sobota, 8 listopada 2014

LIEBSTER AWARD


Serdecznie dziękuję za nominację do LA Kolorowa Biel <3
To dla mnie wiele znaczy :*


PYTANIA:
1.Twoje prawdziwe imię?
Weronika :)

2.Gdybyś nie prowadziła bloga z opowiadaniem to jakiego typu byłby to blog?
Szczerze to nigdy się na tym jakoś głębiej nie zastanawiałam, ale tak myślę teraz, że mógłby by to być blog z opisem mojego tygodnia. Dzieliłabym się z innymi tym co się wydarzyło w minionym tygodniu.

3.Czy masz pomysły na kolejne opowiadania?
Tak, mam pomysły na kilka opowiadań, ale raczej wątpię by wszystkie zostały przelane na papier :) 
Mogłabym połączyć kilka w jedno, ale do tego jeszcze daleka droga. Na razie skupiam się tylko na tym opowiadaniu :)

4.W jakich sytuacjach przychodzą Ci do głowy pomysły na nowe rozdziały i jak wygląda Twoja praca nad nimi?
Same pomysły do mojej głowy przychodzą znikąd XD. Po prostu np. jem sobie śniadanie i myślę o blogu i tak po prostu coś mi wpada do głowy i sobie myślę: "Hej, to jest całkiem fajny pomysł, tylko trzeba go dopracować." 
Potem zazwyczaj siadam do laptopa i zaczynam pisać. Oczywiście wszystko przechodzi z kilka razy gruntowne poprawki, ale ostatecznie to co zobaczycie jest chyba najlepszą wersją :) 

5.Pisząc opowiadania ...(dokończ)
...przestaje myśleć o wszystkim innym. Skupiam się na tej wyimaginowanej historii i tylko na niej. Czasami czuję się jakby ona działa się na prawdę :) 
Opowiadanie pomaga mi czasami zapomnieć o problemach. 
Jestem tylko ja i ten wymyślony świat. 


JA NOMINUJĘ:
 http://loveumieraostatnia.blogspot.com/
http://wrong-dreams.blogspot.com/
http://quiet-another-bvb-story.blogspot.com/
http://meine-echte-liebe.blogspot.com/
http://dlugi-sen-diany.blogspot.com/


MOJE PYTANIA:
1.Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem?
2.Co daje Ci pisanie blogów?
3.Czy zdarzyło Ci się, że ktoś obraził Cię lub wyśmiał dlatego, bo kibicujesz swojemu klubowi?
4.Jak zareagowałaś, gdy Mario i Robert odeszli z BVB? Jaki masz do nich teraz stosunek?
5.Co robisz oprócz pisania blogów w wolnym czasie?


Dziękuję jeszcze raz <3

środa, 5 listopada 2014

Rozdział 14

"PRZECIEŻ JESZCZE WCZORAJ BYŁEŚ PEWNY..."


*******
-Wiki?-usłyszałam za sobą. Odwróciłam się, a tam ukazał mi się niesamowity obraz. Marco w garniturze. Wyglądał niesamowicie. Kocham ten widok. Jego nienaganna grzywka jak zawsze świetnie się układała, a do tego w ręku miał piękny bukiet czerwonych róż. A on? Uśmiechał się od ucha to do ucha. Sama kiedy go zobaczyłam automatycznie kąciki moich ust się podniosły.
-Ślicznie wyglądasz.-powiedział do mnie, a ja się lekko uśmiechnęłam. Następnie podarował mi kwiaty i pocałował delikatnie w usta. Podobało mi się to. Bardzo podobało.
-Gdzie mnie zabierasz?-zapytałam.
-Niespodzianka.-dodał tajemniczo oraz objął mnie w talii i poprowadził w to tajemnicze miejsce.
Prowadził mnie uliczkami miasta. Był to prawdopodobnie Madryt. Odkąd pamiętam chciałam zawsze tu przyjechać. Byłam w Hiszpanii nie raz, ale nigdy nie zwiedziłam własnie miasta słynnego Realu Madryt. Nagle zatrzymaliśmy się przed restauracją - Champagnerie Gala
-Chodź.-powiedział cicho i złapał mnie za rękę oraz zaprowadził do środka. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zauważyłam, że w środku nie ma żywej duszy. Był tylko jeden stolik z winem i świecami.-Zapraszam skarbie.-po raz kolejny zwrócił się do mnie w ten swój charakterystyczny sposób. Odsunął mi krzesło, a sam usiadł na przeciwko mnie. Po chwili się okazało, że my wcale nie jesteśmy sami. Z pomieszczenia, które chyba było kuchnią wyszedł kelner i podał nam tradycyjne hiszpańskie danie, które nazywa się Paella. Następnie kelner polał nam po lampce wina, a po chwili zostaliśmy już sami.
Cały wieczór minął niesamowicie. Czułam się jak w niebie. Byłam najważniejsza. Byłam ja i on. Chłopak, którego kocham najbardziej na świecie. Chłopak, który jest dla mnie najważniejszy na świecie. Chłopak dla którego oddałabym życie.
Kiedy zjedliśmy, Marco zaproponował spacer po mieście. Nie znaliśmy go za dobrze, więc chodziliśmy tam gdzie nam nas nogi poniosły. Po drodze nie rozmawialiśmy. Nie było to nam potrzebne. Mieliśmy siebie i swoją obecność i ona w zupełności nam wystarczała. Całą drogę trzymaliśmy się za ręce. Nagle Marco zatrzymał się. Obróciłam się w jego stronę i zapatrzyłam się w jego cudowne oczy. Po sekundzie Reus zbliżył się do mnie i pocałował. W tym jednym pocałunku było tyle uczucia i emocji jak nigdy. Kochałam to w nim. 
-Kocham Cię Wiki. Nigdy Cię nie zostawię.-powiedział przerywając pocałunek. Jednocześnie oparł się swoim czołem i moje. 
-Ja Ciebie też...

Nagle wszystko prysnęło. Nie było Madrytu, mnie, Marco, jego czułych słów. To wszystko po prostu zniknęło. Zaczęłam powoli otwierać powieki. Momentalnie poczułam ból, który przeszywa moje oczy od światła. Po dobrych paru minutach już oswoiłam się z światłem i mogłam na spokojnie ogarnąć gdzie jestem. Białe ściany, różne urządzenia...Gdzie ja jestem? Wygląda to na szpital, tylko co ja bym w nim robiła...Ostatnie co pamiętam to jak byłam u Mario. No właśnie, u Mario. Potem chciałam iść do Reusa, powiedzieć mu wszystko, ale spotkałam jeszcze ta znajomą z Polski, a potem Rafała. No tak...Powoli przypominało mi się wszystko. To jak wybiegłam na ulicę, a potem jak potrącił mnie ten samochód. Boże! Przez moją głupotę prawie straciłam życie. Chociaż może tak było by lepiej? Może lepiej było jakbym umarła? Moje rozmyślenia przerwał gość w moim pokoju.
-Witam Panią!-powiedziała młoda kobieta w białym fartuchu.-Widzę, że wybudzanie przyniosło skutek. Jak się czujesz?-zapytała.
-Dobrze...-odparłam bez większego entuzjazmu.-Ale...-chciałam zapytać co się dokładnie stało, lecz lekarka mnie wyprzedziła.
-Potrącił Cię samochód, przez co musieliśmy operować. Nie masz zbytnio dużo obrażeń zewnętrznych. Gorzej było właśnie z ranami wewnętrznymi, ale teraz jest już wszystko w porządku. A no i byłaś jeszcze w śpiączce kilka dni.-odpowiedziała.
-To który dzisiaj jest?-zapytałam, bo to jest bardzo ciekawe ile byłam w śpiączce.
-14 września. Niedziela.-uśmiechnęła się do mnie i zaczęła jakieś tam badania. Ciągle byłam słaba i nie za bardzo miałam na cokolwiek siły, więc kiedy lekarka wyszła, marzyłam tylko o tym by położyć się spać, ale nie było mi to dane do bo mojego pokoju wparowały Agata z Ewą i oczywiście Ania.
-WIKUŚ!!!-krzyknęły wszystkie na raz, kiedy to zobaczyły mnie. Cała trójka podbiegła do mnie oraz mocno przytuliła. Prawie mnie udusiły.
-Jak się czujesz kochana?-zapytała Ewa.
-W sumie to nie najgorzej.-zaśmiałam się.-Trochę odpłynęłam co nie?-ponownie uśmiechnęłam się by rozluźnić atmosferę.
-Dziewczyno już nigdy nie będziesz sama chodziła po mieście, a przynajmniej my Cię nie wypuścimy.-zagroziła poważnie Ania.
-Może lepiej opowiedzcie mi co wydarzyło się ostatnio?-zaproponowałam zmianę tematu, bo jakąś nie za bardzo chciałam rozmawiać o moim wypadku. Na ten moment chciałabym o nim zapomnieć.
-Hmmm...-zamyśliła się Agata co by tu opowiedzieć.-W sumie nic takiego...-odpowiedziała, a potem po kolei dowiadywałam się różnych mniej lub bardziej ciekawych wiadomości. Otóż chłopaki wrócili niedawno z zgrupowań*. Odbyły się mecze kwalifikacyjne na Euro 2016. Polska wygrała z Gibraltarem 7:0, a 4 gole strzelił nasz Robercik. Niemcy również wygrali ze Szkocją 2:1, ale musieli się dość namęczyć. Niestety Marco musiał wrócić ze zgrupowania szybciej, bo odnowiła mu się kontuzja. Ta sama co wykluczyła go z mundialu. Będzie musiał pauzować z jakieś 4 tygodnie. Wczoraj odbył się również mecz BVB z Freiburgiem i jak powiedziały dziewczyny, chłopaki zagrali ten mecz właśnie dla mnie. Bym szybko wybudziła się ze śpiączki. Juniorzy w również grali mecz, Kuba z Felixem zgarnęli obaj po dwa gole i każde dedykowali mi. Kiedy to słyszałam to czułam takie ciepło na sercu. To jest niesamowite uczucie. Kompletnie nie do opisania. Dziewczyny opowiedziały jeszcze, że Rafał i Nina byli ze mną, kiedy leżałam w śpiączce. Dobrze, że tak to się skończyło. Mam nadzieję, że za jakiś czas nasze relację się poprawią. Martwili się o mnie i cenie to. Dodatkowo Ania skończyła pisać swoją książkę i pozostaje poczekać z jakiś miesiąc na jej wydanie. No, "w sumie nic się nie wydarzyło..." Dziewczyny siedziały ze mną do 16. Rozśmieszały mnie, pocieszały... dzięki nim nie czułam się jak w szpitalu tylko ja byłabym u siebie.
Oczywiście na odwiedzinach Polek się nie skończyło. Generalnie cały czas drzwi się otwierały. Wpadli jeszcze chłopaki z drużyny i ich partnerki. Nawet Jürgen Klopp był chociaż, że zamieniłam z nim może kilka słów, kiedy to byłam raz na treningu chłopaków. Byli przyjaciele ze szkoły, Pan Lukas, a na koniec dnia Mario z Ann. Kiedy myślałam, że to już koniec odwiedzin to w pomieszczeniu ponownie ktoś zawitał, a właściwie zawitali. Był to mój brat i rodzice. Jak Kuba mnie zauważył od razu pobiegł do mojego łóżka i przytulił mnie jakbyśmy nie widzieli się kilka lat.
-Tęskniłem.-wyszeptał.
-Ja też.-odparłam.
-Witaj córeczko.-powiedziała mama do mnie. Czułam, że jej słowa były bardzo niepewne, ale mimo to szczere. Sądzę, że rodzice martwili się o mnie i zapewne przemyśleli wiele, ale dlaczego musiało dojść do takiej tragedii by oni wreszcie się ogarnęli.
-Cześć Wam.-uśmiechnęłam.
-Jak się czujesz?-zapytał tata.
-Jest okej. Boli mnie trochę wszystko i jestem zmęczona.
-Odwiedził Cię ktoś dzisiaj?-dopytywała sie rodzicielka.
-Szczerze? To cała Borussia na czele z Kloppem i większość osób z mojej klasy. No i Pan Lukas.
-No to się chyba nie nudziłaś.-zauważył mój brat.
-Zupełnie.-uśmiechnęłam się.
-Wiktorio.-zaczął ojciec.-Ja, my...Chcemy Cię bardzo przeprosić. To przez Nas to wszystko. To przez naszą głupotę jesteś teraz w szpitalu, a wcześniej walczyłaś o życie. Wiemy, że zawaliliśmy. Obiecujemy poprawę. Nie będziemy już przesiadywać cały dzień w pracy. Każdą wolną chwilę poświecimy Wam. Przepraszamy za wszystko co się wydarzyło.-skończył i usiadł obok mnie na łóżku.
-Tata ma rację. My chyba naprawdę uwierzyliśmy, że poradzicie sobie, że jesteście już duzi i nie potrzebna jest Wam nasza pomoc. Myliliśmy się. Popełniliśmy wiele błędów, ale jesteśmy ludźmi i je popełniamy. Proszę, wybacz Nam. Oboje Nam wybaczcie.-mama złapała mnie za rękę. Poczułam się dziwnie. Bardzo dawno nie słyszałam takiej czułości od nich. Byłam w szoku, ale też i szczęśliwa, bo od bardzo dawna chciałam to usłyszeć, że będzie lepiej. Nie mam zielonego pojęcia czy zrobią tak jak mówią, ale jedno jest pewne. Mówią szczerze. Kiedy patrzę komuś głęboko w oczy to tak jakbym zaglądała w jego myśli. Zazwyczaj wiem, że ktoś mówi szczerze, czy też kłamię. Po rodzicach było widać, że żałują i chcą się zmienić. Bardzo bym chciała, żeby tak było, ale czy będzie? Czas pokażę. Jak powiedziała mama. "...jesteśmy ludźmi i je popełniamy."  Popełniamy błędy. Sama też je czynie, ale inni potrafią mi je wybaczyć, więc czemu ja nie mogę?
-Dobrze.-odpowiedziałam i popatrzałam na nich.-Wybaczamy Wam, ale musicie się zmienić.
-Jasne.-powiedzieli równo i przytulili się do nas. tak dawno tego nie czułam. Tak dawno nie czułam miłości od rodziców. To wspaniałe uczucie i myślę, że jeszcze je doświadczę. Około godziny 21 rodzina wyszła już, a ja zostałam sama. Jednak po chwili przyszła pielęgniarka. Dała mi jakieś leki i jeszcze raz zbadała. Potem mogłam już spokojnie zasnąć. Jednak nie mogłam. Powinnam być dzisiaj szczęśliwa, że tyle osób mnie odwiedziło i pomogło, ale tak nie jest. Dlaczego? Dlatego, że nie było dzisiaj przy mnie bardzo ważnej osoby. Tak. Chodzi o Marco. Leżąc tak myślałam co z nim jest. Co teraz robi, O czym teraz myśli. Czy może o mnie myśli. Dziwiłam się dlaczego tu nie przyszedł. Dziewczyny mówiły, że bywał tutaj bardzo często. Nawet z tą nogą. To, więc dlaczego nie było go dzisiaj?


*******

-Co ty gadasz?-krzyknął Marcel (Fornell).
-To co słyszysz...-odparłem bez wyrazu.
-Przecież jeszcze wczoraj byłeś pewny, że chcesz jej powiedzieć, a teraz tak zwyczajnie się wycofujesz?-burzył się coraz bardziej.
-Zrozum to, że ona może się załamać! Już wystarczająco dużo przeszła, a jak dowie się, że była w ciąży i do tego straciła to dziecko, przez wypadek to przecież się psychicznie załamie. Jej rodzice mają rację. Im wie mniej tym lepiej.-odpowiedziałem i opadłem na kanapę w domu przyjaciela.
-Nie wiem Marco. Wydaję mi się, że lepiej będzie jak powiesz jej prawdę. Kiedyś to może wyjść na jaw i dopiero będziesz miał problem.-dodał co sądzi na temat.
-Ja też tak uważałem. Myślisz, że dlaczego byłem dzisiaj w szpitalu. Jak tylko dowiedziałem się, że sie wybudziła to od razu chciałem jej to powiedzieć. Chciałem mieć to już za sobą, ale kiedy zobaczyłem jaka jest radosna przy dziewczynach to...Marcel ja nie mam serca jej tego powiedzieć.-schowałem twarz w dłoniach i głośno westchnąłem. Ostatnio tyle dzieje się w moim życiu, że nie potrafię tego ogarnąć. Wiktoria, wypadek Wiktorii. Potem ta wiadomość, że była w ciąży, ale poroniła i do tego jeszcze ta cholerna kontuzja. Mam dość. Ostatnimi czasy mam ochotę po prostu rzucić wszystko i wyjechać. Jak najdalej się da. Sam, bez nikogo i niczego. Byłbym tylko ja i moje myśli. Ciągle do mnie nie dociera to, że miałem dziecko... Niby to oczywiste jak się nie zabezpiecza, ale zupełnie o tym nie myślałem. Oczywiście nie jest tak, że się cieszę, że to dziecko...nie żyję. Wręcz przeciwnie. Ja przez pierwsze dni byłem w wielkim szoku. Nic do mnie nie docierało i można powiedzieć, że właśnie dlatego doznałem tej kontuzji. Nie potrafiłem skupić się na meczu. Myślami byłem cały czas przy Wiktorii i właśnie tej małej istotki, która nie miała takiej szansy i po prostu jej nie ma. Pewnego razu, kiedy wracaliśmy własnie od Wiki to Mario spytał się mnie czy, gdyby to dziecko przeżyło to czy bym je wychował. Oczywiście, że tak. Wychowałbym je najlepiej jakbym mógł. Dałbym i zrobiłbym dla niego wszystko. Ja przeżyłem to bardzo mocno, a co dopiero Wiktoria, która i tak dużo już przeszła. Dlatego uważam, że tak będzie dla niej lepiej. Lepiej, bo nie będzie wiedziała.
-Marco...-poczułem jak Marcel mnie klepie po plecach.-Ja wiem, że to wszystko to za dużo jak na tak krótki okres czasu. Wiem dużo przeżyłeś, oboje dużo przeżyliście, ale moje zdanie znasz. Zrób to co uważasz za słuszne. Decyzja należy do Ciebie.-powiedział, a ja w ramach podziękowań szczerze się do niego uśmiechnąłem.-Pamiętaj, że niezależnie co zrobisz, jestem z Tobą.
-Dziękuję. Nie wiem co bym zrobił bez Was. Jeszcze ta pieprzona noga.-skarżyłem się.-Już myślałem, że będzie dobrze, że w końcu moja forma poprawi się. Nie dość. że mundial miałem z głowy to jeszcze nie mogę pomóc teraz chłopakom.
-To nie Twoja pierwsza i nie ostatnia kontuzja Marco. 4 tygodnie to nie tak dużo. Przynajmniej masz trochę czasu na sprawę z Wiki.-powiedział, a ja na samą myśl, że będę mógł o nią teraz walczyć, pojawił się na mojej twarzy uśmiech. Posiedziałem i pogadałem jeszcze z Marcelem około godziny. Później uznałem, że czas się już zbierać.
-Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.-dodał, kiedy powoli wychodziłem z domu.
-Wiem, Dzięki.-pożegnaliśmy się i ruszyłem do taksówki, która już na mnie czekała. Jechałem powoli po ciemnym Dortmundzie. Niby urodziłem się tutaj, ale miasto wieczorem zawsze będzie robiło na mnie ogromne wrażenie. Zupełnie jakbym był tutaj pierwszy raz. Podziwiając tak widoki nie zauważyłem, a byłem już pod domem. Kierowca zaparkował samochód pod domem, zapłaciłem miłemu starszemu Panu, a potem wysiadłem. Zanim wszedłem jeszcze do domu to szybko rzuciłem wzrokiem na dom Müllerów. Zacząłem myśleć, że co by było jakby ta rodzina się tu nie wprowadziła. Czy dalej byłbym z Caro? Czy dalej byłbym takim człowiekiem jakim byłem? Czy miałbym teraz tą kontuzję? Każdy może śmiało powiedzieć, że moje życie się diametralnie zmieniło za sprawą tej niby niewinnej osóbki. Czy na lepsze? Zdecydowanie tak. Dzięki niej zrozumiałem wiele rzeczy. Zrozumiałem co tak na prawdę jest ważne, a co należy traktować drugoplanowo. Wiktoria zmieniła moje życie. Gdyby nie wypadek zostałbym ojcem. Miałbym dziecko. Za 9 miesięcy siedziałbym z malutką istotką na rękach kołysząc ją do snu. Urocze. Kiedyś nie zrobiłoby to na mnie najmniejszego wrażenia. Z Caroline nigdy nie rozmawiałem na temat dzieci. Ona sama nigdy o nich nie wspominała. W sumie gdybym był z nią teraz to pewnie nawet nie przeszłoby mi to przez długi czas przez myśl, że mógłbym zostać ojcem. Myśląc, poczułem, że mój telefon wibruje. Okazało się, że to Mario.
-No mów.-powiedziałem, gdy odebrałem telefon.
-Właśnie wracamy od Wiktorii. Nie powiedziałeś jej prawda?-bardziej stwierdził niż zapytał.
-Mariooo...-przeciągnąłem, bo przyjaciel z klubu jest święcie przekonany, że powiem Wiki o tym. Mało tego sądził, że powiedziałem jej już dzisiaj jak w sumie miałem w planach.-Ja jej nie powiem jednak.
-Wiedziałem...Dlaczego?-westchnął.
-Odważyłbyś się to zrobić? Byłem w szpitalu, ale jak zobaczyłem ją z dziewczynami, które poprawiły jej humor to... Mario ja nie mogę jej tego zrobić. Będzie za bardzo cierpieć. Kocham ją i nie chcę by była nieszczęśliwa. Zobacz jak ja to przeżyłem, a co dopiero ona. 
-No masz racje w sumie...
-A ty? Jak byś postąpił na moim miejscu?-zapytałem.
-Stary, ja nie mogę sobie jeszcze tego wszystkiego wyobrazić. Nie wiem, kompletnie nie wiem i jestem szczęśliwy, że nie jestem na Twoim miejscu i nie muszę podejmować takich decyzji. Skoro uważasz, że tak będzie lepiej. To zrób to.
-Niektórzy sądzą inaczej.-stwierdziłem.
-Ktoś mi kiedyś powiedział, że gust jest jak dupa, każdy ma swoją.-mówił, a ja się zaśmiałem.-Więc zrozum to trochę tak, że tyle ile osób o tym wie, to każdy będzie miał swoje zdanie na ten temat. 
-Dziękuję. Naprawdę Ci dziękuję.
-Nie ma za co. Słuchaj ja spadam, bo...muszę jeść, spać...Ann...-zaczął się tłumaczyć, ale ja doskonale zrozumiałem o co przyjacielowi chodzi.
-Dobra, rozumiem. Dzięki jeszcze raz i nie zaszalej za bardzo. Za kilka dni mecz macie. 
-Tak jest kapitanie!-powiedział w wojskowym stylu Mario.-To dobranoc!
-Dobranoc.-odpowiedziałem i rozłączyliśmy się niemal równocześnie.

Około godziny 8 rano zacząłem się wybudzać z błogiego snu. Normalnie pospałbym sobie jeszcze trochę, tym bardziej, że na razie nie trenuję tylko przechodzę rehabilitację. Jednak dzisiaj miałem coś do załatwienia. Koniecznie muszę odwiedzić Wiktorię. Byłem przy niej cały czas, kiedy była nieprzytomna. Teraz, gdy się wczoraj wybudziła każdy ja odwiedził oprócz mnie. Mam nadzieję, że nie pomyślała o mnie nic złego. Jednak ja wczoraj po prostu nie mogłem tam wejść. Była za szczęśliwa, a ja to bym wszystko zniszczył. Jestem coraz bardziej przekonany, że nie powinna o tym się dowiadywać. Jej rodzice od początku mi o tym mówili, bym nie powiedział jej prawdy, a no właśnie. Nie wspomniałem nic o rodzicach. Otóż Państwo Müllerowie powiedźmy, że nie chcieli mnie zabić na początki, kiedy lekarka powiedziała o ciąży. Owszem byli wściekli, ale Ania, Mario i Kuba wyjaśnili im i w skrócie opowiedzieli o nas. Nie wiem co dokładnie im mówili, ale chyba to musiało poskutkować, bo zaczęli się do mnie normalnie odzywać.
O godzinie 9.30 wychodziłem już z domu. Wcześniej zadzwoniłem do Marcela, by po mnie przyjechał i zawiózł do szpitala. Na chłopaków z klubu nie mam co liczyć, bo jutro grają z Arsenalem w Lidze Mistrzów, więc prawie cały czas trenują. Kiedy już szykowałem się do wyjścia, musiałem jeszcze zabrać kulę, bo nie za bardzo mogę się bez niej poruszać. Nienawidzę być kontuzjowanym. Ta, która wykluczyła mnie z mundialu kompletnie mnie załamała, ale musiałem być twardy i silny, bo przecież o to chodzi w tym sporcie - by nie poddawać się mimo wszystko i walczyć do końca. Mam nadzieję, że uda pozyskać mi się formę tą z przed kontuzji.
Złapałem jeszcze czapkę i powolnym krokiem udałem się do Marcela, który już czekał na mnie w samochodzie. Kiedy już miałem otwierać drzwi auta zauważyłem zmierzającą w moją stronę matkę Wiktorii.
-Dzień dobry!-przywitałem się pierwszy.
-Witaj Marco.-uśmiechnęła się do mnie lekko.-Jedziesz do Wiktorii?
-Tak. Nie byłem wczoraj u niej, a dzisiaj chciałbym...
-Marco, ja właśnie w tej sprawie. Ja wiem, że powinniśmy być szczerzy co do niej, ale ona...ona nie da rady sobie z tym.-przerwała mi.-Wiem tez to, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale czasem jest po prostu lepiej zachować prawdę dla siebie. Dla dobra drugiej osoby...
-No właśnie chodzi o to, że ja...Przemyślałem to i uważam, że lepiej jak zachowamy to dla siebie. Mają Państwo rację, że lepiej jakby nie wiedziała.-odpowiedziałem na co sąsiadka westchnęła głośno.
-Dziękuję.
-Za co?-zdziwiłem się.
-To ty Marco byłeś ojcem tego nienarodzonego dziecka i to powinna być przede wszystkim Twoja decyzja. Cieszę się, więc z takiego zakończenia.
-Teraz będzie już tylko lepiej.-uśmiechnąłem się.
-Mam nadzieję. Mam ogromna nadzieję.
-Przepraszam, ale muszę już jechać. Do zobaczenia.
-Do zobaczenia.-odpowiedziała i udała się do domu, a ja do samochodu Marcela.

-No to Marco. Powodzenia.-powiedział Fornell, kiedy to byliśmy już przed szpitalem. Wcześniej zajechaliśmy jeszcze do kwiaciarni i kupiłem jej duży bukiet czerwonych róż. Powinno się jej spodobać. Pożegnałem się z przyjacielem i wysiadłem z samochodu oraz od razu skierowałem się do budynku. Drogę do sali, w której leży dziewczyna znałem na pamięć, więc nie było problemu tam trafić. Po kilku minutach byłem już przed pokojem. Przez szklane drzwi widziałem dziewczynę. Leżała i bawiła się w telefonie. Jej stan był już lepszy. Pewnie wczoraj miała nie mało gości, którzy poprawili jej humor. Wziąłem jeszcze głęboki wdech i powoli wszedłem do środka. Kiedy Wiktoria mnie zauważyła była w mały szoku, ale uśmiechnęła się.
-Dzień dobry.-powiedziałem i uśmiechnąłem się.
-Marco?-zapytała. Zupełnie jakby mnie nie poznała.-Co ty tu robisz?
-Przyszedłem Cię odwiedzić. Przepraszam, że wczoraj nie było mnie, ale... tak jakąś wyszło.-próbowałem się usprawiedliwić z mojej nieobecności.-Proszę! To dla Ciebie.-podarowałem jej kwiaty. Wiki była cała szczęśliwa. Widać to było po jej oczach i w ogóle po zachowaniu. Bardzo podobało mi się to, że może to właśnie moja obecność tak na nią podziałała.
-Dzię..Dziękuję!.-powiedziała w końcu.-Mógłbyś mi je wstawić do jakiego wazonu, albo coś?-poprosiła.
-Jasne, ale to może poczekać.-odparłem i usiałem obok niej na łóżku.-Jak się czujesz?
-Nie najgorzej. Za kilka dni powinnam już dostać wypis.-odpowiedziała.-A jak z Tobą?-spojrzała na moją nogę, na której znajdował się usztywniacz.
-Nie najgorzej.-powiedziałem i oboje się zaśmialiśmy.-Tak na poważnie, to serio nie jest źle. Czeka mnie teraz mała przerwa, ale co mogę poradzić? Taka jest piłka.
-Ważne jest byś się nie poddał. Musisz być silny.-dopowiedziała.
-Jestem, bo mam dla kogo.-po tych słowach złapałem ją za rękę i pocałowałem w nią. Ona natomiast popatrzała się na mnie tymi swoimi oczami, które mówiły, a wręcz prosiły o następny krok.-Wiki?
-Tak?-podniosła się i nasze głowy niemal były na tej samej wysokości.
-Przepraszam Cię za wszystko.-mówiłem cicho.-To jest poniekąd moja wina.
-Nie mów tak.-również zaczęła gadać moim tonem głosu.
-Ja naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Nie chciałem tak do Ciebie powiedzieć. Zraniłem Cię przepraszam.-dodałem i złapałem jedną ręką jej chłodny i blady policzek.
-Ja też powinnam Cię przeprosić. Nie powinnam się do Ciebie tak odzywać i być wredną. Okropnie się zachowywałam w stosunku do Ciebie. Wybaczysz mi?
-Pod warunkiem, że ty wybaczysz mi.-uśmiechnąłem się do niej szczerze i w tym momencie nasze twarze zaczęły się powoli zbliżać.
-Zgoda.-powiedziała, a my byliśmy coraz bliżej, Może to dziwne, ale czułem motylki w brzuchu. Zupełnie jakbym robił to po raz pierwszy.
-Co ta dziewczyna ze mną zrobiła?-myślałem. Kiedy dzieliły nas już tylko centymetry czułem jej usta. Już tylko dwa milimetry, jeden, ale nie! Los musi mieć jakieś inne plany i kiedy prawie ją pocałowałem do sali musiała wejść lekarka.
-Dzień... Oh..Przepraszam.-powiedziała trochę zmieszana.
-Nic się nie stało...-uśmiechnęliśmy się oboje.
-Przepraszam jeszcze raz, ale zagapiłam się w papierach i nie zobaczyłam prze szybę czy ktoś jest.-tłumaczyła się.-Panie Reus, czy mogłabym Pana prosić do mnie do gabinetu?-zapytała.
-Ttak.-odpowiedziałem i pocałowałem Wiki w czoło.-Zaraz wrócę.
-Dobrze...-powiedziała, ale wyczułem u niej lekkie zdziwienie. W sumie co się dziwić. Lekarka zapewne chce porozmawiać o mojej decyzji w sprawie naszego dziecka. Wiktoria nie ma o niczym pojęcia, wiec dziwi sie co może ode mnie chcieć. 
Szedłem za nią powoli. Po chwili byliśmy już w pokoju lekarki. 
-Proszę, usiądź.-zwróciła sie już do mnie na "ty". Powiedzmy, że przez ten tydzień poznaliśmy się trochę. Po za tym jesteśmy w takim samym wieku. Liliana jest miłą, ciepła i sympatyczną kobietą. Bardzo pomogła mi, podtrzymywała na duchu oraz mówiła, że zrobi wszystko by Wiki się wybudziła. -Podjąłeś już decyzję?
-Tak.-odpowiedziałem po prostu. 
-No i...?
-No i postanowiłem nic jej nie mówić. 
-Marco...-popatrzała na mnie takim pouczającym spojrzeniem,
-Lil tak będzie lepiej. Ja wiem, że ty wiesz swoje, ale podjąłem już decyzję i jej nie zmienię. 
-Nie sądzisz, że powinna o tym wiedzieć? Mieć świadomość co sie stało? A co jak to się wyjawi w przyszłości? Nie chodzi mi, że za tydzień, dwa tylko za kilka lat, kilkanaście... Co wtedy jej powiecie? 
-Mam tak po prostu pójść do niej teraz i powiedzieć "Hej Wiki! Wiesz, że byłaś w ciąży ze mną i straciłaś to dziecko przez wypadek?". Tak mam zrobić? -podniosłem głos. 
-Możesz to zrobić przecież w bardziej delikatny sposób. A co by było jakby Wiki nie zapadła w śpiączkę? Wtedy musielibyśmy jej powiedzieć.
-Ale teraz mamy możliwość ukrycia. Uwierz mi tak będzie lepiej.-odparłem i wstałem z krzesełka.
-Ciekawe dla kogo.-usłyszałem cichą odpowiedź, ale to nie była Liliana, ale... Wiktoria?! Co ona tu robi? Czy ona słyszała wszystko? Nie to nie możliwe. Stała oparta o drzwi, była cała blada. Wyglądała na słabą, wiec szybko podszedłem do niej, by sie nie przewróciła. 
-Wiktoria... powinnaś leżeć. Jesteś jeszcze słaba.-chciałem ja dotknąć, ale dziewczyna szybko się odsunęła.
-Byłam w ciąży?!-krzyknęła słabo.
-Chodź porozmawiamy w pokoju.-znowu chciałem do niej podejść, ale ponownie mnie odrzuciła.
-Nie! Pytam się coś? Byłam z Tobą w ciąży?-dopytywała się.
-Wiktorio, Marco ma rację. W Twoim stanie nie powinnaś nawet wstawać z łóżka.-dodała lekarka.
-Ty się nie wtrącaj.-syknęła do niej.-Reus, pytam się coś Ciebie!
-Tak! Miałaś ze mną dziecko, ale...straciłaś je przez wypadek.-powiedziałem i poczułem jak łamie mi się głos.-To chciałaś usłyszeć.-niestety, ale podniosłem swój głos. Nie mam pojęcia dlaczego, ale to przez emocję. Jednak zdecydowanie przesadziłem, bo zauważyłem, że Wiktoria bladnie jeszcze bardziej oraz zaczyna się kurczowo trzymać ściany. Zupełnie jakby miała upaść. Szybko, więc podszedłem do niej i złapałem w ostatniej chwili, bo już upadała.
-Trzymaj ją Marco ja lecę po wózek.-krzyknęła Lil i wybiegła z gabinetu. Ja natomiast miałem ją na rękach. Nie straciła przytomności, ale nie kontaktowała do końca. Po chwili usłyszałem ciche szlochanie. Bez namysłu przytuliłem ją do siebie.
-Wikuś...proszę nie płacz.Wszystko tylko nie to.-sam również prawie płakałem.
-Dla...dlaczego nie chciałeś mi powiedzieć?-zapytała się cicho ciągle płacząc.
-Uznałem, że tak będzie lepiej.-odparłem tylko lub aż tyle. Nie potrafiłem już nic z siebie wydusić. Pojedyncza kropla łzy spłynęła po moim bladym policzku. Czułem się strasznie bezbronny. Trzymałem w rękach cały mój świat. Płakała, była załamana, słaba, bez mocy...a ja nie mogłem nic zrobić.
-Jestem. Pomożesz mi?-przyszła już Liliana z wózkiem. Obydwoje podnieśliśmy Wiktorię i zawieźliśmy do jej pokoju oraz położyliśmy do łóżka. Lekarka postanowiła podłączyć jeszcze kroplówkę. Teraz dziewczyna leżała bez wyrazu twarzy na łóżku. Było mi jej tak cholernie żal. chciałbym coś zrobić, ale właśnie najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam jak.
-Wiki...-powiedziałem do niej.
-Idź stąd Marco.-przerwała mi cicho. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzała w bok na pustą ścianę.
-Proszę spójrz na mnie.
-Ja też Cię proszę...Pozwól mi pobyć samej.-w końcu spojrzała na mnie swoimi pięknymi zielonymi oczami. Były przepełnione bólem i rozpaczą oraz łzami.
-Przyjdę jutro, a jeżeli nie będziesz mnie tez chciała widzieć to przyjdę i kolejnego dnia.-powiedziałem i po prostu wyszedłem zostawiając ją samą. Samą z tym wszystkim. 
________________________________________________________________
ZAPRASZAM NA KOLEJNY ROZDZIAŁ! PODOBA SIĘ 14?

Tak szczerze mówią to jest to jeden z tych rozdziałów, z których jestem zadowolona :)
Podoba mi się i mam nadzieję, że również ocenicie go pozytywnie ;*
Proszę o szczere opinie. Chce wiedzieć czy podoba się Wam ten styl pisania ;)

*Jak zauważyliście (albo i nie XD) staram się żeby opowiadanie było realne jeśli chodzi o czas wydarzeń. W sensie jeżeli BVB ma w rzeczywistości jakiś mecz np. w sobotę 13 września to u mnie też będzie mecz :)
Jednak nie udało mi się tutaj odpowiednio wstawić powołanie do kadry reprezentacji. Po prostu mi ni pasowało i musiałam to opóźnić :)

Mówiłam, że sie wyjaśni? Jednak pozostawiam Wam pewien niedosyt :)
Po raz kolejny zepsułam wszystko ;) Kocham to robi ;D
Zapewne myślicie dlaczego akurat Madryt pojawił się na początku we śnie Wiki.
Szczere? Nie wiem... XD Po prostu to było pierwsze miasto jakie mi się skojarzyło.
Myślę...Jakieś fajny kraj? Hiszpania! Jakieś fajne miasto? Madryt!!
Po prostu to było moje pierwsze skojarzenia :3

A wy jak byście postąpili na miejscu Marco?
Powiedzielibyście Wiki od razy o ciąży czy wolelibyście ukryć to?
Czekam na Wasze odpowiedzi :*


Chłopaki przegrali w sobotę :/
Ale i tak jestem z nich cholernie zadowolona, bo zagrali świetną pierwszą połowę.
Zabrakło po prostu trochę szczęścia...
Gratulację dla Bayernu!
Widocznie byli wtedy lepsi :) Odegramy się na wiosnę!

Za to wczoraj pewna wygrana z Galatasaray!
Samego meczu nie oglądałam, bo niestety nie miałam czasu...Cholerna nauka :/



W SOBOTĘ IDZIECIE PO 3 PUNKTY! 
WIERZYMY W WAS! ♥

Zapraszam do komentowania ♥

ENJOY!

środa, 29 października 2014

Rozdział 13

"PAN PŁACZE?"


*******
W Polsce wiele osób mi zazdrościło. Czego? Czego się dało. Kasy moich rodziców, różnych gadżetów, które dostawałem od nich, moich relacji z siostrą, mojego talentu... dosłownie wszystkiego. Zapewne uważali, że jak mam wszystko to jestem szczęśliwy. Jednak tak nie było. W Polsce czułem się okropnie. Wszyscy zadawali się ze mną tylko ze względu na to co mam, a nie jaki jestem. To strasznie bolało, bo nigdy nie miałem prawdziwego przyjaciela. Wyjazd do Niemiec był dla mnie szansą wyrwania się z tej zakłamanej rzeczywistości. Sądziłem, że wyjechanie tutaj do Dortmundu to zmieni wszystko co się da. W pewnym sensie miałem rację, bo wiele sie zmieniło. Jestem w juniorskiej drużynie Borussii Dortmund, znam się z Borussen, mam wspaniałego przyjaciela, a moje relację z siostrą są jeszcze lepsze. Mimo, że sama nie za bardzo się cieszyła z tego wyjazdu to jednak się w końcu przekonała. Więc czy taka osoba jak ja może mieć jakieś problemy? Oczywiście, że może. Moja siostra wyprowadziła się z domu, moi rodzice mają nas gdzieś, a dodatkowo wyparli się mojej siostry. Nie wiem czy wytrzymałbym w tym domu, gdyby nie Felix, który przyszedł do mnie wieczorem. Wiki, albo może nawet Mario powiedzieli mu coś, bo przyszedł i od razy wypytywał co się dzieję. Brat Mario wspierał mnie najbardziej jak mógł. Jestem mu za to ogromnie wdzięczy, bo na chwilę zapomniałem o problemie, ale nie wiem ile uda mi się wytrzymać. Jeżeli rodzice się nie zmienią będę musiał uciec. W każdy możliwy sposób...
-KUBA!?-krzyczał do mnie trener.-Co się dzisiaj z tobą dzieję? Zapomniałeś jak się kopię piłkę?-prawił mi wyrzuty, kiedy to kolejny raz nie trafiłem na pustą bramkę.
-Trenerze, Kuba musi na chwilę usiąść.-bronił mnie Felix.-Porozmawiam z nim i będzie okej.
-Dobrze, ale na 5 minut.-zarządził. Po chwili siedzieliśmy już na ławkach rezerwowych. Nie mam pojęcia co się dzisiaj ze mną dzieję, ale cały czas towarzyszy mi dziwne uczucie. Nie ogarniam o co w tym chodzi, ale kiedy ostatnio miałem coś podobnego to Wiki złamała rękę na treningu karate. Martwię się o nią. Wiem, że jest bezpieczna u Mario, ale on przed chwilą skończył właśnie trening, czyli przez ten czas wiele mogło się zdarzyć. Boję się o nią. A jak coś siebie zrobiła? Ostanio jest strasznie wrażliwa.
-Kuba, co jest?-zapytał Felix z troską.
-Felix...Ja nie wiem, ale mam dziwne wrażenie, że coś z jest z Wiktorią.-powiedziałem zgodnie z prawdą. Martwiłem się o nią i to bardzo.
-Jest przecież bezpieczna u Mario.-próbował mnie uspokoić.
-Przecież miał przed chwilą trening.
-A Ann?-zapytał, ale zaraz potem sam sobie odpowiedział.-W sumie Mario coś wspominał o jakieś sesji. Czyli jest sama...
-Dzięki.-powiedziałem z sarkazmem.-Ty wiesz jak pocieszyć człowieka.
-Jak to Cię uspokoi to chodź to szatni i zadzwonisz do niej. Okej? Wtedy się wszystko wyjaśni i będzie po sprawie.-odparł i po chwili oboje wyruszyliśmy do naszej szatni. Powiedzieliśmy trenerowi o tym. ale za bardzo zadowolony nie był, lecz się na szczęście zgodził. Przechodziliśmy też obok szatni, w której znajdują się seniorzy. Było w niej słychać śmiechy, krzyki...Zazdrościłem im. Zazdrościłem, że mogą się uśmiechać, a ja nie mam do tego jak na razie powodów. Kiedy otworzyliśmy drzwi od szatni szybkim krokiem podszedłem do mojej torby w której znajduje się telefon. Już na samym początku w oczu rzuciło mi się 30 nieodebranych połączeń od Rafała. Czego on mógł ode mnie chcieć? Szybko wykonałem połączenie do niego, a po sekundzie usłyszałem jego głos. Był przerażony.
-Kuba?!-krzyknął zaraz po odebraniu.
-Co się stało?!-też krzyknąłem, bo usłyszałem syrenę karetki. W tej chwili modliłem się w duchy, by moje przeczucie się myliło.
-Wiki...ona...potrącił ją samochód.
-CO!? Jak to? Gdzie? Kiedy?-zadawałem mnóstwo pytań.
-To nie ważne. Szybko jedź do szpitala, tego w centrum. Zawiadom swoich rodziców. Będę pod telefonem jak coś.-powiedział i szybko się rozłączył.
Ja natomiast byłem w ogromnym szoku. Opadłem bezwładnie na ławkę i schowałem twarz w dłoniach i zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Ona nie może umrzeć. Wtedy straciłbym już wszystkich. Z Rafałem rozmawiałem po Polsku, więc Felix nic nie rozumiał. Zaraz zaczął coś do mnie mówić, ale nie mogłem nic zrozumieć. Dopiero po chwili odzyskałem świadomość.
-Boże Kuba! Co się dzieję?-domagał się odpowiedzi.
-...Wiki... jest w drodze do szpitala. Potrącił ją samochód.
-Co?! Nie to nie możliwe...-złapał się za głowę i zaczął chodzić w kółko.-Musimy tam jechać.
-Czym?-zapytałem, na co Felix szybko wybiegł z szatni, a ja pognałem za nim. Młody Götze kierował się do szatni swojego brata. Bez pukania wszedł, a właściwie wparował.
-Ej! Puka się.-oburzył się Kevin, który był w samych spodenkach i gaciach, chyba Erica, na głowie.
-Gdzie jest Mario?-krzyknął, a po chwili z łazienki wyszedł na szczęście ubrany piłkarz. Jak zobaczył mój i jego brata stan szybko krzyknął.
-Co się stało? Kuba, ty płakałeś?-skierował się do mnie.
-Musisz zawieźć nas do szpitala. Wiktoria miała wypadek.-powiedział na jednym wydechu mój przyjaciel.
-CO?!-krzyknął, a reszta chłopaków też spoważniała. Szczególnie Polska grupa i Marco.
-Nic jej nie jest prawda?-przejął się Reus.
-Nie ma pojęcia, ale musimy tam jechać. Szybko.-odpowiedziałem.
-Dobra, jedziemy.-powiedział Mario.
-Czekajcie! Jadę z Wami.-zarządził Marco, a po chwili cała szatnia była gotowa to wyruszenia do szpitala. Jednak ostatecznie tylko ja, rodzeństwo Götze i Marco jedziemy, a reszta ma dojechać później.

*******
Kiedy brat Wiki powiedział, że jest ona w szpitalu, ledwo powstrzymywałem się od płaczu. Niby chłopaki nie płaczą, ale... Jeżeli coś by jej się stało nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Bo to moja wina. Mario mi wszystko powiedział. To przeze mnie jest w takim stanie. Zostawiłem ją i zamiast walczyć o jej względy to wolałem się szlajać po mieście z Marcelem (Fornellem). Boję się o nią, bo Kuba po drodze zadzwonił właśnie do tego Rafała i powiedział, że operują ją. Brat Wiktorii zadzwonił jeszcze do rodziców, którzy o dziwo mają zjawić się od razu. Bałem się, bałem się o dziewczynę, którą kocham najbardziej na świecie, a teraz kiedy jej życiu zagraża niebezpieczeństwo nic nie mogę zrobić. Kiedy Mario zaparkował samochód na parkingu obok szpitala szybko pognaliśmy do środka budynku.
-Gdzie jest Wiktoria Müller i co z nią?!-zapytałem kiedy wepchałem się bez kolejki do recepcji.
-Proszę Pana tu obowiązuje kolejka.-zaczęła mnie pouczać stara recepcjonistka.
-Mam to gdzieś?!-krzyknąłem zdenerwowany.-Gdzie ona jest!!!-poczułem jak każdy wzrok w tym pomieszczeniu jest zwrócony na mnie. W końcu nie codziennie widzi się zdenerwowanego piłkarza w szpitalu.
-Powie nam Pani?-dołączył się Mario, ale był zdecydowanie bardziej opanowany. Jednak było widać po nim, że przeżywa to wszystko. W końcu Wiktoria jest jego przyjaciółką. Oboje zżyli się ze sobą.
-Proszę poczekać.-zerknęła na ekran komputera.-Dziewczyna jest teraz operowana. Sala 124.-odparła, a cała nasza czwórka popędziła do tej właśnie sali. Kiedy już tam byliśmy zauważyłem zdenerwowanego chłopaka i jakąś blondynkę, kiedy nas zauważyli szybko do nas podeszli.
-Rafał co z nią?-zapytał brat Wiki.
-Jest operowana. Pytałem jednego lekarza i mówił, że robią co w ich mocy.-odparł.
-Ale jak to się stało?-zapytał Mario.-Gdzie ją potrącił.
-Była u nas w hotelu. Zaczęliśmy się kłócić, a potem ona wybiegła... Wybiegła prosto na ulicę, a ja i Nina nie mogliśmy nic zrobić.-schował twarz w dłonie. Nie ukrywam jestem na niego wściekły. To jest też poniekąd jego wina, ale jeżeli będziemy się nawzajem obwiniać to to nic nie pomoże. Wszyscy usiedliśmy na krzesłach obok sali operacyjnej. Jednak ja długo nie wytrzymałem i zacząłem chodzić w kółko. Nagle zauważyłem biegnących sąsiadów, a rodziców Wiki i Kuby.
-Co z nią?!-zapytała zapłakana matka Wiktorii. Chyba rzeczywiście się tym przejęli. Jej ojciec też miał taki ból w oczach. Cierpiał, ale każdy w tym miejscu cierpi i boi się o Wiktorię. Po kilku minutach pojawili się Lewandowscy. Ania była strasznie przejęta. Prawie płakała. Pierwszy raz widziałem ją w takim stanie. Zawsze uśmiechnięta i wesoła dziewczyna. Teraz zupełnie jej nie przypomina. Po niecałej godzinie cały korytarz był przepełniony drużyną BVB i ich partnerkami.

Mija już druga godzina, a oni ciągle tam siedzą i operują. Żaden lekarz nawet nie pofatygował się przekazać jakieś informację. W korytarzu zaczęło robić się trochę duszno, wiec postanowiłem się iść przewietrzyć, ale sam.
-Gdzie idziesz?-zapytał mnie Mario. Po chwili każdy patrzał właśnie na mnie.
-Nie wiem...-odparłem i poszedłem przed siebie. Znalazłem się przed budynkiem placówki. Oparłem się o barierkę i zacząłem myśleć. Co będzie jeśli ona się umrze? Nie, ona nie może umrzeć... Nie zdążyłem powiedzieć jej tych dwóch wspaniałych słów. Tak bardzo chciałbym zrobić to teraz...Chciałbym ją  przytulić, pocałować, złapać za rękę... Obiecuję, że jeżeli się wybudzi to ja się zmienię. Zmienię się na lepszego człowieka. Już nigdy nie będę traktował kobiet przedmiotowo. Będę miał jedną kobietę, którą będę kochał nad życie. Poślubię ją, będę miał z nią dzieci, które potem będziemy razem wychowywać, patrzeć jak rosną i jak spełniają swoje marzenia, zestarzejemy się, i razem umrzemy trzymając za ręce.
-Wiki...proszę nie umieraj...-powiedziałem sam do siebie i poczułem jak z moich oczu lecą samotne łzy. Nie może mi tego zrobić. Nie może umrzeć. Nie w tej chwili!
-Pan Marco Reus?-usłyszałem ciche wołanie mojego imienia. Szybko wytarłem łzy i zobaczyłem małego chłopczyka. Na oko miał może z 6 lat. Patrzał się na mnie tak niewinnie i uroczo.
-Tak? W czym mogę pomóc?-wymusiłem uśmiech i przykucnąłem do niego.
-Pan płacze?-zapytał niepewnie.
-Nie, jasne, że nie...-starałem się wyjść jak najbardziej pewnie, ale maluch chyba to wyczuł.
-Nie musi się Pan bać. Nikomu nie powiem.-postanowił przysięgnąć.
-Może...może trochę...-odparłem.
-A dlaczego? Stało się coś?-dopytywał .
-Wiesz, bo ktoś kogo kocham jest chory i boję się o niego.-odpowiedziałem.
-Boi się Pan, że ten ktoś umrze?-ponownie zapytał, a ja zrozumiałem, że małe dziecko lepiej radzi sobie z rozmową o śmierci niż ja.
-Taa..Tak. Boję się bardzo.-spuściłem głowę. Na co mały podszedł do mnie bliżej i mnie po prostu przytulił. Ja oczywiście odwzajemniłem gest. Od razu zrobiło mi się lżej na sercu. To jest niesamowite, że taki zwykły gest może pomóc. To niby nic takiego, ale mi pomogło. Poczułem się lepiej. Dopiero teraz zauważyłem, że malec ma na sobie koszulkę Borussii z moim nazwiskiem.
-Wie Pan co...-zaczął i oderwał się ode mnie.-Mój tata też kiedyś płakał w szpitalu, bo moja mamusia była bardzo chora. Bał się nią bardzo jak Pan teraz, ale lekarz ją naprawił i jest wszystko dobrze. Ja uważam, że lekarze również naprawią ...eee jak nazywa się ta chora osoba?-zapytał.
-Wiktoria.-odparłem.
-Moja mamusia ma tak samo na imię!-krzyknął uradowany.-Więc to już na pewno ją uratują!-dodał, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech i radość w oczach. Ten mały bardzo mi pomógł. Podniósł na duchu.
-Dziękuję. Nawet nie wiesz jak mi bardzo pomogłeś.-uśmiechnąłem się do malca.
-Bo ja lubię pomagać.-powiedział dumny.
-Tak widzę, że masz na sobie moją koszulkę...Ktoś tu chyba lubi Borussie?-postanowiłem odwdzięczyć się jakoś małemu.
-Kocham!!!-krzyknął i skoczył wysoko.-A najbardziej lubię Pana.-dodał wesoło.
-A chciałbyś może pójść na mecz?-zapytałem na co mały głośno zapiszczał.-Gdzie są Twoi rodzice?-zadałem chłopcu pytanie, na co on pociągnął mnie w stronę dwojga młodych ludzi. Jak mnie zobaczyli byli w niemałym szoku.
-Max! Dlaczego nam uciekasz?-zwróciła się w stronę chłopca prawdopodobnie jego matka.-Nie ładnie tak przeszkadzać innym.-zaczęła go pouczać.
-Nic się nie stało.-broniłem chłopaka.-Muszę pochwalić syna, bo...bardzo mi pomógł, a w nagrodę chciałbym dać bilety na najbliższy mecz BVB.-odpowiedziałem na co rodzice Maxa popatrzeli po sobie. Byli chyba w lekkim szoku.
-Ale...ale...-zaczął ojciec.-Co on takiego zrobił?
-Nie mogę powiedzieć.-odparł Max.-To nasza tajemnica.-mrugnął do mnie.
-Tu macie Państwo numer do mojego menadżera. Proszę śmiało do niego zadzwonić, ale jutro. Ja dzisiaj go uprzedzę, że ktoś zadzwoni w sprawie biletów. -odpowiedziałem i uśmiechnąłem się do nich.
-Dzię..Dziękujemy.-odpowiedzieli.
-To ja dziękuję. Przepraszam, ale muszę już lecieć. Do zobaczenia na meczu!-pożegnałem się z rodzinką i poszedłem w kierunki sali, gdzie operują Müller.
Szedłem powolnym krokiem nie patrząc na nic. Myślałem to o czym mówił ten mały. "Że lekarz ją naprawi". Mam szczera nadzieję, że tak właśnie będzie. Nagle poczułem, że na kogoś wpadam. Był to były chłopak Wiktorii.
-O Marco.-powiedział zdziwiony.-Właśnie Cię szukałem.
-Coś z Wiktorią?-zapytałem z nadzieją, ale i też przerażeniem, że coś mogło się stać.
-Bez zmian.-odparł.-Muszę z Tobą porozmawiać.-dodał.
-Ze mną?-również się zdziwiłem. O czym on niby chce rozmawiać. Może chce mi uświadomić, że Wiktoria jest jego i będzie o nią walczył?
-Tak. Jest coś co muszę Ci powiedzieć.
-No okej. Chodźmy może na zewnątrz.-tak też zrobiliśmy, wyszliśmy na zewnątrz, a po drodze spotkałem jeszcze rodzinkę Maxa. Jak mnie zobaczyli od razu się do mnie uśmiechnęli, a ja odwzajemniłem gest.
-To o czym chcesz mi powiedzieć?-zapytałem, kiedy byliśmy już na zewnątrz. Dodatkowo w tym samym miejscu, gdzie do niedawna byłem z Maxem.
-Ja...chcę Cię przeprosić.-zaczął.-To moja wina, że Wiktoria teraz jest operowana i walczy o życie. Nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłem. Dlaczego powiedziałem o Was rodzicom. Chciałem sie po prostu zemścić, ale ja...nie kłamałem...Ja na prawdę kocham Wiktorię. Z Niną byłem tylko dlatego, bo pewnego razu na imprezie przespałem się z nią. Potem ona sobie zaczęła nie wiadomo co wyobrażać i tak jakąś wyszło, że zostaliśmy parą. Nie chciałem tego, bo kochałem Wiktorię, ale wyszło jak wyszło. Znam dość dobrze jej rodziców i wiedziałem, że zareagują gwałtownie na to, że widziałem Was razem. Chciałem by cierpiała tak jak ja, ale nie chodziło mi o to...
-Po pierwsze powinieneś przeprosić Wiktorię, ale zrób to kiedy się poczuje lepiej...Ja...nie mam Ci  nic już za złe. Teraz ważne jst to, by Wiki wyszła z tego cało.
-Marco...ja sobie nie wybaczę jeżeli ona umrze...
-Nie mów tak!-powiedziałem do niego.-Wiktoria będzie żyła, będziemy się jeszcze śmiali z Tego później. Zobaczysz.-próbowałem załagodzić sytuacje i dodać mu trochę otuchy, a dodatkowo jeszcze sobie. Potem staliśmy tak nic nie mówiąc. Patrzeliśmy przed siebie. Oboje się nie znamy, jesteśmy pewnie zupełnie różni, ale na 100% każdy z nas myślał o tym samym. O Wiktorii.
-Marco?-zawołał mnie nagle Rafał, a ja popatrzałem na niego pytająco.-Ona Cię kocha.-odparł nie patrząc na mnie, tylko dalej przed siebie, a ja nie wiedziałem za bardzo o co mu chodzi, ale po chwili połączyłem wątki.
-Wiki? Skąd...?
-Wtedy w hotelu powiedziała mi to. Mówiła, że kocha Ciebie, a nie mnie. Walcz o nią Marco. Musisz. Ja się odsunę obiecuję.-powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Jeżeli to co mówi Rafał to prawda to Wiktoria musi przeżyć. Muszę jej powiedzieć, że też ją kocham. Po kilku minutach stania postanowiliśmy w końcu udać się do środka. Kiedy wracaliśmy spotkaliśmy prawie całą Borussię. Powiedzieli, że wracają już, ale jeżeli coś będzie wiadome mamy dzwonić.

Na korytarzu zostali już tylko ja, Rafał, Nina, rodzice i brat Wiki, Mario z Felixem oraz Lewandowscy, Piszczkowie i Błaszczykowscy. Było już po 20, więc po chwili Agata z Ewą również postanowiły wrócić do domu, bo w końcu maja małe dzieci. Przez ten czas zajęła się nimi wspólna opiekunka. Po kolejnej godzinie czekania z sali w końcu wyszła pielęgniarka. Wszyscy nagle gwałtownie wstali i patrzeli na nią pytając.
-Operacja się udała. Nie ukrywam było ciężko, ale teraz sytuacja jest opanowana. Jednak dziewczyna jest w śpiączce i będziemy wybudzać ją dopiero za kilka dni.-odparła, a wszyscy odetchnęli z ulgą. Ania zaczęła ściskać swojego męża, Kuba Łukasza, Rodzice siebie nawzajem, Rafał Ninę, brat Wiki Felixa, a Mario mnie. Jednak nagle lekarka postanowiła przerwać nam szczęśliwe chwile.
-Ale niestety jest też zła wiadomość.-powiedziała, a wszyscy popatrzeli na nią jak na ducha, O co może jej chodzić? Co może być Wiki? Nie będzie już chodziła, będzie kaleką? Tysiące myśli przechodziły mi przez głowę.
-No niech Pani mówi szybko!-poganiała ją Ania.
-Czy jest tutaj partner pacjentki?-zapytała, a nagle wszyscy popatrzeli się na mnie. Nawet rodzice Wiki.
-Tak, on!-wskazał na mnie Mario. Z jednej strony to my nie byliśmy "jeszcze" razem, ale już nie bardzo mogłem wybrnąć z tej sytuacji, bo kiedy chciałem coś powiedzieć pielęgniarka mi przerwała.
-Mogę rozmawiać przy nich czy chce Pan na osobności?-zapytała, a ja nie miałem pojęcia o co może jej chodzić. Postanowiłem się zgodzić.
-Tttak.-odpowiedziałem kompletnie ciekawy co ona chce mi powiedzieć i dlaczego właśnie chce rozmawiać o tym ze mną, a nie z rodzicami Wiktorii.
-Jak Pan wie stan pacjentki był bardzo poważny. Było wiele urazów wewnętrznych oraz...
-Może Pani mówić bez większych wstępów?-poganiałem ją na co ona ciężko westchnęła. Tak jakby trudno było jej to mówić.
-Bardzo nam przykro, ale dziecka nie udało się uratować...
________________________________________________________________
TA DAM!!! ZAPRASZAM NA ROZDZIAŁ 13 :) PECHOWY? CHYBA BARDZO :(

Ten rozdział mimo, że jest krótki zajął mi jakiś czas.
Co sądzicie?

Naszej Borussii ostatnio coś słabo idzie w lidze :/
Może i nie jest to za korzystna sytuacja, ale wierzę, że będzie dobrze i damy popalić Bayernowi w sobotę :*



JESTEŚMY Z WAMI CHŁOPAKI <3



Po prostu uwielbiam kończyć w takim momencie <3
Spodziewaliście się takiego zakończenia?
Spokojnie w następnym rozdziale się wszystko wyjaśni, więc cierpliwości :*
Do następnego <3



Zapraszam do komentowania ♥


ENJOY!