, które chcieliśmy.-posmutniał.
-Chyba żartujesz?!-oburzyła się modelka.-Po pierwsze to ty wymyśliłeś te imiona i zapomnij, że kiedykolwiek skrzywdziłabym dziecko i nazwała je Günther, albo Mario Junior.-powiedziała, a my myśleliśmy, że pękniemy ze śmiechu.
-On naprawdę chciał nazwać dziecko Mario Junior?-zapytał Robert.-Myślałem, że żartuje.-próbował opanować śmiech.
-Uwierz mi, że ja też tak myślałam...-odpowiedziała dziewczyna naszego niemieckiego Messiego.
Reszta przerwy chłopaków minęła na kolejnych rozmowach i podśmiewaniu się z Götze. Niestety przerwa zawsze się kiedyś skończy i chłopaki musieli udać się na murawę poprawiać swoją formę. Choć tak na dobrą sprawę nie zostało zbyt wiele kolejek do końca jesiennej rundy. Sytuacja Borussii nie jest za ciekawa i teraz każde punkty się liczą.
Oczywiście Marco nie miał takiego obowiązku i mógł zostać, bo jeszcze nie może trenować. Zaczyna dopiero od nowego roku na obozie przygotowawczym w Hiszpanii. Siedziałam u niego na kolanach dalej na ławce rezerwowych. Dziewczyny siedziały przy nas i wspólnie gadaliśmy, a ja wraz z blondynem przy okazji się jeszcze wygłupialiśmy.
-Tak w ogóle to wracasz ze mną, nie?-zapytał.
-Dlaczego jesteś taki pewny? Zobacz jak to twojego przyjaciela zgubiło. Może wrócę razem z dziewczynami?-zaśmiałam się razem z Anią i Ann.
-Nie chcę nic mówić, ale wiesz Ania pewnie będzie wracała razem z Lewym, a Ann z Mario. Dajmy im trochę prywatności.-spojrzał na mnie tymi swoimi oczami i wyczekiwał odpowiedzi. Cały Marco. Jest mistrzem manipulacji. Zawsze potrafi mnie przekonać do siebie.
-No, niech stracę. Okej.-zgodziłam się, a u mojego narzeczonego od razu pojawił się chytry uśmieszek. Nagle złapał mnie za rękę i wstał, co za tym idzie ja też musiałam się podnieść.
-No to idziemy.-stwierdził.
-Ale, że teraz?-zdziwiłam się.
-Oczywiście. A co chcesz oglądać tych baranów?-wskazał na swoich kolegów, którzy zaczęli rzucać butem Lewego, a biedny Polak musiał biegać za nimi po całym boisku.-Bo ja mam jak na razie ich dość.
-W sumie. Okej. Chodźmy.-chwyciłam za torebkę, pożegnałam się z przyjaciółkami oraz pomachałam jeszcze chłopakom, którzy akurat mnie zauważyli. Złapałam za dłoń Marco i udaliśmy się na parking. Stało tam jego sportowe auto, które miałam okazję prowadzić. Nie powiem. Robi nie tylko wrażenia z wyglądu. Jeździ się nim równie niesamowicie jak wygląda. Piłkarz otworzył mi drzwi, a sam usiadł na miejsce kierowcy i ruszyliśmy.
-Gdzie tak w ogóle chcesz mnie zabrać?-zapytałam, jak już włączyliśmy się ruchu ulicznego.
-Teraz to możemy skoczyć na jakiś obiad, a potem to zależy, co będziesz chciała robić.-odparł patrząc przelotem na mnie.
-Szczerze to myślałam, że masz jakieś plany względem mnie.-zaśmiałam się, a Marco ze mną.
-Bo mam, ale to później. Musimy poczekać do wieczora.-odparł tajemniczo.
Po chwili jazdy, zawodnik BVB musiał się zatrzymał na światłach. Poczułam jego dłoń na swoim udzie oraz jak mierzy mnie od góry do dołu. Czułam, bo sama siedziałam w telefonie i przeglądałam różne strony i portale.
-Wiem, że na mnie patrzysz i lepiej weź tą rękę.-wypowiedziałam ciągle patrząc na ekran mojego iPhona. Chłopak niezbytnio mnie posłuchał i tylko prychnął. Złapał za moje urządzenie oraz odłożył, a sam zbliżył się do mnie i namiętnie pocałował. Błądził swoją ręką mojej nodze. Sama jedną rękę wbiłam w jego plecy, a drugą ukryłam we włosach. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale usłyszeliśmy jak samochód z tyłu zaczął trąbić, więc chcąc nie chcąc musieliśmy zaprzestać. Blondyn z niechęcią odsunął się ode mnie i przystąpił do prowadzenie pojazdu. Siedziałam chwile łapiąc oddech, a po monecie skomentowałam jego zachowanie.
-Jesteś nienormalny.
Obiad zjedliśmy w jakiejs restauracji. Nie była i ona taka typowo luksusowa, ani też do jakiś szczególnie tanich nie należała. Mimo wszytko jedzenie nam bardzo smakowało i o to przecież chodzi. Gdy zjedliśmy i uporaliśmy się z kilkoma fanami, którzy poprosili o zdjęcia oraz autografy, mogliśmy udać się do domu Marco. Postanowiliśmy, że to tam poczekamy na wieczór, bo jak blondyn mówił ma dla mnie naszykowaną niespodziankę. Jestem ciekawa co takiego szykuje, a znając go, jest to na pewno coś fantastycznego. To jedna z tych rzeczy, którą uwielbiam w nim. To, że jest taki spontaniczny, a z drugiej strony jeżeli coś robi to stara się by to wyszli najlepiej. W domu postanowiliśmy obejrzeć jakiś program, ale i też po prostu skakaliśmy po kanałach. Marco miał pilota, a ja w tym czasie bacznie go obserwowałam. Może to trochę dziwne, ale lubię to robić. Jest niesamowicie przystojny, a co najważniejsze jest mój. Może to trochę egoistyczne podejście, ale to ja mogę go pocałować, przytulić i być blisko przez całą noc. Jednak nie tylko imponuje mi swoim wyglądem, lecz również charakterem. Marco potrafi być stanowczy, odważny, cholernie i wrednie pewny siebie, a czasem i bywa chamski. Jednak ma w sobie tą dusze romantyka i wrażliwego kolesia. Ta druga strona jest zarezerwowana w szczególności dla mnie. Myślałam tak i odruchowo spojrzałam na dwój palec, na którym błyszczy przepiękny pierścionek. W szkole oprócz Laury, Emmy, Olivera i Martina nikt nie wie o zaręczynach. Nie chce by ktoś o tym wiedział, bo potem droga do gazet jest krótka. Patrząc na biżuterie zastanawiałam się, jak to wszystko by się potoczyło, gdybym jednak nie odważyła się i nie przyszła wtedy do Marco. Straciła bym tak wiele i możliwe, że już nigdy bym nie odzyskała Reusa. Dopiero teraz widzę jaki ten niecały miesiąc był pusty. Teraz moje życie jest ciekawe i pełne radości oraz miłości spowodowane jego bliskością. Kiedy tak myślałam nad tym wszystkim poczułam jak ktoś mnie obejmuje. Tym ktosiem był oczywiście nie kto inny jak piłkarz z numerem jedenaście. Uśmiechał się do mnie. Ja nie bardzo rozumiałam jego ten entuzjazm, więc postanowiłam się dowiedzieć.
-Z czego się tak cieszysz?
-Wiesz, że jak myślisz to przegryzasz dolną wargę? (od aut. Sama tak mam haha)
-Wiem to.-zaśmiałam się.-Od zawsze tak mam jak się nad czymś mocno skupię.-powiedziałam i poczułam jak usta dwudziestopięciolatka jeżdżą po mojej szyi. Lekko stęknęłam, bo było to bardzo przyjemne.
-Możemy już pojechać w to miejsce.-oznajmił jak już przestał mnie całować. Uśmiechnęłam się i myślami byłam już tam, gdzie zamierza mnie zabrać.
-Chyba cię Bóg opuścił?-krzyknęłam jak byliśmy już przy samochodzie w podziemnym parkingu. Marco właśnie próbował założyć mi opaskę na oczy, bo jak powiedział, to miejsce jest niespodzianką i nie mogę wiedzieć, gdzie mnie zabierze. Niby dla niektórych to bardzo urocze i romantyczne, ale jakoś wolę mieć kontrolę i widzieć pewne rzeczy. Po za tym wydawało mi to się idiotyczne.
-No Wiki! Zrób to dla mnie.- ciągle mnie błagał.
-Przecież mogę zamknąć oczy i efekt będzie ten sam. Po co ta opaska?
-Nie, bo będziesz podglądać. Proszę kochanie! Przecież nie wywiozę cię do lasu i nie zgwałcę!
-Nawet nie wiesz jak czasem potrafisz być upierdliwy.-skomentowałam i chwyciłam za opaskę, która trzymał w ręku. Złapałam za nią i wsiadłam do auta. Reus natomiast już po chwili był na miejscu kierowcy, jednak nie ruszał.
-Dlaczego stoisz?-zapytałam patrząc na kierownice.
-Czekam aż założysz opaskę.-powiedział, a ja tylko pokręciłam lekko zdenerwowana głową. Zawiązałem kawałek materiału i oparłam się ręka i kolana. Usłyszałam tylko śmiech Marco i jak odpala swoje auto.-Uroczo wyglądasz jak się denerwujesz.
-Lepiej już jedź i nie denerwuj mnie bardziej.
-Wiesz co... Może ten motyw z porwaniem i gwałtem byłby ciekawy...
-Co proszę?! Reus, ty jesteś zboczony!-odpowiedziałam, a mój oprawca ponowne zaśmiał się pod nosem.
-Ja po prostu głośno myślę...
Przez całą drogę, Marco rozmawiał ze mną. Poprosiłam go o to, bo jechanie z zawiązanymi oczami jest dość... dziwnym doświadczeniem. Na szczęście po około 30 minutach drogi usłyszałam jak auto się zatrzymało.
-Już jesteśmy?-spytałam ciekaw.
-Tak, możesz już ściągnąć.-bardzo ucieszyłam się jak usłyszałam te słowa. Wykonałam polecenie i odwiązałam czarną chustkę i zobaczyłam za oknem znane miejsce. Był to stadion Borussii. Był ślicznie oświetlony. Zupełnie jak w bajce. Szczerze, to nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Tak jak mówiłam. Marco potrafi być bardzo nieprzewidywalny.
-Gotowa? To idziemy.-złapał mnie za rękę i oboje zaczęliśmy kierować... no właśnie? Gdzie? Ciekawiło mnie to ogromnie. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że na terenie stadionu nie było ani żywej duszy, a przecież ktoś powinien pilnować tego miejsca. Szliśmy bez słowa. Nie zadawałam żadnych pytań, bo wiedziałam, że i tak mi nic nie odpowie. Nagle zauważyłam, że znam tą drogę i właśnie kierujemy się na murawę. Po chwili moje słowa okazały się słuszne, bo znaleźliśmy się w tunelu, w którym zawsze przed meczem stoją piłkarze. Przeszłam tą samą drogę co oni i znalazłam się na murawie. Ale... to wszystko wyglądało inaczej. Wszystko było cudnie oświetlone. Kolor żółty i czarny rządził tym miejscem. Na trybunach nie było ani żywej duszy. Byłam tylko ja i Marco. Iduna rzeczywiście ma niesamowity klimat i powie to chyba każdy. Ja w każdym bądź razie czuje się tu niesamowicie.
-Pięknie tu.-powiedziałam w końcu.
-Wiem... kocham to miejsce. Jest niesamowite i... przypomina mi o wszystkim. O tym kim jestem, kogo mam, jaki jestem...-wymieniał, a ja w tym czasie przytuliłam się do niego. Chłopak odwzajemnił uścisk.
-Kocham cię wiesz...-szepnął i pocałował mnie. Staliśmy tak i z każdym kolejnym razem pogłębialiśmy pocałunki. Kiedy jednak powoli brakowało mi tchu przestałam i popatrzałam mu głęboko w oczy. Postanowiliśmy następnie po prostu usiąść na murawie i siedzieć. To jest właśnie to co lubię. W dzisiejszych czasach, gdzie każdy biega, nie zauważa zwykłych rzeczy, a taki odpoczynek pokazuje, że życie również musi odsapnąć na chwilę.
-Wybacz, jeśli myślałaś, że przygotuję coś bardziej okazałego.-powiedział nagle mój towarzysz.
-Chyba żartujesz? Jest świetnie. Uwielbiam spędzać z tobą czas, a takie siedzenie w tym miejscu jest niezwykłe i mogłabym być tutaj cały czas. Dziękuję.-dodałam i oparłam się o niego, a chłopak mnie objął. Siedzieliśmy tak na trawie i nic nie mówiliśmy. Nie było to nam potrzebne. Mieliśmy siebie nawzajem.
-Marco?-powiedziałam cicho.-Mogę cię o coś zapytać?
-Jasne.-odparł lekko zdziwiony.
-Jest to trochę dziwne pytanie, ale... ale chciałabym wiedzieć. No... bo....ahh... Jak chciałbyś by nazywało się nasze dziecko, gdyby się urodziło?-spytałam w końcu, ale nie uzyskałam od razu odpowiedzi. Była tylko głucha cisza. Popatrzałam na mojego narzeczonego. Patrzał się tylko tępo w jakiś punkt w oddali. Nic nie mówił, ani nie okazywał. Czułam się winna. Nie powinnam była pytać, a moja ciekawość jak zwykle wygrywa.-Przepraszam Marco. Nie powinnam była pytać o takie coś. Znowu zawiniłam z tą sytuacją.-spuściłam głowę.
-To nie twoja wina. Nie mów tak nawet. Mi też jest teraz ciężko. Szczególnie teraz, jak Mario i Ann spodziewają się dziecka. Czasami myślę, co by było gdyby. Jak to by wyglądało, gdyby coś tam się nie stało. Jednak nie możemy cofnąć czasu. Musimy pogodzić się z tym i żyć dalej. Moja mama zawsze mi powtarzała, że po zachodzie słońca, zawsze jest wchód. My już swoje wycierpieliśmy. Zobaczysz, że za jakiś czas będziemy bawić się na placu zabaw z naszym dzieckiem. Proszę, przestań się już obwiniać. Nie jesteś winna niczyjej śmierci. Dobrze kochanie?-zapytał, ale nie dał mi odpowiedzieć, bo od razu lekko pocałował mnie w usta.
-Kocham cię.-szepnęłam mu prosto w jego usta, gdy przestał już mnie całować.
-Zawsze podobało mi się imię David, a dla dziewczynki Emily.-odpowiedział w końcu i uśmiechnął się lekko.
-David Reus... Emily Reus... Podoba mi się. Wydaje mi się, że kwestia imion na przyszłość jest już zamknięta.-zaśmieliśmy się.
-Wiktoria Reus... to mi się na razie najbardziej podoba.-zamruczał. Nie trzeba było długo czekać, bo już za chwilę piłkarz położył mnie na murawie i pochłaniał usta. Całował coraz zachłanniej, jednocześnie jego ręce wędrowały po całym moim ciele. Jednak zaraz musieliśmy wstać, bo robiło się coraz zimnej, ale postanowiliśmy dokończyć to co zaczęliśmy w domu piłkarza, w jego sypialni, a potem zasnąć w jego ramionach, czekając na kolejny dzień. Moje przeczucie mówi, że ten dzień będzie specjalny, inny... Ciekawa jestem czy moje przeczucie ponownie mnie nie zawiedzie?
________________________________________________________________
-Gotowa? To idziemy.-złapał mnie za rękę i oboje zaczęliśmy kierować... no właśnie? Gdzie? Ciekawiło mnie to ogromnie. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że na terenie stadionu nie było ani żywej duszy, a przecież ktoś powinien pilnować tego miejsca. Szliśmy bez słowa. Nie zadawałam żadnych pytań, bo wiedziałam, że i tak mi nic nie odpowie. Nagle zauważyłam, że znam tą drogę i właśnie kierujemy się na murawę. Po chwili moje słowa okazały się słuszne, bo znaleźliśmy się w tunelu, w którym zawsze przed meczem stoją piłkarze. Przeszłam tą samą drogę co oni i znalazłam się na murawie. Ale... to wszystko wyglądało inaczej. Wszystko było cudnie oświetlone. Kolor żółty i czarny rządził tym miejscem. Na trybunach nie było ani żywej duszy. Byłam tylko ja i Marco. Iduna rzeczywiście ma niesamowity klimat i powie to chyba każdy. Ja w każdym bądź razie czuje się tu niesamowicie.
-Pięknie tu.-powiedziałam w końcu.
-Wiem... kocham to miejsce. Jest niesamowite i... przypomina mi o wszystkim. O tym kim jestem, kogo mam, jaki jestem...-wymieniał, a ja w tym czasie przytuliłam się do niego. Chłopak odwzajemnił uścisk.
-Kocham cię wiesz...-szepnął i pocałował mnie. Staliśmy tak i z każdym kolejnym razem pogłębialiśmy pocałunki. Kiedy jednak powoli brakowało mi tchu przestałam i popatrzałam mu głęboko w oczy. Postanowiliśmy następnie po prostu usiąść na murawie i siedzieć. To jest właśnie to co lubię. W dzisiejszych czasach, gdzie każdy biega, nie zauważa zwykłych rzeczy, a taki odpoczynek pokazuje, że życie również musi odsapnąć na chwilę.
-Wybacz, jeśli myślałaś, że przygotuję coś bardziej okazałego.-powiedział nagle mój towarzysz.
-Chyba żartujesz? Jest świetnie. Uwielbiam spędzać z tobą czas, a takie siedzenie w tym miejscu jest niezwykłe i mogłabym być tutaj cały czas. Dziękuję.-dodałam i oparłam się o niego, a chłopak mnie objął. Siedzieliśmy tak na trawie i nic nie mówiliśmy. Nie było to nam potrzebne. Mieliśmy siebie nawzajem.
-Marco?-powiedziałam cicho.-Mogę cię o coś zapytać?
-Jasne.-odparł lekko zdziwiony.
-Jest to trochę dziwne pytanie, ale... ale chciałabym wiedzieć. No... bo....ahh... Jak chciałbyś by nazywało się nasze dziecko, gdyby się urodziło?-spytałam w końcu, ale nie uzyskałam od razu odpowiedzi. Była tylko głucha cisza. Popatrzałam na mojego narzeczonego. Patrzał się tylko tępo w jakiś punkt w oddali. Nic nie mówił, ani nie okazywał. Czułam się winna. Nie powinnam była pytać, a moja ciekawość jak zwykle wygrywa.-Przepraszam Marco. Nie powinnam była pytać o takie coś. Znowu zawiniłam z tą sytuacją.-spuściłam głowę.
-To nie twoja wina. Nie mów tak nawet. Mi też jest teraz ciężko. Szczególnie teraz, jak Mario i Ann spodziewają się dziecka. Czasami myślę, co by było gdyby. Jak to by wyglądało, gdyby coś tam się nie stało. Jednak nie możemy cofnąć czasu. Musimy pogodzić się z tym i żyć dalej. Moja mama zawsze mi powtarzała, że po zachodzie słońca, zawsze jest wchód. My już swoje wycierpieliśmy. Zobaczysz, że za jakiś czas będziemy bawić się na placu zabaw z naszym dzieckiem. Proszę, przestań się już obwiniać. Nie jesteś winna niczyjej śmierci. Dobrze kochanie?-zapytał, ale nie dał mi odpowiedzieć, bo od razu lekko pocałował mnie w usta.
-Kocham cię.-szepnęłam mu prosto w jego usta, gdy przestał już mnie całować.
-Zawsze podobało mi się imię David, a dla dziewczynki Emily.-odpowiedział w końcu i uśmiechnął się lekko.
-David Reus... Emily Reus... Podoba mi się. Wydaje mi się, że kwestia imion na przyszłość jest już zamknięta.-zaśmieliśmy się.
-Wiktoria Reus... to mi się na razie najbardziej podoba.-zamruczał. Nie trzeba było długo czekać, bo już za chwilę piłkarz położył mnie na murawie i pochłaniał usta. Całował coraz zachłanniej, jednocześnie jego ręce wędrowały po całym moim ciele. Jednak zaraz musieliśmy wstać, bo robiło się coraz zimnej, ale postanowiliśmy dokończyć to co zaczęliśmy w domu piłkarza, w jego sypialni, a potem zasnąć w jego ramionach, czekając na kolejny dzień. Moje przeczucie mówi, że ten dzień będzie specjalny, inny... Ciekawa jestem czy moje przeczucie ponownie mnie nie zawiedzie?
________________________________________________________________
ZAPRASZAM NA KOLEJNY ROZDZIAŁ!!!
Tak, wiem...
Powinnam dodać go wcześniej, ale miałam trochę spraw na głowie i nie mogłam się wyrobić. Ostatnio ciagle coś mi wypada. Dlatego nie powiem kiedy dokładnie będzie kolejny, bo jak powiem, że przed weekendem i nie uda mi się? Albo uda u dodam jeszcze wcześniej? Wolę, więc nic nie mowić, ale obiecuje, że dam z siebie wszystko, ale wy też trzymajcie za mnie kciuki, bo będę poprawiała matematykę, a u mnie z nią nie ciekawie XD
Jak myślicie, co wydarzy się dalej?
Czy kolejny dzień rzeczywiście coś przyniesie?
A i mam pytanko!
Posiadacie może snapchata?
Miałam się już wcześniej o to pytać, ale jak zwykle zapomniałam.
To jak? Piszcie w komentarzach, a was zaproszę, albo jak chcecie prywatnie, to macie zakładkę kontakty i możecie wysłać mi na pocztę, albo na asku (wtedy oczywiście nie odpowiem na to 😉).
To wtedy wysyłajcie, wysyłajcie! 🙈🙉🙊
Trzymajcie się gorąco ❤️
ENJOY!
Subskrybuj:
Posty (Atom)